popKULTURA

Marsjanin. Iść czy nie iść?

16/10/2015

Praw­do­po­dob­nie cier­pię na coś, co robo­czo można nazwać kom­plek­sem Koper­nika, bo ze wszyst­kich moty­wów fil­mo­wych naj­bar­dziej jaram się kosmo­sem. Gene­ral­nie każda pro­duk­cja z akcją umiej­sco­wioną w prze­strzeni poza­ziem­skiej, z auto­matu dostaje ode mnie +10 do zaje­bi­sto­ści. Dobrze, więc się składa, że Hol­ly­wood na nowo poko­chało kosmiczne kli­maty i sys­te­ma­tycz­nie ser­wuje coś z tej tema­tyki. W 2013 dosta­li­śmy “Gra­wi­ta­cję”, w 2014 “Inter­stel­lar” i teraz, w 2015 “Mar­sja­nina”, a przed nami jesz­cze gru­dniowa pre­miera VII epi­zodu Gwiezd­nych Wojen. Sza­leń­stwo. Dzi­siaj jed­nak sku­pię się na “Mar­sja­ni­nie”, czyli fil­mie, któ­rego szcze­gól­nie wycze­ki­wa­łem. Wszystko za sprawą świet­nej książki o tym samy tytule, autor­stwa Andy Weira. Pisa­łem o niej tu KLIK!. Andy stwo­rzył kawał na tyle dobrej i wcią­ga­ją­cej lek­tury, że od momentu jej skoń­cze­nia, nie­cier­pli­wie prze­bie­ra­łem nogami odli­cza­jąc dni do pre­miery fil­mo­wej wer­sji. Nazwi­ska, które zaan­ga­żo­wano do pro­jektu tylko dodat­kowo pod­sy­cały ape­tyt. W roli głów­nej Matt Damon, a w chór­kach asy­stują mu m.in. Jack Jeff Daniels i Sean Bean (obsta­wiaj­cie — zgi­nie czy nie?). Jakby tego było mało, za kamerą sta­nął Ridley Scott, czyli jeden z naj­lep­szych reży­se­rów ever (“Adwo­kata” nie liczymy). Do tego budżet prze­kra­cza­jący magiczną barierę 100 milio­nów dolców. Z taką kasą i ekipą po pro­stu nie można było tego spie­przyć, prawda? Jeśli spoj­rzeć na wyniki finan­sowe fak­tycz­nie jest dobrze. Porów­nu­jąc filmy, które debiu­to­wały na prze­ło­mie wrze­śnia i paź­dzier­nika, “Mar­sja­nin” z przy­cho­dem 118 milio­nów dola­rów po pro­stu demo­luje kon­ku­ren­cję. “Sicia­rio” oku­pu­jące drugą pozy­cję, w tym samym cza­sie uciu­łało “ledwo” 28 milio­nów.

 
Plot

Pamię­ta­cie jesz­cze nie­do­ce­niane “Cast Away”, gdzie Tom Hanks utknął na kil­ka­na­ście mie­sięcy na bez­lud­nej wyspie i z samot­no­ści popa­dał w coraz więk­szą psy­chozę? Swoja drogą “Wil­son” powi­nien dostać Oscara za naj­lep­szą rolę dru­go­pla­nową. “Mar­sja­nin” to coś w tym stylu, tyle, że zamiast Hanksa mamy Matta Damona, a zamiast bez­lud­nej wyspy, bez­lud­nego Marsa. Otóż Mark Wat­ney (Damon) bie­rze udział w misji badaw­czej zle­co­nej przez NASA, któ­rej celem jest eks­plo­ra­cja czer­wo­nej pla­nety. Wraz z pozo­sta­łym człon­kami załogi zbiera próbki, robi pomiary i ogar­nia tego typu tematy. Wszystko szło zgod­nie z pla­nem, aż tu nagle 6-tego dnia badań, roz­pę­tuje się potężna burza pia­skowa robiąca totalną roz­pier­du­chę na 4-tej pla­ne­cie od Słońca. W tym momen­cie misja zostaje prze­rwana, a załoga dostaje pole­ce­nie natych­mia­sto­wej ewa­ku­acji. Nie­stety odla­tują w nie­peł­nym skła­dzie. Na Mar­sie pozo­staje Mark, który uległ wypad­kowi i sądząc po odczy­tach z jego ska­fan­dra, jest mar­twy. Jak się póź­niej oka­zuje odczyty były fał­szywe niczym pol­skie wskaź­niki bez­ro­bo­cia. Mark prze­żył i jeśli chce aby ten stan pozo­stał per­ma­nentny, musi zacząć ostro kom­bi­no­wać. Wie, że za 4 lata na Marsa przy­leci kolejna misja i mógłby się z nią zabrać do domu, ale będzie to moż­liwe tylko pod warun­kiem, że wymy­śli jak prze­trwać pomimo nie­wy­star­cza­ją­cych zapa­sów żyw­no­ści, tlenu i wody. Duże uła­twie­nie sta­nowi fakt, że Mark z zawodu jest bota­ni­kiem, więc wie, że odro­bina gleby, bulwa ziem­niaka i dwó­jeczka wykra­dziona z pokła­do­wego Toi Toi’a to wystar­cza­jący mate­riał do stwo­rze­nia kosmicz­nej plan­ta­cji kar­to­fli.

