popKULTURA

Pigoutowy przewodnik serialowy. Część druga

09/01/2017

Minął nie­mal rok, od kiedy udo­stęp­ni­łem PigO­utowy Prze­wod­nik Seria­lowy (klik) i obie­ca­łem, że za tydzień wpad­nie kolejna część. Oto ona. Na swoje uspra­wie­dli­wie­nie powiem tylko, że lepiej późno niż wcale. Nie chcę powta­rzać wstępu z pierw­szej czę­ści, więc w tele­gra­ficz­nym skró­cie przy­po­mnę, że oglą­da­nie seriali już dawno nie jest sym­bo­lem obcia­chu (no, chyba że mówimy o “Bar­wach szczę­ścia”), że nie­które mają wyż­sze budżety niż prze­ciętna hol­ly­wo­odzka pro­duk­cja, a akto­rzy chętni do zła­pa­nia roli walą drzwiami i oknami, bo to obec­nie naj­lep­szy spo­sób, żeby się wybić, tudzież reak­ty­wo­wać zaku­rzoną karierę. Skoro grę wstępną mamy już za sobą, przejdźmy do kon­kre­tów. 

 

House of Cards (Net­flix)

Seriale

Zna­cie tę hehesz­kową defi­ni­cję dyplo­ma­cji, według któ­rej jest to umie­jęt­ność powie­dze­nia spier­da­laj w taki spo­sób, aby odbiorca poczuł pod­nie­ce­nie na myśl o zbli­ża­ją­cej się podróży? Mniej wię­cej takim kli­ma­tem raczy „House of Cards”. Na pierw­szy rzut oka może się wyda­wać, że jest to serial poka­zu­jący wielką poli­tykę od kuchni, w rze­czy­wi­sto­ści to kurs zaawan­so­wa­nej Kama­su­try. Jak zwy­kle genialny Kevin Spa­cey wciela się w rolę kon­gres­mena Franka Under­wo­oda, który demon­struje jak pra­wi­dłowo wydy­mać wszyst­kich razem lub każ­dego z osobna, przy uży­ciu dowol­nej tech­niki: z grą wstępną, bez mydła lub w kaka­owe oko. Do wyboru, do koloru i jak kto woli. Serial zde­cy­do­wa­nie trafi w gusta osób, które jarają się sza­chami na pozio­mie master, potra­fią doce­nić dys­kretne pod­kła­da­nie świń oraz zawią­zy­wa­nie intryg w bia­łych ręka­wicz­kach. Dla fanów akcji może wydać się tro­chę nużący, bo jakby nie patrzeć, naj­wię­cej jest tutaj gada­nia, jed­nak na wła­snym przy­kła­dzie stwier­dzam, że warto dać mu szansę. Pod­czas pierw­szego sezonu męczy­łem się nie­mi­ło­sier­nie, ale jak już zasko­czyło, to poko­cha­łem abso­lut­nie. Sezony 3 i 4 to była uczta, a wątki nego­cja­cji z Rosja­nami maj­stersz­tyk. Nie­cier­pli­wie wycze­kuję sezonu numer pięć.

 

Wikin­go­wie (History / 3 sezony na Net­fli­xie)

SerialeSerial spod znaku cyc­ków i topora, któ­rego nie­które sezony zaje­bi­sto­ścią biją nie­które sezony „Gry o Tron” (w mojej opi­nii of course). Ogól­nie chyba wszy­scy wiemy, o co cho­dzi z Wikin­gami? Była sobie banda skan­dy­naw­skich bro­da­czy, którą roz­no­sił testo­ste­ron, jed­nak nie bar­dzo potra­fili zna­leźć ujście dla swo­jej ener­gii. W domu saj­gon, bo dzie­ciaki włażą na głowę i baba wierci dziurę w brzu­chu, poza domem też nie lepiej — nie ma dokąd pójść, bo dookoła tylko góry i morze, i nawet porząd­nej ustawki nie da rady zro­bić, bo nie wymy­ślono jesz­cze piłki noż­nej. Ago­nia trwa do momentu, aż ich szef, Ragnar Loth­brock, wpada na pomysł, jak na legalu wyrwać się z chaty: „Pano­wie plan jest taki — budu­jemy łajbę, pły­niemy zoba­czyć, kto jest po dru­giej stro­nie wody, po czym spusz­czamy mu łomot i zabie­ramy zastawę sto­łową”. No i mniej wię­cej o takich woja­żach jest serial. Wyróż­niają go epic­kie zdję­cia, krwawe bitki i spi­ski grube jak Gry­canki. Mój ulu­biony moment: kiedy żony żegnają wypły­wa­ją­cych Wikin­gów okrzy­kami “Tylko nie daj się zabić” tudzież “Nie zada­waj się z innymi babami”, na co Wikin­go­wie odkrzy­kują “Dobrze kocha­nie”, po czym wra­cają mar­twi albo z bękar­tami. Aktu­al­nie w emi­sji jest czwarty sezon.

