popKULTURA

Spectre. Iść czy nie iść?

09/11/2015

Dłu­go zasta­na­wia­łem się jak zacząć i naj­bar­dziej podo­ba­ła mi się wer­sja: “nie jestem prze­sad­nym fanem przy­gód Jame­sa Bon­da, ale…”, jed­nak osta­tecz­nie uzna­łem, że nie­ład­nie zaczy­nać od kłam­stwa. Praw­da jest taka, że Bond mi wisi i powie­wa. Doce­niam tę postać jako iko­nę popkul­tu­ry, ale fil­my z jego udzia­łem nigdy spe­cjal­nie mnie nie krę­ci­ły. Naj­cie­kaw­sza w nich jest otocz­ka: to jaką będzie jeź­dził furą, kto zagra czar­ny cha­rak­ter i któ­rą laskę wychę­do­ży w naj­now­szej odsło­nie. Samą fabu­łę moż­na z góry prze­wi­dzieć, zawsze jest taka sama. Zawsze! Na 24 epi­zo­dy, tak szcze­rze, podo­ba­ły mi się tyl­ko trzy: “Gol­den Eye” — bar­dzo dobry popcor­niak + zawa­diac­ki Pier­ce Bro­snan + nasza Iza­be­la Sko­rup­ko + Sean Bean jak zwy­kle ginie, “Gold­fin­ger” — sty­lo­wo + Sean Con­ne­ry jako bez­czel­ny dżen­tel­men i na pierw­szym miej­scu “Casi­no Roy­al” — dobry, suro­wy kli­mat + jedy­na część pozba­wio­na absur­dów, no może z wyjąt­kiem akcji z defi­bry­la­to­rem w Asto­nie, ale poza tym nie było sche­ma­tu, w któ­rym czar­ny cha­rak­ter zdra­dza Jame­so­wi plan pod­bo­ju świa­ta, po czym zosta­wia go z bom­bą usta­wio­ną na 15 minut i idzie w piz­du. Zawsze mnie mier­zi­ło, że badas­sy nie mają skru­pu­łów, żeby odstrze­lić pierw­sze­go lep­sze­go pion­ka, lub kogoś ze swo­jej eki­py, a z Bon­dem urzą­dza­ją cho­cho­le tań­ce w sty­lu: usta­wię zegar na 5 minut, po upły­wie tego cza­su zacznie prze­wra­cać się domi­no, ostat­ni klo­cek uru­cho­mi laser, któ­re­go wiąz­ka będzie się powol­nie poru­sza­ła w górę, aż w koń­cu po 15 minu­tach zacznie prze­ci­nać agen­ta 007 na pół, od kro­cza poczy­na­jąc. I póź­niej to zdzi­wie­nie, kie­dy oka­zu­je się, że Bond się oswo­bo­dził. A gdy­by tak napi­sać sce­na­riusz wycho­dząc z zało­że­nia, że widz swo­im IQ prze­wyż­sza Ame­bę? Wiem, wiem za dużo ocze­ku­ję. Ok, pona­rze­ka­łem, ale muszę przy­znać, że mimo tych wszyst­kich obiek­cji, wie­lo­ty­go­dnio­wa kam­pa­nia mar­ke­tin­go­wa pro­wa­dzo­na w tele­wi­zji, inter­ne­cie i na bil­bor­dach zro­bi­ła swo­je i tro­chę się na “Spec­tre” nakrę­ci­łem. Napraw­dę uwie­rzy­łem, że z tą czę­ścią może być podob­nie jak z “Casi­no Roy­ale” i ponow­nie polu­bię się z Bon­dem. Było ku temu wie­le prze­sła­nek. Po pierw­sze poże­gna­nie Danie­la Cra­iga z rolą i ostat­ni film serii reży­se­ro­wa­ny przez Sama Men­de­sa. Mia­łem nadzie­ję, że pano­wie odej­dą z dużym pier­dol­nię­ciem. Po dru­gie budżet. 250 milio­nów to nie w kij dmu­chał, a z tego bli­sko 40 baniek wyda­nych na roz­wał­kę naj­róż­niej­szych pojaz­dów (jeż­dżą­cych, pły­wa­ją­cych i lata­ją­cych). Z taką kasą musia­ło wyjść wido­wi­sko­wo. No i po trze­cie per­so­na­lia. Angaż M. Bel­luc­ci na jed­ną z dupe­czek Jame­s’a i Chri­sto­ph’a Walt­z’a na czar­ny cha­rak­ter (kto widział “Bękar­ty Woj­ny” ten wie, na co go stać) nie powi­nien niko­go pozo­sta­wić obo­jęt­nym. Sprawdź­my jak wyszło?