Marsjanin

 
Jak wyszło?

“Mar­sja­nin” jest bar­dzo dobrym fil­mem, ale nie aż tak rewe­la­cyj­nym jak ocze­ki­wa­łem. Być może zna­jo­mość książki tro­chę utrud­nia mi obiek­tywną ocenę, ale czuję lekki nie­do­syt. Wia­domo, że nie da się na ekran prze­nieść wszyst­kiego 1 do 1, no chyba, że macie wolne 10 godzin, jed­nak pomi­nię­cie klu­czo­wego dla losów Marka wątku, jak dla mnie za bar­dzo spły­ciło histo­rię. Zacznijmy jed­nak od zalet, a tro­chę ich jest. Po pierw­sze Mars. Czer­wona pla­neta, mimo że z koloru wydaje się raczej poma­rań­czowa, pre­zen­tuje się naprawdę kozacko. Duża w tym zasługa wysma­ko­wa­nych zdjęć naszego eks­por­to­wego ope­ra­tora fil­mo­wego, Dariu­sza Wol­skiego. Oso­bi­ście oglą­da­łem wer­sję 2D, ale doszły mnie słu­chy, że “Mar­sja­nin” należy do tej eli­tar­nej grupy, gdzie dorzu­ce­nie efektu 3D było fak­tycz­nie uza­sad­nione. Po dru­gie mon­taż. Uję­cia z kamer prze­my­sło­wych i tych na ska­fan­drze Marka bar­dzo zgrab­nie prze­ni­kają się z resztą mate­riału. Histo­ria jest płyn­nie opo­wie­dziana, dzięki czemu 2,5h seansu mija szybko i przy­jem­nie. Po trze­cie humor. Jestem tro­chę w szoku, bo Ridley Scott nigdy nie wyka­zy­wał się sło­no­ścią do fil­mów z zacię­ciem kome­dio­wym, a tu pro­szę. Pierw­sze podej­ście i od razu jack­pot. Film jest lekki, o wiele lżej­szy niż można było się spo­dzie­wać po zwia­stu­nie, ale sądząc po sal­wach śmie­chu na sali kino­wej, ide­al­nie się wstrze­lił w gusta więk­szo­ści widzów. Aktor­sko jest ok, ale cza­pek nie zrywa. Zaska­kuje fakt, że to nie Matt Damon krad­nie show, a dru­go­pla­nowy Jeff Daniels. Jed­nak na jego obronę mogę powie­dzieć, że to wina sce­na­riu­sza, który nie dał mu się zbyt­nio wyka­zać, dzie­ląc czas ekra­nowy mniej wię­cej po 50% dla wyda­rzeń na Mar­sie i tych na Ziemi. W książce posta­cią wio­dącą był Mark Wat­ney, a pro­por­cje wyno­siły 70% do 30%. Jakie mam zastrze­że­nia? Po pierw­sze zbyt laj­towe potrak­to­wa­nie tematu. Przez mara­ton żar­ci­ków total­nie nie czuć, że misja może skoń­czyć się nie­po­wo­dze­niem. Mark radzi sobie aż za dobrze. Nie popada w stany depre­syjne spo­wo­do­wane dłu­go­trwałą izo­la­cją i co by się nie działo, zawsze patrzy na “bri­ght side of life”, przez co nie wie­rzę, że coś mu real­nie zagraża. Dwa to spły­ce­nie postaci Marka. W książce jest on połą­cze­niem Bear’a Grylls’a z MacGyver’em, mistrzem survi­valu, złotą rączką i dok­to­rem nauk ści­słych w jed­nym. Każdy pro­blem roz­bija na czę­ści pierw­sze i kom­bi­nuje jak je ogar­nąć, sypiąc przy tym żar­ci­kami sytu­acyj­nymi. Fil­mowy Mark jest kole­siem, który napra­wia rze­czy, liczy ziem­niaki, słu­cha disco i jeź­dzi łazi­kiem. Nie roz­trząsa pro­ble­mów, on po pro­stu doznaje nagłego olśnie­nia. Oj bra­ko­wało mi tych nar­ra­cji w gło­wie Marka. Tych roz­k­mi­niań. Tych walk które z sobą sto­czył… Jed­nak tak jak wcze­śniej wspo­mi­na­łem, wszyst­kie moje “ale” są spo­wo­do­wane zna­jo­mo­ścią książki i wyobra­że­niu, które wywo­łała. Daję 8 z zastrze­że­niem, że gdy­bym pod­szedł do filmu na total­nej nie­świa­domce byłaby 9-tka. Jakby nie patrzeć jest to wręcz pod­ręcz­ni­kowy block­bu­ster. Pozwala wyłą­czyć się na ponad dwie godziny i daje lek­ko­strawną roz­rywkę. Pole­cam obej­rzeć naj­pierw film, a póź­niej prze­czy­tać książkę. Tym spo­so­bem “para­bola wra­żeń” będzie wzra­sta­jąca.

Marsjanin

A to widziałeś?