 

The Wal­king Dead (FOX)

SerialeEkra­ni­za­cja kul­to­wego komiksu o tym samy tytule. Akcja toczy się w post apo­ka­lip­tycz­nym świe­cie opa­no­wa­nym przez Zom­bie, gdzie grupa oca­la­łych pró­buje pozo­stać przy życiu i docze­kać do momentu, aż uro­dzi się jakaś nadzieja na odtwo­rze­nie cywi­li­za­cji. Aktu­al­nie trwa już siódmy sezon i szcze­rze mówiąc nie potra­fię wytłu­ma­czyć dla­czego nadal go oglą­dam, bo serial niczym życie w pio­sence zespołu „Lemon” jest małą ściem­niarą. Finał każ­dego odcinka zwia­stuje mega pier­dol­nię­cie w kolej­nym epi­zo­dzie, tym­cza­sem kiedy przy­cho­dzi co do czego, koń­czy się na małym kapi­szo­nie, a reszta to gada­nie i cho­dze­nie, aż w końcu ponow­nie docie­ramy do finału i kolejny raz dajemy się oma­mić obiet­nicy roz­pier­dolu. I tak w koło Macieju. No dobra tro­chę prze­sa­dzam, bo sezon z guber­na­to­rem był cał­kiem w cipkę i począ­tek siód­mego też zaorał. Tak na mar­gi­ne­sie dodam, że serial można rów­nież oglą­dać dla tzw. beki. Otóż zom­biaki poru­szają się z zawrotną pręd­ko­ścią 100 metrów na godzinę i gene­ral­nie są nie­ru­chawe niczym dziew­czyny z kółka różań­co­wego, a mimo to w każ­dym odcinku jakiś geniusz da się zła­pać i ugryźć jak ostatni fra­jer. Sma­czek jest taki, że przez 7 sezo­nów w serialu ani razu nie padło słowo „zom­bie”. Potocz­nie nazywa się ich „szwę­da­czami”.

 

Naro­cos (Net­flix)

SerialeSerial, który pomógł mi prze­trwać delirkę, jaką wywo­łała roz­łąką z „Bre­aking Bad” (naj­lep­szy ever), cho­ciaż poza nar­ko­ty­kami obie pro­duk­cje nie mają zbyt wiele wspól­nego. „Nar­cos” opo­wiada histo­rię Pablo Esco­bara, który zaczy­nał od drob­nego prze­mytu magne­to­wi­dów, a skoń­czył jako naj­więk­szy w naszej galak­tyce nar­ko­ty­kowy baron. W szczy­to­wym momen­cie „kariery” zaj­mo­wał 7. miej­sce na liście naj­bo­gat­szych ludzi świata i ponoć kon­tro­lo­wał aż 80% rynku koka­iny. Wszy­scy cele­bryci, któ­rzy w latach 80. przy­jęli złoty strzał, na 99% zała­twili się towa­rem wła­śnie od Esco­bara. Hajsu miał tak dużo, że musiał ukry­wać go w ścia­nach, mate­ra­cach, leśnych lepian­kach i zako­py­wać w ogródku, a i tak wciąż od cho­lery zosta­wało mu w kie­szeni. Rządy Esco­bara pochło­nęły setki ofiar (mor­der­stwa i przedaw­ko­wa­nia), sko­rum­po­wały dzie­siątki poli­ty­ków, ale Kolum­bij­czycy i tak go kochali, bo był dla nich odpo­wied­ni­kiem Robin Hooda – dawał pracę, remon­to­wał szkoły i szpi­tale, ogól­nie dbał o swo­ich. Histo­ria miej­scami jest tak nie­praw­do­po­dobna, aż nie chcę się wie­rzyć, że to na fak­cie, a jed­nak. Oczy­wi­ście wiele wąt­ków zostało pod­ko­lo­ry­zo­wa­nych, żeby pod­bić dra­ma­tur­gię, mimo to punkt wyj­ścia się zga­dza. Głu­pio się przy­znać, ale aktor gra­jący Pablito zro­bił na mnie takie wra­że­nie, że przez cały serial trzy­ma­łem za niego kciuki. Nie­dawno skoń­czył się drugi sezon, który przy oka­zji był ostat­nim (cho­ciaż to róż­nie bywa). 

