popKULTURA

Pigoutowy przewodnik serialowy. Część druga

09/01/2017

Minął nie­mal rok, od kie­dy udo­stęp­ni­łem PigO­uto­wy Prze­wod­nik Seria­lo­wy (klik) i obie­ca­łem, że za tydzień wpad­nie kolej­na część. Oto ona. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie powiem tyl­ko, że lepiej póź­no niż wca­le. Nie chcę powta­rzać wstę­pu z pierw­szej czę­ści, więc w tele­gra­ficz­nym skró­cie przy­po­mnę, że oglą­da­nie seria­li już daw­no nie jest sym­bo­lem obcia­chu (no, chy­ba że mówi­my o “Bar­wach szczę­ścia”), że nie­któ­re mają wyż­sze budże­ty niż prze­cięt­na hol­ly­wo­odz­ka pro­duk­cja, a akto­rzy chęt­ni do zła­pa­nia roli walą drzwia­mi i okna­mi, bo to obec­nie naj­lep­szy spo­sób, żeby się wybić, tudzież reak­ty­wo­wać zaku­rzo­ną karie­rę. Sko­ro grę wstęp­ną mamy już za sobą, przejdź­my do kon­kre­tów. 

 

House of Cards (Netflix)

Seriale

Zna­cie tę hehesz­ko­wą defi­ni­cję dyplo­ma­cji, według któ­rej jest to umie­jęt­ność powie­dze­nia spier­da­laj w taki spo­sób, aby odbior­ca poczuł pod­nie­ce­nie na myśl o zbli­ża­ją­cej się podró­ży? Mniej wię­cej takim kli­ma­tem raczy „House of Cards”. Na pierw­szy rzut oka może się wyda­wać, że jest to serial poka­zu­ją­cy wiel­ką poli­ty­kę od kuch­ni, w rze­czy­wi­sto­ści to kurs zaawan­so­wa­nej Kama­su­try. Jak zwy­kle genial­ny Kevin Spa­cey wcie­la się w rolę kon­gres­me­na Fran­ka Under­wo­oda, któ­ry demon­stru­je jak pra­wi­dło­wo wydy­mać wszyst­kich razem lub każ­de­go z osob­na, przy uży­ciu dowol­nej tech­ni­ki: z grą wstęp­ną, bez mydła lub w kaka­owe oko. Do wybo­ru, do kolo­ru i jak kto woli. Serial zde­cy­do­wa­nie tra­fi w gusta osób, któ­re jara­ją się sza­cha­mi na pozio­mie master, potra­fią doce­nić dys­kret­ne pod­kła­da­nie świń oraz zawią­zy­wa­nie intryg w bia­łych ręka­wicz­kach. Dla fanów akcji może wydać się tro­chę nużą­cy, bo jak­by nie patrzeć, naj­wię­cej jest tutaj gada­nia, jed­nak na wła­snym przy­kła­dzie stwier­dzam, że war­to dać mu szan­sę. Pod­czas pierw­sze­go sezo­nu męczy­łem się nie­mi­ło­sier­nie, ale jak już zasko­czy­ło, to poko­cha­łem abso­lut­nie. Sezo­ny 3 i 4 to była uczta, a wąt­ki nego­cja­cji z Rosja­na­mi maj­stersz­tyk. Nie­cier­pli­wie wycze­ku­ję sezo­nu numer pięć.

 

Wikingowie (History / 3 sezony na Netflixie)

