popKULTURA

PigOut’owy Przewodnik Serialowy

09/12/2016

Żyje­my w erze, kie­dy seria­le pod wzglę­dem budże­tów i roz­ma­chu zrów­na­ły się z pro­duk­cja­mi kino­wy­mi. W cza­sach, kie­dy gra­nie w seria­lach prze­sta­ło być obcia­chem dla akto­rów. Angaż w seria­lu to obec­nie naj­bar­dziej pożą­da­na fucha ever. Daje nie tyl­ko sta­łe źró­dło dopły­wu gotów­ki, ale też popu­lar­ność, któ­rą da się prze­li­czyć na kolej­ne dola­ry. Na dowód wystar­czy spoj­rzeć na czo­łów­ki poszcze­gól­nych pro­duk­cji, a znaj­dzie­my w nich gigan­tów z nomi­na­cja­mi i sta­tu­et­ka­mi Osca­ra na kon­cie, m.in.: Kevi­n’a Spa­cey, Mat­thew McCo­nau­ghey, Woody­’e­go Har­rel­so­n’a, Ste­ve­’a Busce­mi, Bil­ly­’e­go Boba Thorn­to­n’a i wie­lu, wie­lu innych. Rów­nież publicz­ne przy­zna­nie się do oglą­da­nia seria­li od jakie­goś cza­su nie jest już trak­to­wa­ne jako towa­rzy­skie faux pas. Baa jest jed­nym z głów­nych tema­tów do roz­mów. No chy­ba, że oglą­dasz “M jak miłość”, wte­dy lepiej zamilk­nąć. Jak bar­dzo wcią­ga­ją­ce potra­fią być seria­le, wie każ­dy, kto kie­dy­kol­wiek musiał w cią­gu nocy napi­sać roz­dział magi­ster­ki. To zawsze odby­wa się w ten sam spo­sób, obej­rzę TYLKO jeden odci­nek i sia­dam do pisa­nia. 12 godzin i 12 odcin­ków póź­niej przy­cho­dzi reflek­sja pt: “o Fuck!”. Sta­cje tele­wi­zyj­ne dosko­na­le zda­ją sobie spra­wę, że seria­le to żyła zło­ta, w związ­ku z czym przy każ­dej ramów­ce zarzu­ca­ją dzie­siąt­ki nowych tytu­łów i przy­naj­mniej tyle samo kon­ty­nu­acji zna­nych już serii. Jak się w tym odna­leźć? Na czu­ja lub na pod­sta­wie reko­men­da­cji. Cza­sa­mi i do mnie tra­fia­ją pyta­nia typu: “co oglą­dać?”, “co sądzisz o seria­lu…?”. Nie chce mi się cią­gle powta­rzać tego samo, więc spo­rzą­dzi­łem listę pro­duk­cji, któ­re sam katu­ję. Mate­ria­łu jest spo­ro, więc zmu­szo­ny byłem podzie­lić całość na dwie czę­ści. Dziś Part I. A i jesz­cze jed­no, seria­le są rzu­co­ne w cał­ko­wi­cie loso­wej kolej­no­ści. Nie ma tu zasa­dy, że pierw­szy z brze­gu jest naj­lep­szy na świe­cie, a ostat­ni ssie. Każ­dy jest inny i każ­dy ma coś w sobie. Jedzie­my.

 

