popKULTURA

Marsjanin, czyli jak wyhodować ziemniaki w kosmosie

20/08/2015

Mam taki fetysz, że lubię czy­tać książ­ki na bazie, któ­rych powsta­ły fil­my i porów­ny­wać oba dzie­ła. Waru­nek jest jeden, film musi być na pod­sta­wie książ­ki, a nie na odwrót. Do wpro­wa­dze­nia tej regu­ły zmo­ty­wo­wa­ła mnie wto­pa ze “Sto­wa­rzy­sze­niem umar­łych poetów”. Naj­pierw obej­rza­łem film i było WOW, po czym przy­pad­ko­wo natra­fi­łem na książ­kę i pra­wie nakry­łem się noga­mi z zaże­no­wa­nia. Nie dość, że była to 100-stro­ni­co­wa bro­szur­ka to jesz­cze napi­sa­na tak czer­stwo, że nie potra­fi­łem pojąć jakim cudem ktoś uznał ją za dobry mate­riał na sce­na­riusz fil­mo­wy? Prze­pro­wa­dzi­łem śledz­two i wszyst­ko sta­ło się jasne. “Sto­wa­rzy­sze­nie” to jeden z tych nie­chlub­nych przy­pad­ków, kie­dy naj­pierw zro­bio­no film, a dopie­ro póź­niej, na fali popu­lar­no­ści, jakiś autor wid­mo na szyb­ko skrob­nął papie­ro­wą wer­sję… na odpier­dol, byle tyl­ko pod­piąć się pod kino­wy suk­ces i wycią­gnąć dodat­ko­wy kesz od fra­je­rów fanów.

 
Książ­ka vs Film

Wbrew pozo­rom nie jest tak, że każ­do­ra­zo­wo książ­ka prze­wyż­sza film. Mało kto się do tego przy­zna, ale takie fak­ty. Weź­my na ten przy­kład “For­re­sta Gum­pa” i “Ska­za­nych na Shaw­shank”. Książ­ko­we wer­sje moc­no prze­cięt­ne, za to w wyda­niu fil­mo­wym genial­ne. Inny przy­kład to “Pod­ziem­ny krąg”, któ­re­go co praw­da jesz­cze nie czy­ta­łem, ale sam autor, Chuck Palah­niuk, stwier­dził, że ekra­ni­za­cja prze­bi­ja książ­kę. Wkrót­ce zwe­ry­fi­ku­ję. Zda­rza­ją się też przy­pad­ki, kie­dy zarów­no książ­ka jak i film wymia­ta­ją — “Ojciec Chrzest­ny” lub obie wer­sje bio­rą z poły­kiem — “Woj­na pol­sko — ruska”. Tak czy siak lubię oso­bi­ście spraw­dzić i wyro­bić sobie zda­nie.

 
Mar­sja­nin

Aktu­al­nie na warsz­tat wzią­łem “Mar­sja­ni­na” autor­stwa Andy Weir’a. Oczy­wi­ście naj­więk­szą moty­wa­cją do się­gnię­cia po to dzie­ło był news o fil­mo­wej wer­sji, za któ­rą stoi nie byle kto, bo sam Ridley Scott, a głów­ną rolę gra Matt Damon. Tyle infor­ma­cji wystar­czy­ło, żebym w sekun­dę zamknął lap­ka, zało­żył kubo­ty i pole­ciał do Empi­ku po wyda­nie papie­ro­we. Jed­na z lep­szych decy­zji w moim życiu. Książ­ka wymia­ta. Wkrę­ci­łem się w nią moc­niej niż Nata­lia Siwiec w show biz­nes. Naj­bar­dziej uza­leż­nia­ją­ca powieść jaką prze­czy­ta­łem od cza­su “Dallas’63” Ste­phe­na Kin­ga, czy­li od 4 lat. Dodat­ko­wo za książ­ką kry­je się dobra histo­ria. “Mar­sja­nin” jest debiu­tem, z któ­rym Andy Weir cho­dził od drzwi do drzwi kolej­nych wydaw­nictw i za każ­dym razem sły­szał to samo, że sła­ba i raczej nic z tego nie będzie. W pew­nym momen­cie pogo­dził się z poraż­ką i zaczął publi­ko­wać ją w odcin­kach na swo­jej stro­nie. W krót­kim cza­sie wokół dzie­ła zebra­ła się grup­ka fanów i pod ich wpły­wem autor zde­cy­do­wał się wydać całość w for­mie ebo­oka za pośred­nic­twem Ama­zo­na. Sprze­da­wa­ła się tak dobrze, że Ci sami wydaw­cy, któ­rzy wcze­śniej byli na nie, teraz wali­li drzwia­mi i okna­mi. Osta­tecz­nie pra­wa naby­ło Crown Publi­shing Gro­up, wcho­dzą­ce w skład słyn­ne­go wydaw­nic­twa Ran­dom House. Plot­ki gło­szą, że czek opie­wał na sze­ścio­cy­fro­wą sum­kę. I co moż­na? Moż­na. Wnio­ski? Jeśli ktoś wam impu­tu­je, że to co stwo­rzy­li­ście ssie, bierz­cie pod uwa­gę, że ten ktoś może być zwy­kłym pleb­sem i słu­chać Enej, kie­dy nikt nie patrzy. Nie ma co się przej­mo­wać. No chy­ba, że pra­cu­je­cie jako pija­row­cy dla “Żyt­niej” i do hehesz­ko­wej rekla­my wyko­rzy­sta­li­ście kra­dzio­ną fot­kę ze śmier­tel­nie postrze­lo­nym face­tem pod­czas demon­stra­cji w Lubi­nie. Wte­dy fak­tycz­nie hejt jest uza­sad­nio­ny.