 

Bro­ad­church (Net­flix)

SerialeBro­ad­church to bry­tyj­skie mia­steczko, które może pochwa­lić się fajną plażą i epic­kim kli­fem, ale poza tym nie dzieje się tam nic cie­ka­wego. Do czasu. Pew­nego dnia na plaży zostaje odna­le­zione ciało 9-letniego chłopca. Szyb­kie oglę­dziny jed­no­znacz­nie wska­zują, że doszło do mor­der­stwa. Roz­po­czyna się śledz­two, które wywraca do góry nogami dotych­cza­sowe sie­lan­kowe życie miesz­kań­ców Bro­ad­church. Podej­rzani są wszy­scy i jak się póź­niej oka­zuje, wszy­scy mają sporo brudu pod paznok­ciami. Docho­dze­niem kie­ruje Alec Hardy, detek­tyw, który skom­pro­mi­to­wał się w poprzed­niej spra­wie i teraz pró­buje się odkuć, a part­ne­ruje mu lokalna poli­cjantka Ellie Mil­ler, która ma srogi ból pod lędź­wiami, bo liczyła na awans, tym­cza­sem jej sta­no­wi­sko zgar­nia wła­śnie Alec. Do się­gnię­cia po serial namó­wił mnie kolega, któ­rego chciał­bym z tego miej­sca prze­pro­sić za wszyst­kie komen­ta­rze w stylu „Bosssz, z opisu zapo­wiada się na więk­szy cię­żar niż „Lista Schi­dlera”. Chyba już wolę prze­czy­tać losową książkę Beaty Paw­li­kow­skiej”, „Dla­czego Ty zawsze musisz się­gać po takie niszowe gnioty i co gor­sze chcesz mnie pocią­gnąć za sobą na dno?”, na szczę­ście męczył tak długo bułę, aż się zła­ma­łem. Było warto. Serial ma dobry, gęsty kli­mat, dia­logi są pełne sar­ka­zmu i zło­śli­wo­ści, ale i tak naj­cie­kaw­szy jest aspekt socjo­lo­giczny, czyli poka­za­nie jak zaszczuć czło­wieka cią­głymi podej­rze­niami i wyko­py­wa­niem bru­dów z prze­szło­ści. Do tej pory wyszły dwa sezony (drugi tro­chę słab­szy). Pre­miera trze­ciego na dniach.

 

Nocny recep­cjo­ni­sta (AMC)