SerialeSerial spod zna­ku cyc­ków i topo­ra, któ­re­go nie­któ­re sezo­ny zaje­bi­sto­ścią biją nie­któ­re sezo­ny „Gry o Tron” (w mojej opi­nii of cour­se). Ogól­nie chy­ba wszy­scy wie­my, o co cho­dzi z Wikin­ga­mi? Była sobie ban­da skan­dy­naw­skich bro­da­czy, któ­rą roz­no­sił testo­ste­ron, jed­nak nie bar­dzo potra­fi­li zna­leźć ujście dla swo­jej ener­gii. W domu saj­gon, bo dzie­cia­ki wła­żą na gło­wę i baba wier­ci dziu­rę w brzu­chu, poza domem też nie lepiej — nie ma dokąd pójść, bo dooko­ła tyl­ko góry i morze, i nawet porząd­nej ustaw­ki nie da rady zro­bić, bo nie wymy­ślo­no jesz­cze pił­ki noż­nej. Ago­nia trwa do momen­tu, aż ich szef, Ragnar Loth­brock, wpa­da na pomysł, jak na lega­lu wyrwać się z cha­ty: „Pano­wie plan jest taki — budu­je­my łaj­bę, pły­nie­my zoba­czyć, kto jest po dru­giej stro­nie wody, po czym spusz­cza­my mu łomot i zabie­ra­my zasta­wę sto­ło­wą”. No i mniej wię­cej o takich woja­żach jest serial. Wyróż­nia­ją go epic­kie zdję­cia, krwa­we bit­ki i spi­ski gru­be jak Gry­can­ki. Mój ulu­bio­ny moment: kie­dy żony żegna­ją wypły­wa­ją­cych Wikin­gów okrzy­ka­mi “Tyl­ko nie daj się zabić” tudzież “Nie zada­waj się z inny­mi baba­mi”, na co Wikin­go­wie odkrzy­ku­ją “Dobrze kocha­nie”, po czym wra­ca­ją mar­twi albo z bękar­ta­mi. Aktu­al­nie w emi­sji jest czwar­ty sezon.

 

The Walking Dead (FOX)

SerialeEkra­ni­za­cja kul­to­we­go komik­su o tym samy tytu­le. Akcja toczy się w post apo­ka­lip­tycz­nym świe­cie opa­no­wa­nym przez Zom­bie, gdzie gru­pa oca­la­łych pró­bu­je pozo­stać przy życiu i docze­kać do momen­tu, aż uro­dzi się jakaś nadzie­ja na odtwo­rze­nie cywi­li­za­cji. Aktu­al­nie trwa już siód­my sezon i szcze­rze mówiąc nie potra­fię wytłu­ma­czyć dla­cze­go nadal go oglą­dam, bo serial niczym życie w pio­sen­ce zespo­łu „Lemon” jest małą ściem­nia­rą. Finał każ­de­go odcin­ka zwia­stu­je mega pier­dol­nię­cie w kolej­nym epi­zo­dzie, tym­cza­sem kie­dy przy­cho­dzi co do cze­go, koń­czy się na małym kapi­szo­nie, a resz­ta to gada­nie i cho­dze­nie, aż w koń­cu ponow­nie docie­ra­my do fina­łu i kolej­ny raz daje­my się oma­mić obiet­ni­cy roz­pier­do­lu. I tak w koło Macie­ju. No dobra tro­chę prze­sa­dzam, bo sezon z guber­na­to­rem był cał­kiem w cip­kę i począ­tek siód­me­go też zaorał. Tak na mar­gi­ne­sie dodam, że serial moż­na rów­nież oglą­dać dla tzw. beki. Otóż zom­bia­ki poru­sza­ją się z zawrot­ną pręd­ko­ścią 100 metrów na godzi­nę i gene­ral­nie są nie­ru­cha­we niczym dziew­czy­ny z kół­ka różań­co­we­go, a mimo to w każ­dym odcin­ku jakiś geniusz da się zła­pać i ugryźć jak ostat­ni fra­jer. Sma­czek jest taki, że przez 7 sezo­nów w seria­lu ani razu nie padło sło­wo „zom­bie”. Potocz­nie nazy­wa się ich „szwę­da­cza­mi”.

