popKULTURA

Ten dzień, czyli kontynuacja patostreamów od Blanki Lipińskiej. Auć

19/02/2019

Jedli­ście już śnia­da­nie? Jeśli tak, to lepiej zwiąż­cie sobie żołąd­ki na podwój­ny supeł, bo dziś na blo­ga­ska wjeż­dża recen­zja dru­gie­go tomu por­no­la dla Gra­ży­nek od  Blan­ki Lipiń­skiej i nie­ste­ty nie mogę zagwa­ran­to­wać, że nie będzie­cie mie­li cof­ki.

Uprze­dza­jąc pyta­nia, dla­cze­go bio­rę na warsz­tat takie książ­ki? Co tu dużo gadać, po pro­stu mam coś z maso­chi­sty i czu­ję nie­od­par­tą potrze­bę zada­wa­nia sobie bólu. Jed­nak tym razem prze­gią­łem. Rany, któ­re wyrzą­dził mi „Ten dzień”, są zbyt głę­bo­kie nawet jak na moje stan­dar­dy. Gdy­bym mógł cof­nąć czas, zde­cy­do­wa­nie poszedł­bym w jakieś lżej­sze i bar­dziej huma­ni­tar­ne kli­ma­ty, np. zga­sił sobie papie­ro­sa na ręce. Nie­ste­ty już za póź­no i teraz nawet Fun­dusz Spra­wie­dli­wo­ści nie jest w sta­nie mi pomóc. Może przy­naj­mniej was uda się uchro­nić.

Zanim zacznie­my, odsy­łam jesz­cze do rec­ki pierw­sze­go tomu <KLIK> i zapo­zna­nia się z dotych­cza­so­wy­mi wyda­rze­nia­mi. Skoń­czy­ło się na tym, że Lau­ra dowie­dzia­ła się, że jest w cią­ży!

TEN DZIEŃ

Książ­ka roz­po­czy­na się od epi­lo­gu, któ­ry cofa nas do momen­tu pierw­sze­go zbli­że­nia pomię­dzy Lau­rą i Mas­si­mo, z tym że teraz całą akcję śle­dzi­my z per­spek­ty­wy Czar­ne­go. I co się oka­zu­je? Że koleś jest więk­szym fre­akiem, niż nam się wyda­wa­ło. Otóż ich cią­ża to żad­na wpad­ka. Nope, typ zasiał focz­kę z pre­me­dy­ta­cją! Mas­si­mo masz ty rozum i god­ność czło­wie­ka?

Jak dla mnie, zeszła tu akcja bar­dziej krzy­wa niż Andrzej Krzy­wy z De Mono, ale nie dla Lau­ry. Ot pięć minut poma­ru­dzi­ła, że Mas­si­mo to cham i bydle, na co Mas­si­mo odrzekł “Oj tam oj tam, pomyśl, że teraz będziesz mogła zało­żyć sobie blo­ga paren­tin­go­we­go i będą przy­sy­łać ci gra­ti­sy”, i po chwi­li jej prze­szło. Zresz­tą tu nie ma cza­su na roz­czu­la­nie się, bo Czar­ny zdą­żył już zapla­no­wać ślub, któ­ry odbę­dzie się za trzy dni, więc teraz Lau­ra ma więk­sze pro­ble­my. Musi zna­leźć sobie kiec­kę, zro­bić tip­sy, przy­kle­ić rzę­sy, itd. Aaa i zapo­mnia­łem dodać, że Czar­ny kazał jej na wese­lu trzy­mać mord­kę na kłód­kę i przy­ta­ki­wać na wszyst­ko, co powie, żeby nie było sia­ry przed kole­ga­mi mafio­za­mi.

I to pra­wie się uda­ło. Do pew­ne­go momen­tu Luara nie robi­ła żad­nych pro­ble­mów, wtem weszła do poko­ju, kie­dy Mas­si­mo chciał aku­rat wcią­gnąć kre­skę z ziom­ka­mi, i wypa­li­ła przy wszyst­kich tak #przy­pał:

Uuu mamy mat­kę roku na pokła­dzie. W sumie poza tym nic cie­ka­we­go na wese­lu już się nie wyda­rzy­ło. A nie, wróć, oka­za­ło się, że Mas­si­mo ma bra­ta bliź­nia­ka, ale nie powie­dział o nim Lau­rze, bo mają kosę i nie widzie­li się kil­ka lat, poza tym, kto zawra­ca sobie gło­wę taki­mi pier­do­ła­mi, heloł? Tele­no­wa­le bra­zy­lij­ska welco­me to.