Spectre. James Bond

Spectre. James Bond

Spectre. James Bond

 
Spec­tre. O czym to?

Naj­now­szy Bond to logicz­na kon­ty­nu­acja wyda­rzeń poka­za­nych w “Sky­fall”. James jest aktu­al­nie per­so­na non gra­ta w MI6, przez co został odsu­nię­ty od wszel­kich dzia­łań ope­ra­cyj­nych, jed­nak nie prze­szka­dza mu to urzą­dzić roz­pier­du­chy na wła­sny rachu­nek. Sta­ra “M” (Judi Dench), któ­ra zgi­nę­ła w poprzed­niej czę­ści, jakimś cudem dała radę zza gro­bu prze­słać mu wia­do­mość z namia­ra­mi na ter­ro­ry­stę ukry­wa­ją­ce­go się w Mek­sy­ku. Podą­ża­jąc za tym tro­pem, 007 tra­fia na naj­po­tęż­niej­szą orga­ni­za­cję prze­stęp­czą na świe­cie o tajem­ni­czej nazwie “Spec­tre”, cho­ciaż w pierw­szym momen­cie moż­na pomy­śleć, że cho­dzi o Plat­for­mę Oby­wa­tel­ską, bo wszyst­kie zbi­ry noszą na pal­cu sygnet z sym­bo­lem ośmior­nicz­ki. Na cze­le “Spec­tre” stoi Ewa Kopacz Franz Obe­rhau­ser (Chri­sto­phe Waltz), któ­ry jak się póź­niej oka­zu­je, jest niczym Krzysz­tof Jarzy­na ze Szcze­ci­na, czy­li sze­fem wszyst­kich sze­fów, a czar­ne cha­rak­te­ry z poprzed­nich cra­igow­skich Bon­dów były tyl­ko jego pod­wład­ny­mi. W zasa­dzie wię­cej fabu­ły bez spo­ile­ro­wa­nia zdra­dzić nie mogę, ale łatwo się domy­ślić, że całość akcji zmie­rza do fina­ło­we­go poje­dyn­ku mię­dzy 007 a Fran­zem. Jedak zanim do nie­go doj­dzie, wie­le kobiet zosta­nie nadzia­nych na bol­ca, wie­le budyn­ków zosta­nie zrów­na­nych z zie­mią i wie­le pojaz­dów ule­gnie destruk­cji. Kon­sul­tan­ci PZU mają odgór­ny zakaz sprze­da­ży auto­ca­sco Bon­do­wi.