 

Narocos (Netflix)

SerialeSerial, któ­ry pomógł mi prze­trwać delir­kę, jaką wywo­ła­ła roz­łą­ką z „Bre­aking Bad” (naj­lep­szy ever), cho­ciaż poza nar­ko­ty­ka­mi obie pro­duk­cje nie mają zbyt wie­le wspól­ne­go. „Nar­cos” opo­wia­da histo­rię Pablo Esco­ba­ra, któ­ry zaczy­nał od drob­ne­go prze­my­tu magne­to­wi­dów, a skoń­czył jako naj­więk­szy w naszej galak­ty­ce nar­ko­ty­ko­wy baron. W szczy­to­wym momen­cie „karie­ry” zaj­mo­wał 7. miej­sce na liście naj­bo­gat­szych ludzi świa­ta i ponoć kon­tro­lo­wał aż 80% ryn­ku koka­iny. Wszy­scy cele­bry­ci, któ­rzy w latach 80. przy­ję­li zło­ty strzał, na 99% zała­twi­li się towa­rem wła­śnie od Esco­ba­ra. Haj­su miał tak dużo, że musiał ukry­wać go w ścia­nach, mate­ra­cach, leśnych lepian­kach i zako­py­wać w ogród­ku, a i tak wciąż od cho­le­ry zosta­wa­ło mu w kie­sze­ni. Rzą­dy Esco­ba­ra pochło­nę­ły set­ki ofiar (mor­der­stwa i przedaw­ko­wa­nia), sko­rum­po­wa­ły dzie­siąt­ki poli­ty­ków, ale Kolum­bij­czy­cy i tak go kocha­li, bo był dla nich odpo­wied­ni­kiem Robin Hooda – dawał pra­cę, remon­to­wał szko­ły i szpi­ta­le, ogól­nie dbał o swo­ich. Histo­ria miej­sca­mi jest tak nie­praw­do­po­dob­na, aż nie chcę się wie­rzyć, że to na fak­cie, a jed­nak. Oczy­wi­ście wie­le wąt­ków zosta­ło pod­ko­lo­ry­zo­wa­nych, żeby pod­bić dra­ma­tur­gię, mimo to punkt wyj­ścia się zga­dza. Głu­pio się przy­znać, ale aktor gra­ją­cy Pabli­to zro­bił na mnie takie wra­że­nie, że przez cały serial trzy­ma­łem za nie­go kciu­ki. Nie­daw­no skoń­czył się dru­gi sezon, któ­ry przy oka­zji był ostat­nim (cho­ciaż to róż­nie bywa). 

 

Broadchurch (Netflix)

SerialeBro­ad­church to bry­tyj­skie mia­stecz­ko, któ­re może pochwa­lić się faj­ną pla­żą i epic­kim kli­fem, ale poza tym nie dzie­je się tam nic cie­ka­we­go. Do cza­su. Pew­ne­go dnia na pla­ży zosta­je odna­le­zio­ne cia­ło 9‑letniego chłop­ca. Szyb­kie oglę­dzi­ny jed­no­znacz­nie wska­zu­ją, że doszło do mor­der­stwa. Roz­po­czy­na się śledz­two, któ­re wywra­ca do góry noga­mi dotych­cza­so­we sie­lan­ko­we życie miesz­kań­ców Bro­ad­church. Podej­rza­ni są wszy­scy i jak się póź­niej oka­zu­je, wszy­scy mają spo­ro bru­du pod paznok­cia­mi. Docho­dze­niem kie­ru­je Alec Har­dy, detek­tyw, któ­ry skom­pro­mi­to­wał się w poprzed­niej spra­wie i teraz pró­bu­je się odkuć, a part­ne­ru­je mu lokal­na poli­cjant­ka Ellie Mil­ler, któ­ra ma sro­gi ból pod lędź­wia­mi, bo liczy­ła na awans, tym­cza­sem jej sta­no­wi­sko zgar­nia wła­śnie Alec. Do się­gnię­cia po serial namó­wił mnie kole­ga, któ­re­go chciał­bym z tego miej­sca prze­pro­sić za wszyst­kie komen­ta­rze w sty­lu „Bosssz, z opi­su zapo­wia­da się na więk­szy cię­żar niż „Lista Schi­dle­ra”. Chy­ba już wolę prze­czy­tać loso­wą książ­kę Beaty Paw­li­kow­skiej”, „Dla­cze­go Ty zawsze musisz się­gać po takie niszo­we gnio­ty i co gor­sze chcesz mnie pocią­gnąć za sobą na dno?”, na szczę­ście męczył tak dłu­go bułę, aż się zła­ma­łem. Było war­to. Serial ma dobry, gęsty kli­mat, dia­lo­gi są peł­ne sar­ka­zmu i zło­śli­wo­ści, ale i tak naj­cie­kaw­szy jest aspekt socjo­lo­gicz­ny, czy­li poka­za­nie jak zaszczuć czło­wie­ka cią­gły­mi podej­rze­nia­mi i wyko­py­wa­niem bru­dów z prze­szło­ści. Do tej pory wyszły dwa sezo­ny (dru­gi tro­chę słab­szy). Pre­mie­ra trze­cie­go na dniach.