Przez następ­nych kil­ka­dzie­siąt stron, jeśli Lau­ra nie robi aku­rat Mas­si­mo laski, to gada ze swo­ją psiap­sió­łą Olgą o ciu­chach, o tęsk­no­cie za alko­ho­lem i o tym, jak bar­dzo wzię­ła­by Czar­ne­mu do buzi. Dopie­ro pod koniec trze­cie­go roz­dzia­łu coś się dzie­je. Otóż Czor­ny stwier­dza, że ma dużo robo­ty, więc wysy­ła Lau­rę z Olgą do zaje­bi­ste­go hote­lu Spa, żeby sobie pochil­lo­wa­ły. No to jadą, jed­nak Lau­ra szyb­ko się nudzi zabie­ga­mi uro­do­wy­mi i wpa­da na pomysł, żeby wró­cić w nocy do rezy­den­cji i zro­bić swo­je­mu mężo­wi felat­tio — nie­spo­dzian­kę. Jak pomy­śla­ła, tak uczy­ni­ła. Ucie­kła ochro­nie, nie­zau­wa­żo­na prze­mknę­ła przez pod­jazd, po czym wbi­ja do gabi­ne­tu, a tam zonk, bo Czor­ny kopu­lu­je przy biur­ku ze swo­ją ex.

Lau­ra na ten widok dozna­je zała­ma­nia psy­chicz­ne­go i szyb­cio­rem ucie­ka do Pol­ski. Tam pod­bi­ja do swo­je­go kole­gi wete­ry­na­rza, któ­ry zga­dza się wyciąć jej nadaj­nik GPS z ramie­nia. Następ­nie idzie do ban­ku i wycią­ga milion euro w gotów­ce, bo wia­do­mo, że przy płat­no­ściach Bli­kiem, Czor­ny szyb­ko by ją namie­rzył. Po chwi­li wyrzu­ca jesz­cze tele­fon i wraz z Olgą ucie­ka­ją do zna­jo­me­go na Węgry. Tam, jak gdy­by nigdy nic spę­dza­ją 1,5 mie­sią­ca, aż nagle stwier­dza­ją, że już jest luzik i moż­na wra­cać do War­sza­wy. Oczy­wi­ście w sto­li­cy Pol­ski na Lau­rę cze­ka Mas­si­mo i w zale­d­wie dwie minut wyja­śnia, że to było tyl­ko nie­po­ro­zu­mie­nie, bo tym kole­siem, co dymał focz­kę w biblio­te­ce, był jego brat bliź­niak. Szok! Czy ktoś poza Lau­rą się tego nie spo­dzie­wał? 1,5 mie­cha sie­dzia­ła w Buda­pesz­cie, bo ani nie dała sobie wyja­śnić, ani sama nie skle­iła tak oczy­wi­ste­go plo­tu. Zapa­lam zni­czyk prze­gry­wu [*].

Zresz­tą Mas­si­mo też nie jest lep­szy, bo wie­dząc, z jaką kró­lo­wą inte­lek­tu się hajt­nął, powi­nien napi­sać smska o tre­ści: „Ej, to mój bra­chol chę­do­żył w gabi­ne­cie”, a nie ogra­ni­czać się do lapi­dar­ne­go: „To nie jest tak, jak myślisz”. No kur­ła, nawet ja wiem, że jeśli zaczy­nasz w ten spo­sób zda­nie, to jesteś win­ny jak ocet (Pozdro dla Rem­ka Mro­za, od któ­re­go zaju­ma­łem to porów­na­nie).

