popKULTURA

Przebudzenie Mocy — recenzja dla tych, którzy już widzieli

21/12/2015

Cof­nij­my się w cza­sie do paź­dzier­ni­ka 2012, kie­dy inter­ne­tem wstrzą­snę­ła infor­ma­cja o kup­nie praw do ekra­ni­za­cji “Gwiezd­nych Wojen” przez stu­dio Disney­’a. Pamię­tam, że byłem wte­dy ostro roz­dar­ty, bo niby super, że docze­kam kolej­nych czę­ści mojej ulu­bio­nej sagi, ale z dru­giej stro­ny, gdzieś z tyłu gło­wy cza­ił się strach, że teraz Jedi będą napa­rzać się z Mysz­ką Miki, a księż­nicz­ka Leia zaśpie­wa “Mam tą moc”, w koń­cu to Disney. Dziś, po 3 latach od tam­tej trans­ak­cji, mogę śmia­ło przy­znać, że Georg Lucas sprze­da­jąc pra­wa do fil­mów, zro­bił wszyst­kim fanom naj­lep­szy pre­zent ever. Mamy nie tyl­ko gwa­ran­cję, że kolej­ne czę­ści będą wycho­dzi­ły regu­lar­nie, ale teraz, po pre­mie­rze VII epi­zo­du, wia­do­mo też, że będą trzy­ma­ły poziom. Co tu dużo gadać, “Prze­bu­dze­nie mocy” poza­mia­ta­ło. Jeśli miał­bym posłu­gi­wać się ana­lo­gią z 50 twa­rzy Greya”, powie­dział­bym, że moje­go wewnętrz­ne­go bogi­na roz­pier­do­li­ło na milion kawał­ków. Reży­ser J. J. Abrams zro­bił to dobrze. Odciął się gru­bą kre­ską od trzech pierw­szych chro­no­lo­gicz­nie epi­zo­dów (RIP Jar Jar Binks, cho­ciaż moim zda­niem “Zemsta Shi­tów” jest bar­dziej niż spo­ko) i wró­cił do korze­ni. Po latach ponow­nie dosta­li­śmy histo­rię god­ną mar­ki “Gwiezd­nych wojen”. Jest mrok, śmierć i tajem­ni­ca, są pości­gi, x‑wingi, wal­ki na mie­cze świe­tle i nawet sta­re­go dobre­go sar­ka­zmu Hana Solo nie zabra­kło. Dia­lo­gi się kle­ją, fabu­ła trzy­ma w napię­ciu i leci do przo­du bez zbęd­nych przerw, a wszyst­ko w akom­pa­nia­men­cie epic­kiej muzy­ki Joh­na Wil­liam­sa i kozac­kich efek­tów spe­cjal­nych, któ­re wbrew pozo­rom nie bazu­ją tyl­ko na CGI. Tam, gdzie się dało są kostiu­my i ręcz­nie wyko­na­ne sce­no­gra­fie. Takie “star­łor­sy” pamię­tam z dzie­ciń­stwa i na takie cze­ka­łem. Bez kitu wzru­szy­łem się i chcę to obej­rzeć jesz­cze raz dzie­sięć razy.

 
Prze­bu­dze­nie Mocy: Nie ma ide­ałów! (za to są spo­ile­ry!!! czy­tasz na wła­sną odpo­wie­dzial­ność!!)