Banshee

W wyni­ku zbie­gu oko­licz­no­ści, zawo­do­wy zło­dziej zosta­je sze­ry­fem w małej pipi­dó­wie o nazwie Ban­shee i to w dniu, kie­dy dopie­ro, co wyszedł z wię­zie­nia. Ban­shee to bar­dzo dziw­ne miej­sce. Liczy kil­ku­dzie­się­ciu miesz­kań­ców, z cze­go 13 to Ami­sze, 13 India­nie i 13 model­ki Vic­to­ria Secre­t’s. Cofam to z Vic­to­ria Secre­t’s, mają za małe cyc­ki. Jed­nak sze­ry­fo­wi to nie prze­szka­dza i w każ­dym odcin­ku przy­naj­mniej jed­ną z nich “bie­rze na warsz­tat” (if U know wahat I mean). Wra­ca­jąc do Ban­shee trze­ba powie­dzieć, że jest to zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ne miej­sce w Ame­ry­ce. Nie ma dnia żeby coś tam nie wybu­chło, kogoś nie zamor­do­wa­no i cze­goś nie skra­dzio­no. Sze­ryf zamiast łago­dzić sytu­ację, tyl­ko dodat­ko­wo dokła­da do pie­ca, dzia­ła­jąc w total­nym wyje­ba­niu na kodeks kar­ny i wcho­dząc w kolej­ne kon­flik­ty. Na szczę­ście dla nie­go, nikt nie patrzy mu na ręce i nie zada­je nie­wy­god­nych pytań. Serial jest jed­nym z bru­tal­niej­szych, otwar­te zła­ma­nia, ucię­te koń­czy­ny i odstrze­lo­ne łby to tutaj chleb powsze­dni. Gene­ral­nie nie ma odcin­ka bez ostre­go dyma­nia i hard­co­ro­we­go mor­do­bi­cia. Każ­dy miesz­ka­niec posłu­gu­je się zaawan­so­wa­nym kung fu z ele­men­ta­mi MMA i bok­su, więc bój­ki potra­fią trwać nawet po 15-minut. Cie­ka­wost­ką jest czar­ny cha­rak­ter, czy­li Proc­tor. Jak na kole­sia trzę­są­ce­go całym mia­stecz­kiem, ma bar­dzo nie­po­ko­ją­cy życio­rys. Porzu­cił życie ami­sza i zbił for­tu­nę na han­dlu mię­sem — ofi­cjal­nie ma rzeź­nie, nie­ofi­cjal­nie pro­wa­dzi jesz­cze bur­del i han­dlu­je dra­ga­mi. Taki tro­chę Tracz z “Ple­ba­nii”. Do tego jest rudy, ma Dżi­zu­sa wyta­tu­owa­ne­go na ple­cach i zary­wa do swo­jej sio­strze­ni­cy. Moc­ne stro­ny seria­lu: nie­sza­blo­no­wy sce­na­riusz, cięż­ki kli­mat (nie jakieś tam hehesz­ki) i cha­ry­zma­tycz­ne posta­cie z Job’em na cze­le (gej, azja­ta, haker, król sar­ka­zmu i kara­te mistrz w jed­nym). Do tej pory wyszły trzy sezo­ny. Czwar­ty w dro­dze.

 

Bates Motel

Pro­log histo­rii zna­nej z “Psy­cho­zy” Alfre­da Hit­choc­ka. Kil­ka mie­się­cy po śmier­ci swo­je­go męża, Nor­ma Bates wraz synem prze­pro­wa­dza się do małe­go mia­stecz­ka w Kali­for­nii, gdzie kupu­je pod­nisz­czo­ny hotel i pró­bu­je zacząć wszyst­ko od nowa. Nie było­by w tym nic spe­cjal­ne­go, gdy­by nie fakt, że zarów­no Nor­ma jak i jej syn Nor­man są ostro pier­dol­nię­ci. Ona nado­pie­kuń­cza i zabor­cza, on z kom­plek­sem Edy­pa, zry­tym bere­tem i mor­der­czy­mi skłon­no­ścia­mi. Kon­kret­nie, zda­rza mu się prze­bu­dzić w środ­ku nocy, prze­ma­sze­ro­wać pół wio­ski w piża­mie, zabić kogoś, wró­cić do wyra i rano wstać nicze­go nie pamię­ta­jąc. Do tego wszyst­kie­go w mie­ście poja­wia się dru­gi, mniej kocha­ny, syn Nor­my i zatrud­nia na oko­licz­nej plan­ta­cji gan­dzi, co rodzi kolej­ne pro­ble­my. Nie potra­fię dokład­nie okre­ślić na czym pole­ga feno­men tego seria­lu, bo niby nie ma jakiś zaska­ku­ją­cych fina­łów, ale jak dla mnie jest jed­nym z naj­przy­jem­niej­szych do oglą­da­nia. Obser­wo­wa­nie jak Nor­ma i Nor­man popa­da­ją w coraz więk­sze sza­leń­stwo jest na swój spo­sób fascy­nu­ją­ce. “Bates Motel” po pro­stu uza­leż­nia. I nie jest to tyl­ko moje zda­nie. Więk­szość zna­jo­mych też się wkrę­ci­ła. Ulu­bio­na postać: Dzie­wu­cha cho­ra na muko­wi­scy­do­zę. Ulu­bio­ny moment: Kie­dy Nor­man wbie­ga do domu i krzy­czy “Mother!”. To się zda­rza śred­nio 15 razy na odci­nek. Jeśli cho­dzi o ilość sezo­nów, sytu­acja podob­na jak z Ban­shee. Trzy skoń­czo­ne, czwar­ty w dro­dze.