 
O czym to?

O kosmo­sie. Jed­nak nie jest to żaden “Star Wars”, ani “Inter­stel­lar”. Bar­dziej “Robin­son Cru­soe” tyle, że w prze­strze­ni poza­ziem­skiej. Naj­więk­szą zale­tą książ­ki jest start z wyso­kie­go C. Autor bez zbęd­nej gry wstęp­nej prze­no­si czy­tel­ni­ka bez­po­śred­nio na Mar­sa, gdzie z powo­du zagra­ża­ją­cej życiu burzy pia­sko­wej, gru­pa astro­nau­tów musi prze­rwać misję zle­co­ną przez NASA i wró­cić na Zie­mię. W cza­sie ewa­ku­acji jeden z człon­ków zało­gi, Mark Wat­ney, zosta­je zra­nio­ny odłam­kiem ante­ny, w wyni­ku cze­go jego kom­bi­ne­zon ule­ga uszko­dze­niu. Wszyst­kie odczy­ty wska­zu­ją, że jest mar­twy. Zgod­nie z pro­ce­du­rą ewa­ku­acyj­ną, resz­ta zało­gi musi go zosta­wić i sku­pić się na rato­wa­niu wła­sne­go życia. Tak też czy­nią. Jed­nak myk jest taki, że Mark wca­le nie zgi­nął, bo ante­na i skrzep­nię­ta krew uszczel­ni­ły ska­fan­der. Kil­ka minut po odlo­cie zało­gi, Mark odzy­sku­je przy­tom­ność i docie­ra do nie­go, że od tej pory jest jedy­nym czło­wie­kiem na Mar­sie. Ana­li­zu­je szan­se i docho­dzi do wnio­sku, że sytu­acja jest trud­na, ale nie bez­na­dziej­na. Wie, że za 4 lata na czer­wo­ną pla­ne­tę przy­bę­dzie kolej­na misja, w dodat­ku dys­po­nu­je sprzę­tem, któ­ry został porzu­co­ny przez zało­gę pod­czas ewa­ku­acji. Tyle w kwe­stii plu­sów. Naj­więk­szym pro­ble­mem jest fakt, że zapa­sy żyw­no­ści wystar­czą mu na zale­d­wie rok, a żeby zała­pać się na podróż powrot­ną będzie musiał wykom­bi­no­wać jak prze­trwać nad­pro­gra­mo­we 3 lata. I co, nie jeste­ście cie­ka­wi jak to się dalej poto­czy? Nie­ste­ty ode mnie się nie dowie­cie.

#mar­sja­nin #scien­ce­fic­tion

A pho­to posted by Mate­usz Piw­nik (@meushone) on

 
W czym tkwi moc?

Po pierw­sze postać Mar­ka Wat­ney­’a. Gościa nie da się nie lubić. Wiecz­ny opty­mi­sta, dow­cip­ny, pomy­sło­wy, mistrz cię­tej ripo­sty i w dodat­ku ma łeb jak sklep. W kwe­stii survi­va­lu bije na gło­wę Mac­Gy­ve­r’a i Bear’a Gryl­l­s’a razem wzię­tych. Kie­dy czy­ta­łem opi­sy, w któ­rych tłu­ma­czy w jaki spo­sób pla­nu­je pora­dzić sobie z lawi­no­wo spa­da­ją­cy­mi pro­ble­ma­mi, nacho­dzi­ła mnie myśl, że ja to jed­nak jestem głup­cem i zgi­nął­bym już pierw­sze­go dnia. Kolej­ny plus to nar­ra­cja. Przez więk­szą część książ­ki, “Mar­sja­nin” posłu­gu­je się nar­ra­cją pamięt­ni­kar­ską, czy­li czy­ta­my to co Mark sobie notu­je w dzien­nicz­ku, prze­ko­na­ny, że praw­do­po­dob­nie wkrót­ce umrze. Ten patent spraw­dza się rewe­la­cyj­nie. Notat­ki są lek­ko przy­swa­jal­ne i w dodat­ku autor wyka­zu­je się w nich rześ­kim poczu­ciem humo­ru. Mimo, że w powie­ści wystę­pu­je cał­kiem spo­ro opi­sów tech­nicz­nych, całość czy­ta się świet­nie. Nie jestem pewien czy wszyst­kie przed­sta­wio­ne tezy i paten­ty są nauko­wo udo­wod­nio­ne, ale brzmią prze­ko­ny­wu­ją­ca. Przy­naj­mniej ja je kupu­je. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że autor wyko­nał kon­kret­ny rese­arch na potrze­by “Mar­sja­ni­na” i chwa­ła mu za to, bo wyszło prze­za­je­bi­ście. Pole­cam. Jeśli mie­li­by­ście w tym roku prze­czy­tać tyl­ko jed­ną książ­kę to niech to będzie wła­śnie “Mar­sja­nin”. Ja tym cza­sem cze­kam na wer­sję kino­wą. W necie jest już dostęp­na zajaw­ka i zapo­wia­da się obie­cu­ją­co. Can’t wait.

A to widziałeś?