SerialeKolejny bry­tyj­ski serial (w koope­ra­cji z USA), a w zasa­dzie mini serial, bo tylko 6-odcinkowy, ale za to na bogato, bo z budże­tem aż 30. milio­nów zie­lo­nych. Obsada też niczego sobie. W rolach głów­nych Hugh Lau­rie, czyli Dr House oraz Tom Hid­del­stone, czyli Loki z Thora lub jak kto woli boy­friend Tay­lor Swift. Sytu­acja maluje się nastę­pu­jąco, Dr House jest sza­no­wa­nym biz­nes­me­nem, który na boczku han­dluje bro­nią. Ści­gają go bry­tyj­skie służby, ale nie potra­fią zebrać porząd­nego mate­riału dowo­do­wego, przez co wydaje się, że raczej nic z tego nie wyj­dzie, wtem do gry wcho­dzi Loki, który ma z Housem pry­watną zadrę i godzi się zostać wtyczką. Wnika do jego bandy i zaczyna mie­szać. Wkrę­ci­li­śmy się z Madzią w ten serial jak ex żona Czarka Pazury w aferę korup­cyjną i było to naprawdę miło spę­dzone 6 godzin. Histo­ria może nie jest super dyna­miczna, ale na pewno zwarta, bez sztucz­nego prze­dłu­ża­nia na kolejne sezony, z efek­tow­nymi zdję­ciami, no i pod wzglę­dem aktor­stwa czapki z głów. Hugh Lau­rie jak dla mnie prze­ła­mał sko­ja­rze­nie z Dr Housem (to, że go tak nazwa­łem już 10 razy o niczym nie świad­czy), poza tym w końcu zro­zu­mia­łem, o co to wiel­kie halo z Tomem Hid­dle­sto­nem. Chło­pak naprawdę ma poten­cjał, ale bra­nie go pod uwagę do roli Bonda to prze­gię­cie. Jak dla mnie Bond może być nawet murzy­nem, byle nie miał zapad­nię­tej klaty #Tom. Taka rada dla przy­szłych czar­nych cha­rak­te­rów: jeśli jesteś lide­rem grupy prze­stęp­czej i ni stąd, ni zowąd wokół Cie­bie zaczyna się krę­cić jakiś nie­zna­jomy typ, w dodatku w tym samym cza­sie dzieją się różne dziwne rze­czy, które sta­wiają pod zna­kiem zapy­ta­nia lojal­ność ludzi, któ­rych znasz od lat, wiedz, że wła­śnie jesteś infil­tro­wany. Naj­gor­sze co możesz zro­bić to odstrze­lić swo­ich sta­rych ziom­ków, a obcego awan­so­wać na „prawą rękę”. Zosta­wia­nie świe­żaka sam na sam z Twoją żoną to też nie naj­lep­szy pomysł. Niby oczy­wi­ste rady, ale oglą­dają i czy­ta­jąc kolejne kry­mi­nały, widzę, że to nagminny pro­blem.

 

Desi­gna­ted Survi­vor (Net­flix)

SerialeNaj­now­sza pro­duk­cja Net­flixa, prze­wi­dziana na 22 odcinki, z któ­rych na razie wyszło 10. Wzno­wie­nie pla­no­wane jest na marzec, ale jeśli nie doj­dzie do skutku, nie będę zdzi­wiony. Powiedzmy sobie szcze­rze, w tym serialu naj­lep­szy jest pomysł — Desi­gna­ted Survi­ver to koleś wyzna­czony z Kon­gresu, który pod­czas zaprzy­się­że­nia nowego pre­zy­denta sie­dzi w odizo­lo­wa­nym pomiesz­cze­niu i w razie, gdyby doszło do zama­chu, to wła­śnie na jego barki spa­dłaby odpo­wie­dzial­ność dowo­dze­nia kra­jem. W serialu DS-em zostaje Kefir Suter­land i los spra­wia, że fak­tycz­nie docho­dzi do zama­chu … i to nie byle jakiego, bo ter­ro­ry­ści wysa­dzają Kapi­tol, a w wyniku eks­plo­zji ginie nie­mal stu poli­ty­ków, w tym pre­zy­dent i cały rząd (Smole… nie, lepiej nie idźmy tą drogą). Mleko się wylało, więc teraz Kefir Suter­land, który zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej został zdy­mi­sjo­no­wany z funk­cji mini­stra urba­ni­za­cji, musi prze­pro­wa­dzić się do Bia­łego Domu i spró­bo­wać jakoś ogar­nąć ten cały pier­dol­nik. Prawda, że opis brzmi zachę­ca­jąco? Nie­stety dalej robi się już paź­dzierz. Mamy dwa wątki, pierw­szy to Kefir Suter­land w roli pre­zy­denta i od razu ostrze­gam, że koleś jest taką cipą, że zapewne odkle­pałby nawet Naj­ma­nowi. Jest szla­chetny do porzygu, nie ma wła­snego zda­nia, nie umie pod­jąć decy­zji i przej­muje się tym, co powie­dzą inni. Jak go prasa oskar­żyła, że nie jest bio­lo­gicz­nym ojcem swo­jego syna, to oso­bi­ście zaniósł im w zębach wyniki badań DNA. Serio, nasz Endrju to przy nim praw­dziwy samiec alfa i nie­za­leżna jed­nostka. Kefir nie potra­fiłby nawet porząd­nego syl­we­stra urzą­dzić. Drugi wątek doty­czy agentki FBI, która pod­czas zama­chu stra­ciła gacha, więc teraz śledz­two trak­tuje per­so­nal­nie. No szału nie ma. Serial chciał być mik­sem “Home­land” z “House of Cards”, ale bli­żej mu do chujni z grzyb­nią “Ple­bani” i “Klanu”. W dodatku jest tani. Foto­mon­taże i tek­tu­rowe sce­no­gra­fie tak bar­dzo walą po oczach, że na koniec sezonu bielmo gwa­ran­to­wane. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że mimo wszystko przy­jem­nie się to oglą­dało. Mam lekki syn­drom sztok­holm­ski, bo niby co odci­nek łapa­łem się za głowę i krzy­cza­łem na do ekranu “Kefir Ty łajzo!”, ale nie potra­fi­łem prze­stać i zapusz­cza­łem kolejne odcinki… i w marcu tez zapusz­czę.