 

Better Call Saul

Serial spin off “Bre­aking Bad”, czy­li naj­lep­sze­go seria­lu ever. Boha­te­rem jest Saul Good­man, adwo­kat, któ­ry nie zawsze dzia­ła zgod­nie z lite­rą pra­wa, ale potra­fi za to w kre­atyw­ny spo­sób wyprać for­sę pocho­dzą­cą z han­dlu nar­ko­ty­ka­mi i zała­twić ali­bi każ­de­mu prze­stęp­cy, nawet takie­mu, co dał się zła­pać na gorą­cym uczyn­ku. Akcja “Bet­ter Call Soul” toczy się przed wyda­rze­nia­mi z “Bre­aking Bad” i sku­pia na poka­za­niu dro­gi, jaką przej­dzie Saul, aby osta­tecz­nie poznać Wal­te­ra Whi­te. Jako naj­więk­szy na świe­cie fan “Bre­aking Bad” nie mia­łem więk­sze­go pro­ble­mu z polu­bie­niem “Bet­ter Call Soul”, choć trze­ba przy­znać, że nie do koń­ca dosta­łem to, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Liczy­łem, że Soul dla osią­gnię­cia celu, od począt­ku będzie kom­bi­no­wał jak koń pod gór­kę i mata­czył jak Bill Clin­ton w spra­wie Moni­ki Lewyn­ski. Tym­cza­sem pozna­je­my go w momen­cie, kie­dy jesz­cze ma skru­pu­ły i pró­bu­je “grać” fair. Serial roz­wi­ja się dość leni­wie i w dużej mie­rze bazu­je na dia­lo­gach, jed­nak prak­tycz­nie w każ­dym odcin­ku dosta­je­my bły­sko­tli­wą puen­tę, zachę­ca­ją­cą do zapusz­cze­nia kolej­ne­go epi­zo­du. Na chwi­lę obec­ną zakoń­czo­ny jest pierw­szy sezon, któ­ry oce­niam na moc­ną sió­dem­kę, ale z każ­dym kolej­nym powin­no być coraz lepiej.

 

Gra o tron

Serial spod zna­ku płasz­cza i szpa­dy cyc­ków i mie­cza. Ekra­ni­za­cja sagi naj­bar­dziej topo­we­go aktu­al­nie auto­ra fan­ta­sy, Geo­r­ga R.R. Mar­ti­na, wypro­du­ko­wa­na przez sta­cję HBO, co daje gwa­ran­cję jako­ści. “Grę o tron” wypa­da znać cho­ciaż­by po to, żeby mieć przy­naj­mniej jeden wspól­ny temat z nowo pozna­ny­mi ludź­mi. Może­cie jesz­cze spró­bo­wać zbu­do­wać swój small talk w opar­ciu o Lewan­dow­skie­go, ale zapew­niam, że “Grę o tron” oglą­da znacz­nie wię­cej osób niż mecze Bay­er­nu. Co do seria­lu, wąt­ków jest tak wie­le, że nie ma moż­li­wo­ści stresz­cze­nia. Skup­my się na cechach cha­rak­te­ry­stycz­nych: spo­ro sek­su, dużo krwi i jesz­cze wię­cej spi­sków, a do tego szczyp­ta kazi­rodz­twa. Super wyko­na­nie, kozac­kie kra­jo­bra­zy, dobre efek­ty i smo­ki, któ­re w prze­ci­wień­stwie do tego z “Wiedź­mi­na”, nie powo­du­ją krwa­wie­nia z oczo­do­łów. W “Grze o tron” obo­wią­zu­je jed­na zasa­da, nie przy­wią­zuj się do żad­nej posta­ci, bo Geo­r­ge i tak ją zabi­je. Do tej pory wyszło pięć sezo­nów, z cze­go tyl­ko ostat­ni bie­rze z poły­kiem. Resz­ta jest co naj­mniej dobra. Zapo­mniał­bym, serial ma jed­ną z naj­nud­nie­szych czo­łó­wek ever, więc na dzień dobry może­cie ska­kać 3 minu­ty do przo­du. Ulu­bio­na postać: Hodor (fuck! oka­za­łem symap­tię, czy­li tak jak­bym go zabił). Ulu­bio­ny cytat: “Bra­ce your­self. Win­ter is coming” i “Hodor”

 