 

Nocny recepcjonista (AMC)

SerialeKolej­ny bry­tyj­ski serial (w koope­ra­cji z USA), a w zasa­dzie mini serial, bo tyl­ko 6‑odcinkowy, ale za to na boga­to, bo z budże­tem aż 30. milio­nów zie­lo­nych. Obsa­da też nicze­go sobie. W rolach głów­nych Hugh Lau­rie, czy­li Dr House oraz Tom Hid­del­sto­ne, czy­li Loki z Tho­ra lub jak kto woli boy­friend Tay­lor Swift. Sytu­acja malu­je się nastę­pu­ją­co, Dr House jest sza­no­wa­nym biz­nes­me­nem, któ­ry na bocz­ku han­dlu­je bro­nią. Ści­ga­ją go bry­tyj­skie służ­by, ale nie potra­fią zebrać porząd­ne­go mate­ria­łu dowo­do­we­go, przez co wyda­je się, że raczej nic z tego nie wyj­dzie, wtem do gry wcho­dzi Loki, któ­ry ma z Housem pry­wat­ną zadrę i godzi się zostać wtycz­ką. Wni­ka do jego ban­dy i zaczy­na mie­szać. Wkrę­ci­li­śmy się z Madzią w ten serial jak ex żona Czar­ka Pazu­ry w afe­rę korup­cyj­ną i było to napraw­dę miło spę­dzo­ne 6 godzin. Histo­ria może nie jest super dyna­micz­na, ale na pew­no zwar­ta, bez sztucz­ne­go prze­dłu­ża­nia na kolej­ne sezo­ny, z efek­tow­ny­mi zdję­cia­mi, no i pod wzglę­dem aktor­stwa czap­ki z głów. Hugh Lau­rie jak dla mnie prze­ła­mał sko­ja­rze­nie z Dr Housem (to, że go tak nazwa­łem już 10 razy o niczym nie świad­czy), poza tym w koń­cu zro­zu­mia­łem, o co to wiel­kie halo z Tomem Hid­dle­sto­nem. Chło­pak napraw­dę ma poten­cjał, ale bra­nie go pod uwa­gę do roli Bon­da to prze­gię­cie. Jak dla mnie Bond może być nawet murzy­nem, byle nie miał zapad­nię­tej kla­ty #Tom. Taka rada dla przy­szłych czar­nych cha­rak­te­rów: jeśli jesteś lide­rem gru­py prze­stęp­czej i ni stąd, ni zowąd wokół Cie­bie zaczy­na się krę­cić jakiś nie­zna­jo­my typ, w dodat­ku w tym samym cza­sie dzie­ją się róż­ne dziw­ne rze­czy, któ­re sta­wia­ją pod zna­kiem zapy­ta­nia lojal­ność ludzi, któ­rych znasz od lat, wiedz, że wła­śnie jesteś infil­tro­wa­ny. Naj­gor­sze co możesz zro­bić to odstrze­lić swo­ich sta­rych ziom­ków, a obce­go awan­so­wać na „pra­wą rękę”. Zosta­wia­nie świe­ża­ka sam na sam z Two­ją żoną to też nie naj­lep­szy pomysł. Niby oczy­wi­ste rady, ale oglą­da­ją i czy­ta­jąc kolej­ne kry­mi­na­ły, widzę, że to nagmin­ny pro­blem.