 
Spec­tre. Wra­że­nia

Zacznij­my od począt­ku, czy­li od pio­sen­ki otwie­ra­ją­cej. Tym razem padło na Sama Smi­tha, któ­ry ze wzglę­du na głos kastra­ta, zebrał ostre cię­gi w Inter­ne­cie. Przy­zna­ję, że przed obej­rze­niem fil­mu mia­łem w pla­nach zro­bić odsłuch, ale jakoś zabra­kło cza­su i kawa­łek po raz pierw­szy usły­sza­łem dopie­ro w kinie. Fak­tycz­nie gość brzmi jak­by wło­żył jaja w ima­dło, ale jak na moje, hejt jest moc­no prze­sa­dzo­ny. “Sky­fall” od Ade­le to nie był, ale gene­ral­nie pio­sen­ka bar­dzo dobrze zgra­ła się z począt­ko­wą sekwen­cją i nie mam do niej więk­szych zastrze­żeń. Jeśli Madon­na nie zosta­ła zlin­czo­wa­na za kawa­łek do “Die Ano­ther Day” to Sam Smith tym bar­dziej nie powi­nien.
Stan­dar­do­wo nie zawio­dła sce­na otwar­cia, któ­ra w “Spec­tre” jest o tyle faj­niej­sza niż w poprzed­nich czę­ściach, bo zosta­ła nagra­na w jed­nym uję­ciu, coś jak w “Bird­ma­nie”, kame­ra nie­prze­rwa­nie podą­ża za boha­te­rem. Bar­dzo w mój gust tra­fia­ją zdję­cia i loka­li­za­cje. Film ma sza­re, zim­ne kolo­ry kadrów, co doda­je +10 do kli­ma­tu, a akcja odby­wa się glo­bal­nie, więc nie bra­ku­je epic­kich wido­ków. Zaczy­na się w Mek­sy­ku, po czym ska­cze przez Lon­dyn do Rzy­mu, zaśnie­żo­nej Austrii, pustyn­ne­go Maro­ka, żeby na koniec ponow­nie wró­cić do ponu­re­go Lon­dy­nu. Aktor­sko jest róż­nie. Nie­któ­rzy cze­pia­ją się, że Cra­ig w roli Bon­da jest zim­ny jak ryba. Dla mnie to aku­rat atut, zwłasz­cza kie­dy przy­po­mnę sobie śmiesz­ka Roge­ra Moora (naj­gor­szy). Lubię to jego pozor­ne wypa­le­nie, bru­tal­ność i popra­wia­nie man­kie­tów po ostrym mor­do­bi­ciu. Doce­niam, że w prze­ci­wień­stwie do Jaso­na Bour­ne­’a nie posłu­gu­je się zaawan­so­wa­nym kara­te, sta­wia­jąc na ulicz­ny styl wal­ki z uży­ciem wszyst­kie­go, co nawi­nie się pod rękę. Wal­ki w “Spec­tre” są napraw­dę spo­ko, szcze­gól­nie ta w pocią­gu z Dave­’m Bau­ti­stą. Poza tym dobrze wypa­dli Ralph Fines jako nowy “M” oraz “Q” i “Money­pen­ny”, któ­rych role znacz­nie się roz­ro­sły w porów­na­niu ze “Sky­fall”. Fil­mo­wi wycho­dzi to moc­no na plus i daje sze­reg nowych moż­li­wo­ści na przy­szłość. Jedy­ny minus to tele­wi­zyj­na rekla­ma smart­fo­nów Sony, przez któ­rą za każ­dym razem sły­sza­łem w gło­wie tekst: “Bond tu Money­pen­ny”, kie­dy ta poja­wia­ła się na ekra­nie. Cie­ka­wost­ka, gdy­by tę rekla­mę przy­sto­so­wać do pol­skich warun­ków, szła­by tak: “Bore­wicz tu Pie­nią­dze­gro­si­ki”. Nie­ste­ty aktor­sko roz­cza­ro­wa­li mnie Chri­stoph Waltz i Moni­ca Bel­luc­ci, czy­li oso­by po któ­rych spo­dzie­wa­łem się naj­wię­cej. Na ich obro­nę mogę powie­dzieć, że naj­więk­szą winę pono­si bez­na­dziej­ny sce­na­riusz, któ­ry ich odpo­wied­nio nie wyeks­po­no­wał. Waltz poja­wia się na ekra­nie tak krót­ko, że jego czar­ny cha­rak­ter nie miał szans odpo­wied­nio wybrzmieć. Mads Mik­kel­sen i Javer Bar­den byli zde­cy­do­wa­nie god­niej­szy­mi prze­ciw­ni­ka­mi Bon­da. Jesz­cze gorzej jest z Moni­cą Bel­luc­ci. Co tu dużo gadać, twór­cy nas wydy­ma­li w kwe­stii jej udzia­łu. Ile to ja się nie naczy­ta­łem o jej roli i wpły­wie na film? W rze­czy­wi­sto­ści na ekra­nie prze­wi­ja się łącz­nie może przez 3 minu­ty i poza roz­ło­że­niem nóg, nic nie wno­si do histo­rii (tra­fi za to do księ­gi rekor­dów Guin­nes­sa jako naj­star­sza focz­ka ukłu­ta przez 007, 51 lat #MILF). Już nawet w rekla­mie Ciso­wian­ki mia­ła więk­szą rolę #gaze­ze? #per­lasz!. Jako cie­ka­wost­kę nale­ży wspo­mnieć, że Bel­luc­ci pierw­szą pro­po­zy­cję zagra­nia dziew­czy­ny Bon­da dosta­ła 25 lat temu. Z nie­wia­do­mych przy­czyn odmó­wi­ła. W “Spec­tre” głów­ną rolę kobie­cą gra Léa Sey­do­ux (pierw­sze sły­szę) i to wła­śnie ona jest naj­słab­szym ogni­wem fil­mu. Nie przy­po­mi­nam sobie rów­nie bez­na­dziej­nej dziew­czy­ny 007. Gośció­wa jest jakaś nie­peł­no­spraw­na emo­cjo­nal­nie, przez co jej rze­ko­my flirt z Bon­dem był nacią­ga­ny jak leg­gin­sy na tyłek Gry­can­ki. Zero che­mii, zero cze­go­kol­wiek, foka po pro­stu jest mdła jak owsian­ka, co rodzi dużą nie­zręcz­ność, kie­dy pod koniec fil­mu boha­te­ro­wie skła­da­ją sobie bar­dzo poważ­ne dekla­ra­cje (face­palm). Wątek miło­sny jest napraw­dę żenu­ją­cy i moż­na od nie­go tra­fić na oddział onko­lo­gii.