 
Docho­dzi­my do nie­zręcz­ne­go momen­tu, kie­dy muszę tro­chę pohej­to­wać. Ustal­my sobie na wstę­pie, że strasz­nie jaram się fil­mem, ale dale­ki jestem od nazwa­nia go ide­ałem. Wręcz prze­ciw­nie. Nali­czy­łem mnó­stwo zgrzy­tów, któ­re pew­nie będą jesz­cze dłu­go roz­trzą­sa­ne w inter­ne­cie, tyle że ja bio­rę je na kla­tę. Jak dla mnie, w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku plu­sy przy­kry­wa­ją minu­sy i z pre­mie­ry wysze­dłem na tyle zado­wo­lo­ny, że przy osta­tecz­nej oce­nie przy­my­kam oko na słab­sze momen­ty. Poga­daj­my jed­nak o fuc­ku­pach. Pierw­szym dużym zarzu­tem jest wtór­ność sce­na­riu­sza. VII epi­zod to tak napraw­dę restart sta­rej try­lo­gii. Dosta­je­my nie­mal iden­tycz­ną histo­rię, w któ­rej zmie­nia się tyl­ko uło­że­nie pion­ków na plan­szy. Dro­id BB‑8 zastę­pu­je R2D2, Luke Sky­wal­ker zaj­mu­je (a raczej zaj­mie w epi­zo­dzie VIII) miej­sce zwol­nio­ne przez Obi Wana Keno­bie­go, miej­sce Luka zaj­mu­je Rey, czy­li mło­da miesz­kan­ka pla­ne­ty Jak­ku, któ­ra “przy­pad­kiem” wyglą­da jak Olga Frycz, “przy­pad­kiem” zosta­je wcią­gnię­ta do woj­ny pomię­dzy Repu­bli­ką a Impe­rium Naj­wyż­szym Porząd­kiem i “przy­pad­kiem” posia­da ogrom­ną moc, no i wresz­cie w miej­sce Lor­da Vade­ra dosta­je­my Kylo Rena. Han Solo i Księż­nicz­ka Leia są tacy jak kie­dyś (i dobrze), tyle że star­si o 30 lat. Jak zwy­kle oka­zu­je się też, że każ­dy jest z każ­dym spo­krew­nio­ny. Jedy­ną nowo­ścią jest postać Fin­na, czy­li storm­tro­oper, któ­ry nie podzie­la poli­ty­ki Naj­wyż­sze­go Porząd­ku i prze­cho­dzi na stro­nę Ruchu Opo­ru. Roz­wój wyda­rzeń też nie zaska­ku­je. Naj­wyż­szy Porzą­dek ma kosę z Repu­bli­ką, więc posta­na­wia znisz­czyć im 3 pla­ne­ty. W odwe­cie Ruch Opo­ru nisz­czy ich naj­now­szą Gwiaz­dę Śmier­ci. To już trze­ci przy­pa­dek, kie­dy Gwiaz­da Śmier­ci zosta­je znisz­czo­na przez tra­fie­nie w rdzeń. Tro­chę wstyd. Na miej­scu Naj­wyż­sze­go Porząd­ku pomy­ślał­bym o zatrud­nie­niu lep­szych inży­nie­rów do kolej­ne­go pro­jek­tu. Może war­to prze­pro­wa­dzić rekru­ta­cję na war­szaw­skiej poli­bu­dzie? Bra­chol mi mówił, że nie takie rze­czy tam budo­wa­li.

Przebudzenie Mocy

 
Dru­gi zarzut kie­ru­ję do “ciem­nej stro­ny mocy”, któ­ra jest tak nie­kom­pe­tent­na, że ręce i cyc­ki opa­da­ją. Storm­tro­ope­rom wyba­czam, bo wia­do­mo, że to mię­so armat­nie, cho­ciaż ich idio­tycz­ne zacho­wa­nie pod­czas poj­ma­nia Hana Solo i Wookie­go prze­kra­czy­ło wszel­kie gra­ni­ce tole­ran­cji dla ama­torsz­czy­zny, jak to się mówi You had one job! Naj­więk­szym zaka­pio­rem wśród “złych” jest Sno­ke, kil­ku­me­tro­wy gigant, któ­ry niby cią­gnie za wszyst­kie sznur­ki, a w rze­czy­wi­sto­ści ch… może zro­bić, bo jest holo­gra­mem! Dalej mamy Gen­ra­ła Huxa, któ­ry poza tym, że jest rudy, wyka­zu­je się skłon­no­ścia­mi do nazi­zmu. Odpra­wy woj­sko­we orga­ni­zu­je w iście hitle­row­skim sty­lu — akcent, salu­ty, itp, — nie­ste­ty pro­blem w tym, że są one bar­dziej komicz­ne niż budzą­ce respekt. Następ­na w kolej­ce to pani Kapi­tan Pha­sma, czy­li bez­po­śred­nia prze­ło­żo­na storm­tro­ope­rów. Jeśli jej rola mia­ła udo­wod­nić, że kobie­ty nie nada­ją się do peł­nie­nia wyso­kich funk­cji w woj­sku, to uda­ło się w 100%. Na koń­cu Kylo Ren, czy­li mój naj­więk­szy ból dupy odno­śnie VII epi­zo­du. Pła­kać mi się chce, bo postać Kylo przez pierw­szą poło­wę fil­mu była budo­wa­na wręcz epic­ko. Kylo ma wycze­sa­ną maskę, zaje­bi­ście brzmią­cy syn­te­za­tor mowy, doje­ba­ne­go skil­la — potra­fi zła­pać wiąz­kę lase­ru w locie, i kie­dy czło­wiek już myśli, “tak, o to mamy god­ne­go następ­cę Lor­da Vade­ra”, dzie­je się coś bar­dzo, ale to bar­dzo nie­po­ko­ją­ce­go. Kylo zdej­mu­je maskę i oka­zu­je się, że pod nią cały czas krył się Dawid Pod­sia­dło. Nasto­la­tek z krę­co­ny­mi wło­sa­mi i śla­da­mi trą­dzi­ku, któ­ry nie radzi sobie z hor­mo­na­mi. Jest bar­dziej roz­chwia­ny emo­cjo­nal­nie niż kobie­ta pod­czas PMSu, sam nie wie czy jest dobry czy może jed­nak zły, a kie­dy w koń­cu decy­du­je się na #Dark­Si­de, mor­du­je Hana Solo tyl­ko po, żeby w następ­nej sce­nie dostać sro­gi wpier­dol od murzy­na i Olgi Frycz, któ­rzy pierw­szy raz w życiu trzy­ma­ją miecz świetl­ny w rękach. Żal. Co praw­da Kylo nie zgi­nął i może­my się domy­ślać, że jego postać będzie roz­wi­ja­na w kolej­nych epi­zo­dach, ale na dzi­siaj sła­bo to widzę. Jeśli nie dosta­nie tre­ne­ra w sty­lu pana Miy­agi, to Ruch Opo­ru roz­wa­li Impe­rium Naj­wyż­szy Porzą­dek z pal­cem w bucie. Tak na mar­gi­ne­sie, w fil­mie jest sce­na, kie­dy Kylo dosta­je ata­ku histe­rii i roz­wa­la mie­czem świetl­nym pul­pit, a następ­nie dusi mocą jakie­goś sznu­ra. Sta­wiam stó­wę, że ta sce­na będzie czę­ściej paro­dio­wa­na na youtu­be niż “Hitler w poszu­ki­wa­niu elec­tro”.