 

Designated Survivor (Netflix)

SerialeNaj­now­sza pro­duk­cja Net­fli­xa, prze­wi­dzia­na na 22 odcin­ki, z któ­rych na razie wyszło 10. Wzno­wie­nie pla­no­wa­ne jest na marzec, ale jeśli nie doj­dzie do skut­ku, nie będę zdzi­wio­ny. Powiedz­my sobie szcze­rze, w tym seria­lu naj­lep­szy jest pomysł — Desi­gna­ted Survi­ver to koleś wyzna­czo­ny z Kon­gre­su, któ­ry pod­czas zaprzy­się­że­nia nowe­go pre­zy­den­ta sie­dzi w odizo­lo­wa­nym pomiesz­cze­niu i w razie, gdy­by doszło do zama­chu, to wła­śnie na jego bar­ki spa­dła­by odpo­wie­dzial­ność dowo­dze­nia kra­jem. W seria­lu DS-em zosta­je Kefir Suter­land i los spra­wia, że fak­tycz­nie docho­dzi do zama­chu … i to nie byle jakie­go, bo ter­ro­ry­ści wysa­dza­ją Kapi­tol, a w wyni­ku eks­plo­zji ginie nie­mal stu poli­ty­ków, w tym pre­zy­dent i cały rząd (Smo­le… nie, lepiej nie idź­my tą dro­gą). Mle­ko się wyla­ło, więc teraz Kefir Suter­land, któ­ry zale­d­wie kil­ka godzin wcze­śniej został zdy­mi­sjo­no­wa­ny z funk­cji mini­stra urba­ni­za­cji, musi prze­pro­wa­dzić się do Bia­łe­go Domu i spró­bo­wać jakoś ogar­nąć ten cały pier­dol­nik. Praw­da, że opis brzmi zachę­ca­ją­co? Nie­ste­ty dalej robi się już paź­dzierz. Mamy dwa wąt­ki, pierw­szy to Kefir Suter­land w roli pre­zy­den­ta i od razu ostrze­gam, że koleś jest taką cipą, że zapew­ne odkle­pał­by nawet Naj­ma­no­wi. Jest szla­chet­ny do porzy­gu, nie ma wła­sne­go zda­nia, nie umie pod­jąć decy­zji i przej­mu­je się tym, co powie­dzą inni. Jak go pra­sa oskar­ży­ła, że nie jest bio­lo­gicz­nym ojcem swo­je­go syna, to oso­bi­ście zaniósł im w zębach wyni­ki badań DNA. Serio, nasz Endr­ju to przy nim praw­dzi­wy samiec alfa i nie­za­leż­na jed­nost­ka. Kefir nie potra­fił­by nawet porząd­ne­go syl­we­stra urzą­dzić. Dru­gi wątek doty­czy agent­ki FBI, któ­ra pod­czas zama­chu stra­ci­ła gacha, więc teraz śledz­two trak­tu­je per­so­nal­nie. No sza­łu nie ma. Serial chciał być mik­sem “Home­land” z “House of Cards”, ale bli­żej mu do chuj­ni z grzyb­nią “Ple­ba­ni” i “Kla­nu”. W dodat­ku jest tani. Foto­mon­ta­że i tek­tu­ro­we sce­no­gra­fie tak bar­dzo walą po oczach, że na koniec sezo­nu biel­mo gwa­ran­to­wa­ne. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że mimo wszyst­ko przy­jem­nie się to oglą­da­ło. Mam lek­ki syn­drom sztok­holm­ski, bo niby co odci­nek łapa­łem się za gło­wę i krzy­cza­łem na do ekra­nu “Kefir Ty łaj­zo!”, ale nie potra­fi­łem prze­stać i zapusz­cza­łem kolej­ne odcin­ki… i w mar­cu tez zapusz­czę.