Spectre. James Bond

Spectre. James Bond

 
Iść czy nie iść?

Było­by spo­rą prze­sa­dą gdy­bym napi­sał — nie iść! Film ma dużo zalet, odpo­wia­da na wie­le pytań i spi­na klam­rą wszyst­kie czę­ści od “Casi­no Roy­ale” począw­szy. Jest wszyst­ko cze­go fani Bon­da ocze­ku­ją — wal­ki, pości­gi, wybu­chy, foki, Mar­ti­ni i nawet kil­ka żar­tów się tra­fi­ło. Cho­ciaż trze­ba zauwa­żyć, że w gadże­tach tym razem spo­ra posu­cha, James dosta­je tyl­ko wybu­cha­ją­cy zega­rek. W kwe­stii sty­ló­wy Cra­ig prze­szedł same­go sie­bie i po sean­sie ma się ocho­tę wbić do naj­bliż­szej “Vistu­li” po nowe­go gra­nia­ka. Nie­ste­ty są też wady. Histo­ria jest sła­ba, peł­na sche­ma­tów i momen­ta­mi ostro przy­nu­dza. Jest taka apka “runpee.com”, któ­ra wska­zu­je moment w fil­mie, kie­dy moż­na spo­koj­nie iść na siku, nie tra­cąc nic z fabu­ły. W Bon­dzie pierw­sze 45 minut jest napraw­dę kozac­kie, po czym akcja zwal­nia i na dobre pół godzi­ny zamie­nia się w mara­ton męcze­nia buły. Moż­na w tym cza­sie iść nie tyl­ko na siku, ale wręcz na dwó­jecz­kę uwzględ­nia­ją­cą par­tyj­kę w “Angry Pta­ki”. Film trwa pra­wie 3 godzi­ny, z cze­go bez wyrzu­tów sumie­nia moż­na było wyciąć trzy nic nie wzno­szą­ce kwa­dran­se. Stan­dar­do­wo nie bra­ko­wa­ło absur­dów, od któ­rych czło­wiek łapie się za gło­wę lub uśmie­cha z poli­to­wa­niem — kata­pul­to­wa­nie z Asto­na … bitch, ple­ase! Zesta­wia­jąc plu­sy i minu­sy daję 710, czy­li cał­kiem nie­źle, ale z kina wysze­dłem bar­dziej zmie­sza­ny niż wstrzą­śnię­ty. Jeśli miał­bym uło­żyć wszyst­kie cra­igow­skie Bon­dy w kolej­no­ści, “Spec­tre” tra­fi­ło­by dopie­ro na 3 miej­sce za “Casi­no Roy­al” i “Sky­fall”, ale przed “Quan­tum of Sola­ce”. Mimo dużej sym­pa­tii dla Cra­iga, myślę, że to dobry moment na zmia­nę akto­ra. Tyl­ko bła­gam, nie murzyn, nie rudy z “Home­land” i nie Micha­el Fass­ben­der, plizz.

Spectre. James Bond

A to widziałeś?