 

Stran­ger Things (Net­flix)

SerialeZde­cy­do­wa­nie naj­więk­szy seria­lowy hajp 2016. Gdy­bym dosta­wał zło­tówkę za każdą pod­sły­szaną opi­nię, w któ­rej ktoś porów­ny­wał ten tytuł do “E.T” i “Goonies”, wychwa­lał za “kli­ma­tyczną muzykę” i dorzu­cał komen­tarz, że to “wspa­niały hołd dla Spiel­berga i Ste­phena Kinga”, jak nic miał­bym teraz 7 zło­tych. Przy­znaję, że serial jest spoko, oglą­dało się cał­kiem przy­jem­nie, ale szcze­rze mówiąc, nie urwał mi na tyle dupy, żebym z wypie­kami na twa­rzy wycze­ki­wał kolej­nego sezonu, a takowy jest już potwier­dzony. Zapewne obej­rzę, ale bez napinki. Fabuła: grupka dzie­cia­ków pró­buje na wła­sną rękę odna­leźć zagi­nio­nego w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach kolegę, ale zamiast niego, znaj­dują dziew­czynkę obda­rzoną nad­przy­ro­dzo­nymi mocami. Od tego momentu w oko­licy zaczy­nają wypra­wiać się różne dziwne rze­czy, a wszyst­kie tropy wska­zują, że w sprawę zamie­szana jest agen­cja rzą­dowa, która prze­pro­wa­dza podej­rzane eks­pe­ry­menty. Serial ser­wuje wyso­kiej jako­ści sci-fi, anga­żu­jącą tajem­nicę, nostal­giczną podróż do lat 80-tych (Ci wycho­wani w 90-tych też się łapią) i bar­dzo dobrze dobraną ekipę mło­dych akto­rów (jest che­mia), wspie­ra­nych przez dawno nie­wi­dzianą Winonę Ryder. Naprawdę jest nie­źle, a mimo wszystko jakoś tego nie czuję. Sorry.

 

Bel­fer (Canal+)