Przebudzenie Mocy

 
Zarzut nr 3 to wątek Luke­’a Sky­wal­ker. Ogól­nie w fil­mie roz­cho­dzi się o to, że znik­nął Luke Sky­wal­ker, któ­ry jest poszu­ki­wa­ny przez Naj­wyż­szy Porzą­dek i Ruch Opo­ru. Pierw­si chcą go uśmier­cić, a dru­dzy prze­trans­fe­ro­wać do swo­jej dru­ży­ny. W każ­dym razie Luke znik­nął, ale zosta­wił mapę z namia­ra­mi na swo­ją kry­jów­kę — no bra­wo Jasiu, napraw­dę genial­na zagryw­ka. W sumie w wal­ce o tę mapę zosta­ły wysa­dzo­ne 3 pla­ne­ty i Gwiaz­da Śmier­ci, ale koniec koń­ców tra­fia ona w ręce Ruchu Opo­ru. Olga Frycz leci pod wska­za­ny adres i co się oka­zu­je? Że Luke przez cały czas, jak gdy­by nigdy nic, sie­dział sobie na wyspie Wiel­ka­noc­nej i patrzył w nie­bo. WTF Luke? Jako Jedi powi­nie­neś wyczuć, że źle się dzie­je i wkro­czyć do akcji, a Ty sobie zacho­dy słoń­ca oglą­dasz? Sła­bo. Gdy­by Neo zro­bił tak w Matrik­sie, nigdy nie został­by wybrań­cem.

Przebudzenie Mocy

 
W minu­sach mia­łem zapi­sa­ne jesz­cze “przy­pad­ko­we” odna­le­zie­nie Soko­ła Mil­le­nium z klu­czy­ka­mi w sta­cyj­ce i jesz­cze bar­dziej “przy­pad­ko­we” natra­fie­nie głów­nych boha­te­rów na Hana Solo i Wookie­go w kolej­nej sce­nie, ale daru­ję sobie. To już było­by cze­pia­nie się na siłę. Poza wyżej wymie­nio­ny­mi “kwa­sa­mi” resz­ta jest cacy i tak jak pisa­łem wcze­śniej, plu­sy zde­cy­do­wa­nie przy­kry­wa­ją minu­sy. Podo­bień­stwo do “Nowej Nadziei” tłu­ma­czę sobie pój­ściem na kom­pro­mis — chę­cią wyma­za­nia złych wspo­mnień po epi­zo­dach 1–3, nawią­za­niem do kla­sy­ki i pró­bą wcią­gnię­cia w sagę nowe­go poko­le­nia. Poza tym jest to dobry punkt wyj­ścia dla dal­szych czę­ści. Jeśli ktoś chciał­by mi zarzu­cić, że nie­daw­no za podob­ną zagryw­kę z rese­to­wa­niem fabu­ły ostro hej­to­wa­łem “Ter­mi­na­to­ra Geni­sys”, spie­szę z odpo­wie­dzią. Róż­ni­ca pole­ga na tym, iż w “Prze­bu­dze­niu Mocy” zro­bio­no to dobrze. Aktor­sko jest w porząd­ku, nowe posta­cie dały radę, BB‑8 wymia­ta, kli­mat jak za sta­rych dobrych lat, mnó­stwo ury­wa­ją­cych dupę ujęć i co naj­waż­niej­sze, wido­ki na kolej­ne epi­zo­dy są zacne. Daję 8 na 10, bo mimo wszyst­ko poprzecz­ka jest zawie­szo­na wyżej, ale z wiel­kim ser­dusz­kiem, bo jak­by nie patrzeć, ten film dosłow­nie i w prze­no­śni wyje­bał mnie w kosmos. Dzię­ki takim pro­duk­cjom kino nigdy nie prze­gra z pirac­twem. Efek­ty i muzy­ka wbi­ja­ją w fotel. Nie da rady tego dozna­nia powtó­rzyć w domu .….… no chy­ba, że jesteś dzia­ny jak Floyd May­we­ather.

Przebudzenie Mocy

 
[wp-review]

A to widziałeś?