Następ­nie jest wiel­kie bzy­kan­ko na zgo­dę, a jesz­cze póź­niej Mas­si­mo robi Lau­rze nie­spo­dzian­kę i zabie­ra ją do Gdań­ska na galę MMA. Jakoś tak wycho­dzi, że jed­nym z zawod­ni­ków bio­rą­cych udział w wal­kach, jest ex Lau­ry i zanim ta zdą­ży mu powie­dzieć, że jest żoną sze­fa wło­skiej mafii, już sie­dzą w limu­zy­nie i dają w śli­ma­ka. Oczy­wi­ście Czor­ny ich przy­ła­pu­je, ale nie robi z tego powo­du wiel­kiej inby. Ot łamie typo­wi kula­sy (a mógł zabić), ale do Lau­ry więk­szych pre­ten­sji nie ma. Baa nawet w nagro­dę nur­ku­je pomię­dzy jej uda. No, chy­ba że to kara. Tak się skła­da, że u nich kary i nagro­dy wyglą­da­ją iden­tycz­nie, więc cięż­ko się poła­pać.

Dalej to już impre­za z oka­zji Boże­go Naro­dze­nia, na któ­rej nie­spo­dzie­wa­nie poja­wia­ją się rodzi­ce Lau­ry. Mat­ka dosta­je od Czar­ne­go futro z Sobo­li, a ojciec wyma­rzo­ną żaglów­kę na Mazu­rach.

Pre­zent jak pre­zent, więc nikt nie zada­je pytań w sty­lu: „Cie­ka­we skąd miał na to pie­niąż­ki?”. Nope, to kul­tu­ra pol­ska rodzi­na, a nie jakieś cebu­la­ki. Lau­ra z kolei dosta­je mar­kę odzie­żo­wą i od teraz będzie mogła sobie pro­jek­to­wać ciusz­ki dla zabi­cia cza­su. Też nic spe­cjal­ne­go.

Dzię­ku­je za to w typo­wy dla sie­bie spo­sób:

Jed­nak na tym nie koniec, bo w ramach pre­zen­to­we­go rewan­żu, infor­mu­je Mas­si­mo, że będzie miał syna… cho­ciaż ten przez całą książ­kę powta­rza, że nie chce znać płci dziec­ka. Pro­szę Mas­si­mo, o to twój zni­czyk prze­gry­wu [*].

Następ­ne­go dnia idą na jakiś w cho­oy szpa­ner­ski bal i mimo iż Lau­ra po wszyst­kich swo­ich wcze­śniej­szych wybry­kach ma potro­jo­ną ochro­nę, to i tak zosta­je porwa­na przez jed­ne­go z wro­gów Czar­ne­go. Spo­ko, dla niej to nie pierw­szy­zna. Jest jed­nak w tym porwa­niu coś tak pokrę­co­ne­go, że w sumie nie wiem, jak to sko­men­to­wać. Otóż Lau­ra, zamiast pła­kać, sza­mo­tać się i odli­czać minu­ty do momen­tu aż jej mąż przy­bę­dzie z odsie­czą, zasta­na­wia się, czy zro­bić swo­je­mu opraw­cy loda, czy jed­nak nie robić? I to nie ma być wca­le lód ze stra­chu albo dla odwró­ce­nia uwa­gi, tyl­ko typo­wo rekre­acyj­ny. Wystar­czy­ło, że koleś raz poka­zał jej się w mokrych spoden­kach, a ta w mig wyła­pa­ła kon­tur jego zaga­nia­cza i niczym Iwo­na Paw­lo­wicz w Tań­cu z Gwiaz­da­mi, w wyobraź­ni przy­zna­ła mu 10 punk­tów, czy­li max. Czy może­my już ofi­cjal­nie uznać, że Lau­ra ma cho­ry dekiel?

Nie­ste­ty w tym miej­scu Blan­ka prze­rwa­ła i trze­ba cze­kać na trze­ci tom #smu­te­czek