 

Stranger Things (Netflix)

SerialeZde­cy­do­wa­nie naj­więk­szy seria­lo­wy hajp 2016. Gdy­bym dosta­wał zło­tów­kę za każ­dą pod­sły­sza­ną opi­nię, w któ­rej ktoś porów­ny­wał ten tytuł do “E.T” i “Goonies”, wychwa­lał za “kli­ma­tycz­ną muzy­kę” i dorzu­cał komen­tarz, że to “wspa­nia­ły hołd dla Spiel­ber­ga i Ste­phe­na Kin­ga”, jak nic miał­bym teraz 7 zło­tych. Przy­zna­ję, że serial jest spo­ko, oglą­da­ło się cał­kiem przy­jem­nie, ale szcze­rze mówiąc, nie urwał mi na tyle dupy, żebym z wypie­ka­mi na twa­rzy wycze­ki­wał kolej­ne­go sezo­nu, a tako­wy jest już potwier­dzo­ny. Zapew­ne obej­rzę, ale bez napin­ki. Fabu­ła: grup­ka dzie­cia­ków pró­bu­je na wła­sną rękę odna­leźć zagi­nio­ne­go w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach kole­gę, ale zamiast nie­go, znaj­du­ją dziew­czyn­kę obda­rzo­ną nad­przy­ro­dzo­ny­mi moca­mi. Od tego momen­tu w oko­li­cy zaczy­na­ją wypra­wiać się róż­ne dziw­ne rze­czy, a wszyst­kie tro­py wska­zu­ją, że w spra­wę zamie­sza­na jest agen­cja rzą­do­wa, któ­ra prze­pro­wa­dza podej­rza­ne eks­pe­ry­men­ty. Serial ser­wu­je wyso­kiej jako­ści sci-fi, anga­żu­ją­cą tajem­ni­cę, nostal­gicz­ną podróż do lat 80-tych (Ci wycho­wa­ni w 90-tych też się łapią) i bar­dzo dobrze dobra­ną eki­pę mło­dych akto­rów (jest che­mia), wspie­ra­nych przez daw­no nie­wi­dzia­ną Wino­nę Ryder. Napraw­dę jest nie­źle, a mimo wszyst­ko jakoś tego nie czu­ję. Sor­ry.

 

Belfer (Canal+)