SerialePol­skie Stran­ger Things… pod wzglę­dem hajpu. Ogól­nie nie­zły, ale nie znowu taki cudowny, jak wszy­scy twier­dzą. Pierw­sze cztery odcinki były wręcz tak słabe, że na jakiś czas zarzu­ci­łem oglą­da­nie. Aż zęby bolały od tego bul­l­shitu, że o to mamy niby prze­ciętną pol­ską pipi­dówę, a w niej mafię pod kra­wa­tem (biz­nes­meni), drugą mafię w dre­sie (Pro­sto na blu­zie i krzywo na ryju), klub nocny z damami lek­kich oby­cza­jów, gdzie prze­sia­dują prak­tycz­nie sami gim­na­zja­li­ści, deale­rów, makle­rów, par­tie hono­rowe, pod­pa­le­nia, mor­der­stwa, przedaw­ko­wa­nia, skan­dale oby­cza­jowe, a nawet aferę z nie­le­gal­nym skła­do­wa­niem tok­sycz­nych odpa­dów w parku kra­jo­bra­zo­wym. Kropkę nad ‘i” posta­wiła postać Macieja Stuhra, która nie dość, że była mega iry­tu­jąca i żyw­cem zerżnięta z Ojca Mate­usza, to jesz­cze twórcy pró­bo­wali z niej zro­bić Jasona Bourne’a (sceny walk ssały nawet bar­dziej od scen “strze­la­nych”- pię­ści zatrzy­mu­jące się 10 cm od twa­rzy). Zasko­czyło dopiero, gdzieś w 5 odcinku, ale głów­nie dla­tego, że zaczą­łem przy­my­kać oko na różne idio­tyczne i nie­praw­do­po­dobne zagrywki sce­na­rzy­stów — poli­cja, która dzieli się wie­dzą z przy­pad­ko­wymi cywi­lami, cudowne zbiegi oko­licz­no­ści i postaci wpro­wa­dzane z dupy tylko po to, żeby pod­rzu­cić trop Mać­kowi. Na szczę­ście w 5 odcinku poja­wiło się też kilka nowych wąt­ków i postaci, które dźwi­gnęły serial z kolan i pocią­gnęły do finału. Bar­dzo dobrze wypadł Seba­stian Fabi­jań­ski, któ­rego zna­cie z ostat­niego “Pit­bulla” (Cukier), ale poza­mia­tali też Grze­gorz Damięcki w roli Grze­go­rza Molendy i Mate­usz Wię­cła­wek jako Jasiek Molenda. Będą z nich ludzie, warto obser­wo­wać. W kwe­stii finału nie jest naj­go­rzej, powiedzmy, że to kupuję, ale znowu nie zdarło mi czapki, tak jak obie­cy­wali twórcy. W sumie ich dekla­ra­cja, że finał zasko­czy wszyst­kich i wywróci mózg na lewą stronę, oka­zał się tro­chę samo­bó­jem, bo z góry było wia­domo, że podej­rzani o mor­der­stwo, któ­rych w pierw­szych odcin­kach pod­rzu­cali nam sce­na­rzy­ści to fał­szywe tropy. Pod­su­mo­wu­jąc, wszedł mi lepiej niż pierw­szy sezon “Paktu”, który miał tak bez­na­dziejny finał, że szkoda gadać, lepiej niż “Wataha”, która z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn urwała się w poło­wie histo­rii, ale zde­cy­do­wa­nie nie ma startu do “Odwró­co­nych”, “Pit­bulla”, “Eks­tra­dy­cji” i “Krwi z krwi”. Teraz może­cie mnie ukrzy­żo­wać.

 

Dolina Krze­mowa (HBO)

Seriale

Od trzech sezo­nów mój abso­lut­nie ulu­biony serial. Opo­wiada o ban­dzie ner­dów ze złą karmą, któ­rzy przy­pad­kowo opra­co­wują genialny pro­gram do super­szyb­kiej kom­pre­sji pli­ków i o ile są cał­kiem nie­źli w kle­pa­niu kodu, to przez brak umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych mają nie lada pro­blem, żeby go sprze­dać. Naj­więk­sze zalety, to nie­wy­mu­szony humor (zero śmie­chu z puszki), wypeł­niony cel­nymi one line­rami i soczy­stym dar­ciem łacha ze ste­reo­typu nerda, z branży tech­no­lo­gicz­nej i mody na star­tupy, cie­kawy kon­trast cha­rak­te­rów i akto­rzy skro­jeni na miarę oraz for­mat 30-minutowych odcin­ków, które wcho­dzą jak rurki z kre­mem. Pole­cam wszyst­kimi koń­czy­nami. Podej­dzie nawet ludziom, któ­rym enter myli się ze spacją. 

 

P.S. Aktu­al­nie ogar­niam “Mło­dego papieża”, “Westworld”, “Luthera”, “Sher­locka” i “22.11.63″.

A to widziałeś?