Pod­su­mo­wu­jąc, książ­ka jest płyt­ka jak kału­ża (głów­na boha­ter­ka zresz­tą też). Przez 90% nic się nie dzie­je, ot pier­do­lo­lo o modzie, spa­nie do połu­dnia, prze­jażdż­ki Ben­tley­em i bzy­ka­nie. Napraw­dę dużo bzy­ka­nia. Nie wierz­cie jed­nak w te mar­ke­tin­go­we baj­ki, że po prze­czy­ta­niu książ­ki, tak się nakrę­ci­cie, że naza­jutrz trze­ba będzie kupić nowy ste­laż do wyra. Nope, jest wprost prze­ciw­nie. Ta książ­ka znie­sma­cza i spra­wia, że czło­wiek chce wstą­pić do zako­nu (z tym że tam ponoć jesz­cze wię­cej bzy­ka­nia). Jest jak por­nol, któ­ry musisz obej­rzeć do koń­ca (nikt nie oglą­da do koń­ca), tyl­ko że gorzej, bo z nar­ra­cją. Wyobraź­cie sobie, że w fil­mach, gdzie Łysy z Braz­zers obra­ca panien­ki, w tle gada Kry­sty­na Czu­bów­na i komen­tu­je co się aktu­al­nie dzie­je na ekra­nie. Po kil­ku­na­stu stro­nach ma się już napraw­dę dość tych nabrzmia­łych, pul­su­ją­cych łech­ta­czek, wąskich, ocie­ka­ją­cych ślu­zem cipek i peni­sów twar­dych jak stal, któ­re pene­tru­ją tak głę­bo­ko, że nie­mal doty­ka­ją żołąd­ka #Blan­ka­Weź­Się Od cza­su do cza­su dosta­je­my w bonu­sie dodat­ko­we smacz­ki. O na przy­kład taki:

Tu nie ma poje­dyn­czych numer­ków. Albo 82 orga­zmy za jed­nym podej­ściem, albo did­n’t hap­pen, a Lau­ra to już w ogó­le jest tak nie­na­sy­co­na, że mimo iż Czor­ny wsa­dza jej rów­no­cze­śnie pal­ce w wadżaj­ne, w tyłek, w oczy, uszy, usta i pępek, to ta nadal krzy­czy „Moc­niej, szyb­ciej, głę­biej, wię­cej”. No ale kur­ła jak, sko­ro ludz­kie cia­ło nie ma wię­cej otwo­rów? Daj już spo­kój temu bied­ne­mu Dono­wi, chłop zro­bił, co mógł.

Nie bra­ku­je za to nie­zręcz­no­ści. Nie licząc zapy­le­nia wbrew woli, są mini­mum dwie sce­ny, któ­re swo­bod­nie moż­na uznać za gwałt, cho­ciaż z nar­ra­cji wyni­ka, że: „Oj tam, oj tam i tak byłam na nie­go napa­lo­na. To, że mi wrzu­cił głu­pie­go jasia do drin­ka, sprał jak Pudzian Naj­ma­na i wydup­czył nie­przy­tom­ną, tyl­ko przy­spie­szy­ło spra­wę”. Hmm, sko­ro tak mówisz.

Nie­ty­po­wo prze­bie­ga też cią­ża. Czas leci, a Lau­rze rosną tyl­ko boob­sy. Brzuch ani drgnie. <Kobie­ty w cią­ży jej nie­na­wi­dzą. Odkry­ła spo­sób jak być w sta­nie bło­go­sła­wio­nym i przy­bie­rać tyl­ko w biu­ście>.

Zapo­mniał­bym wspo­mnieć, że ta mafia na cze­le, któ­rej stoi Czar­ny to śmiech na sali i nikt jej nie sza­nu­je. Pory­wa­cze wcho­dzą na pose­sje Mas­si­mo, jak do sie­bie, jakiś milio­ner z pol­ski obró­cił pan­nę bra­ta Czar­ne­go, po czym przy­słał do Neapo­lu DVD z nagra­niem ich zabaw i nie spo­tka­ły go za to żad­ne kon­se­kwen­cje. O nie­kom­pe­tent­nych ochro­nia­rzach, któ­ry­mi Lau­ra krę­ci, jak chce, nawet nie wspo­mi­nam. Żena­da.

I to by było na tyle. Widzi­my się przy oka­zji trze­cie­go tomu. Na koniec dorzu­cam jesz­cze autor­ską gra­fi­kę, w któ­rej zesta­wiam pira­mi­dę potrzeb Maslo­wa z pira­mi­dą potrzeb Lau­ry Biel.

P.S. Ale Blan­kę i tak bar­dzo lubię. Jest spo­ko. Mam nadzie­ję, że na try­lo­gii sko­si tyle sia­na, że już nigdy nie będzie musia­ła pisać.

A to widziałeś?