SerialePol­skie Stran­ger Things… pod wzglę­dem haj­pu. Ogól­nie nie­zły, ale nie zno­wu taki cudow­ny, jak wszy­scy twier­dzą. Pierw­sze czte­ry odcin­ki były wręcz tak sła­be, że na jakiś czas zarzu­ci­łem oglą­da­nie. Aż zęby bola­ły od tego bul­l­shi­tu, że o to mamy niby prze­cięt­ną pol­ską pipi­dó­wę, a w niej mafię pod kra­wa­tem (biz­nes­me­ni), dru­gą mafię w dre­sie (Pro­sto na blu­zie i krzy­wo na ryju), klub noc­ny z dama­mi lek­kich oby­cza­jów, gdzie prze­sia­du­ją prak­tycz­nie sami gim­na­zja­li­ści, deale­rów, makle­rów, par­tie hono­ro­we, pod­pa­le­nia, mor­der­stwa, przedaw­ko­wa­nia, skan­da­le oby­cza­jo­we, a nawet afe­rę z nie­le­gal­nym skła­do­wa­niem tok­sycz­nych odpa­dów w par­ku kra­jo­bra­zo­wym. Krop­kę nad ‘i” posta­wi­ła postać Macie­ja Stuh­ra, któ­ra nie dość, że była mega iry­tu­ją­ca i żyw­cem zerżnię­ta z Ojca Mate­usza, to jesz­cze twór­cy pró­bo­wa­li z niej zro­bić Jaso­na Bour­ne­’a (sce­ny walk ssa­ły nawet bar­dziej od scen “strze­la­nych”- pię­ści zatrzy­mu­ją­ce się 10 cm od twa­rzy). Zasko­czy­ło dopie­ro, gdzieś w 5 odcin­ku, ale głów­nie dla­te­go, że zaczą­łem przy­my­kać oko na róż­ne idio­tycz­ne i nie­praw­do­po­dob­ne zagryw­ki sce­na­rzy­stów — poli­cja, któ­ra dzie­li się wie­dzą z przy­pad­ko­wy­mi cywi­la­mi, cudow­ne zbie­gi oko­licz­no­ści i posta­ci wpro­wa­dza­ne z dupy tyl­ko po to, żeby pod­rzu­cić trop Mać­ko­wi. Na szczę­ście w 5 odcin­ku poja­wi­ło się też kil­ka nowych wąt­ków i posta­ci, któ­re dźwi­gnę­ły serial z kolan i pocią­gnę­ły do fina­łu. Bar­dzo dobrze wypadł Seba­stian Fabi­jań­ski, któ­re­go zna­cie z ostat­nie­go “Pit­bul­la” (Cukier), ale poza­mia­ta­li też Grze­gorz Damięc­ki w roli Grze­go­rza Molen­dy i Mate­usz Wię­cła­wek jako Jasiek Molen­da. Będą z nich ludzie, war­to obser­wo­wać. W kwe­stii fina­łu nie jest naj­go­rzej, powiedz­my, że to kupu­ję, ale zno­wu nie zdar­ło mi czap­ki, tak jak obie­cy­wa­li twór­cy. W sumie ich dekla­ra­cja, że finał zasko­czy wszyst­kich i wywró­ci mózg na lewą stro­nę, oka­zał się tro­chę samo­bó­jem, bo z góry było wia­do­mo, że podej­rza­ni o mor­der­stwo, któ­rych w pierw­szych odcin­kach pod­rzu­ca­li nam sce­na­rzy­ści to fał­szy­we tro­py. Pod­su­mo­wu­jąc, wszedł mi lepiej niż pierw­szy sezon “Pak­tu”, któ­ry miał tak bez­na­dziej­ny finał, że szko­da gadać, lepiej niż “Wata­ha”, któ­ra z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn urwa­ła się w poło­wie histo­rii, ale zde­cy­do­wa­nie nie ma star­tu do “Odwró­co­nych”, “Pit­bul­la”, “Eks­tra­dy­cji” i “Krwi z krwi”. Teraz może­cie mnie ukrzy­żo­wać.

 

Dolina Krzemowa (HBO)

Seriale

Od trzech sezo­nów mój abso­lut­nie ulu­bio­ny serial. Opo­wia­da o ban­dzie ner­dów ze złą kar­mą, któ­rzy przy­pad­ko­wo opra­co­wu­ją genial­ny pro­gram do super­szyb­kiej kom­pre­sji pli­ków i o ile są cał­kiem nie­źli w kle­pa­niu kodu, to przez brak umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych mają nie lada pro­blem, żeby go sprze­dać. Naj­więk­sze zale­ty, to nie­wy­mu­szo­ny humor (zero śmie­chu z pusz­ki), wypeł­nio­ny cel­ny­mi one line­ra­mi i soczy­stym dar­ciem łacha ze ste­reo­ty­pu ner­da, z bran­ży tech­no­lo­gicz­nej i mody na star­tu­py, cie­ka­wy kon­trast cha­rak­te­rów i akto­rzy skro­je­ni na mia­rę oraz for­mat 30-minu­to­wych odcin­ków, któ­re wcho­dzą jak rur­ki z kre­mem. Pole­cam wszyst­ki­mi koń­czy­na­mi. Podej­dzie nawet ludziom, któ­rym enter myli się ze spa­cją. 

 

P.S. Aktu­al­nie ogar­niam “Mło­de­go papie­ża”, “Westworld”, “Luthe­ra”, “Sher­loc­ka” i “22.11.63”.

A to widziałeś?