Homeland

Po ośmiu latach nie­wo­li w Ira­ku, sier­żant pie­cho­ty mor­skiej, Nicho­las Bro­dy, zosta­je odbi­ty przez ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy i wra­ca do Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako boha­ter. Jed­nak CIA, z agent­ką Car­rie Mathi­son na cze­le, podej­rze­wa, że mógł on zostać “odwró­co­ny” i prze­szedł na irac­ką stro­nę. Car­rie ma feeling, że koleś może pla­no­wać zamach ter­ro­ry­stycz­ny, więc przez cały pierw­szy sezon ostro go infil­tru­je. Tak ostro, że w pew­nym momen­cie nawet roz­je­cha­ły jej się przed nim nogi. Sytu­acja malu­je się nastę­pu­ją­co, Bro­dy jest rudy, a Car­rie nie­sta­bil­na psy­chicz­nie (przez więk­szość seria­lu pła­cze), więc z góry moż­na zało­żyć, że powsta­nie z tego gru­by pier­dol­nik. I tak też się dzie­je. Z “Home­land” jest tro­chę jak z indek­sem gieł­do­wym, two­rzy sinu­so­idę. Jeden sezon zaje­bi­sty, po czym w następ­nym piku­je w dół niczym Tupo­lew, i kie­dy już chcesz go odsta­wić, zno­wu notu­je zwyż­kę for­my. Nie jest moim ulu­bio­nym seria­lem, ale przy­zwy­cza­iłem się i wal­czę dalej. Czte­ry sezo­ny skoń­czo­ne, pią­ty wła­śnie wystar­to­wał.

 

Daredevil

Serial na kan­wie marve­low­skie­go komik­su o tym samym tytu­le, wypro­du­ko­wa­ny przez sta­cję Net­flix. Opo­wia­da o losach nie­wi­do­me­go, ale z wyostrzo­ny­mi pozo­sta­ły­mi zmy­sła­mi, Mat­ta Mur­do­ka, któ­ry za dnia jest prze­cięt­nym adwo­ka­tem, za to w nocy lubi odpi­co­wać się w kostium balet­ni­cy i w takim prze­bra­niu oczysz­czać mia­sto ze zła i występ­ków. Dare­de­vil jest wyjąt­ko­wo nie­wy­god­nym mate­ria­łem do ekra­ni­za­cji, o czym mogli­śmy się prze­ko­nać przy oka­zji fil­mo­wej wer­sji kata­stro­fy z Benem Afflec­kiem w roli głów­nej. Jed­nak Net­fix wyszedł obron­ną ręką. Jest kli­mat, dobry sce­na­riusz i genial­ne zagra­ny czar­ny cha­rak­ter przez Vin­cen­ta D’O­no­frio. Cho­dzą plot­ki, że w kolej­nych sezo­nach będzie jesz­cze gru­biej. Ma się poja­wić postać Puni­she­r’a i Jason Sta­tham w jed­nej z ról. Jest na co cze­kać.

 

Power

Serial mało zna­ny w Pol­sce, ale zde­cy­do­wa­nie war­ty uwa­gi. Głów­nym boha­te­rem jest James St. Patrick, boga­ty biz­nes­men pro­wa­dzą­cy podwój­ne życie. Ofi­cjal­nie zarzą­dza eks­klu­zyw­nym klu­bem noc­nym na Man­hat­ta­nie, ale kie­dy nikt nie patrzy, zmie­nia się w “Gho­sta”, czy­li naj­więk­sze­go w Nowy Yor­ku han­dla­rza dopa­la­cza­mi. W nie­le­gal­nym biz­ne­sie wspie­ra go przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa, Tom­my Eagan, któ­ry z pysia wyglą­da zupeł­nie jak brat bliź­niak Emi­ne­ma. Musi­cie obej­rzeć ten serial cho­ciaż­by po to, żeby przy­znać mi rację, bo Madzia twier­dzi, że total­nie nie­po­dob­ny. Dobra, wra­ca­my do tema­tu. “Ghost” pro­wa­dzi poukła­da­ne życie, ale wszyst­ko zaczy­na się sypać, kie­dy na jego dro­dze sta­je sta­ra zna­jo­ma, któ­ra aktu­al­nie jest pro­ku­ra­to­rem i pro­wa­dzi prze­ciw­ko nie­mu śledz­two. Na Jame­sa w jed­nej chwi­li spa­da­ją wszyst­kie pro­ble­my świa­ta. Biz­nes nar­ko­ty­ko­wy tra­fia pod obser­wa­cje, przy­ja­cie­le sta­ją się nie­uf­ni, kon­ku­ren­cja pró­bu­je prze­jąć klub noc­ny i jesz­cze żona się pusz­cza. “Power” jest napraw­dę spo­ko. Ma nig­ga-gang­ster­ski kli­mat, są spi­ski, są cyc­ki i jest nie­zła muza. Do tej pory wyszły dwa sezo­ny. Trze­ci w dro­dze. Całość pro­du­ku­je 50 Cent, gra­jąc przy oka­zji jed­ną z ról. Jeśli jeste­ście jego fana­mi, nie oglą­daj­cie. Po seria­lu go znie­na­wi­dzi­cie.

A to widziałeś?