popKULTURA

365 dni, czyli polska odpowiedź na 50 twarzy Greya. Ałć

24/09/2018

Mam taki fetysz, że jak coś staje się ultra popu­larne, to koniecz­nie muszę wziąć to na warsz­tat, żeby wyro­bić sobie opi­nię żeby póź­niej nikt mi nie zarzu­cił, że hej­tuję, cho­ciaż nie wiem, o co cho­dzi. Czuję się w takich sytu­acjach, jak­bym wbił do Muzeum Sztuki Nowo­cze­snej, gdzie na samym środku wysta­wione jest guano, a dookoła cho­dzą skon­ster­no­wani ludzie, któ­rzy dra­pią się po czo­łach i komen­tują: “Ojej, ale to awan­gar­dowe”, “I jaka tek­stura nie­stan­dar­dowa”, “A te zawi­jasy? Niczym we fran­cu­skim roga­liku. Pew­nie mają sym­bo­li­zo­wać życiowe zakręty!”, “Ale ten arty­sta ma nie­ba­nalną wyobraź­nię, lepiej bym tego nie uchwy­ciła”… i wtedy wcho­dzę ja, cały na biało i oznaj­miam, że to żadna sztuka, tylko zwy­kły shit, na co ludzie ponow­nie spo­glą­dają na “insta­la­cję arty­styczną”, to z pra­wej, to z lewej i nagle zaska­kują: “O kurła, fak­tycz­nie”.

Tym razem wszel­kie rekordy sprze­daży, bije książka pt. “365 dni”, która z okładki rekla­muje się jako mix “50 twa­rzy Greya z Ojcem Chrzest­nym”. Czyli, że co? W pierw­szej sce­nie Don Cor­le­one sie­dzi w latek­so­wym fraku i zapo­daje: “Przy­cho­dzisz do mnie w dniu ślubu mojej córki i pro­sisz, żebym zapiął Ci kla­merki na sut­kach i wyba­to­żył pół­me­tro­wym dil­dem za pie­nią­dze?”. Sami rozu­mie­cie, że nie mogłem przejść obok tego obo­jęt­nie.

Autorką tego wybit­nego dzieła jest Blanka Lipiń­ska, na co dzień hip­no­ty­zerka, pro­mo­torka KSW Ring Girl, vlo­gerka, kucharka, wiza­żystka i przy­ja­ciółka Nata­lii Siwiec. Nor­mal­nie Leonardo Da Vinci w spód­nicy, a patrząc po sel­fiacz­kach, z Siwiec poza przy­jaź­nią, łączy ją jesz­cze ten sam chi­rurg. Bar­dzo urzekł mnie cytat z wywiadu z Blanką: Seks jest dla mnie naj­lep­szą zabawą w życiu. Myśla­łam przez chwilę, że kite­sur­fing, ale jed­nak nie”. Od razu widać, że Blanka nigdy nie pró­bo­wała wyci­nać pie­czą­tek z ziem­nia­ków. To dopiero jazda bez trzy­manki. Wra­ca­jąc jed­nak do tematu, Blanka praw­do­po­dob­nie stwier­dziła, że nadal ma za mało hobby w życiu, więc na dokładkę zosta­nie jesz­cze pisarką. Jak pomy­ślała, tak zro­biła i tym spo­so­bem, po 4 latach cięż­kich walk z gra­ma­tyką, inter­punk­cją i MS Wor­dem, świat ujrzał “365 dni”, czyli powieść ero­tyczną, która ma uwol­nić pol­skie kobiety od wstydu w tema­cie seksu — że niby byz­ka­nie to nie kara i nie trzeba tego robić przy zga­szo­nych świa­tłach, i z gaciami zro­lo­wa­nymi na nodze. Nope, bzy­ka­nie ma być rado­sne, z fan­ta­zją i okrzy­kami, które zagłu­szą wier­tarkę sąsiada w sobotni pora­nek.

Blanka tak wyzwala te kobiety, że już na pierw­szej stro­nie ser­wuje scenę gwałtu. W gło­wie autorki, praw­do­po­dob­nie miało być to przed­sta­wie­nie głów­nego boha­tera z fajer­we­kami, jako mega kozaka, który jest takim cia­stecz­kiem, że wszyst­kie babeczki na jego widok, z miej­sca pusz­czają rynnę po nodze i wyska­kują z maj­tek. Nie­stety wyszło coś w kli­ma­tach Harveya Wein­ste­ina, czyli milio­ner zaciąga ste­war­dessę do kibla w swoim pry­wat­nym jet­cie, po czym roz­pina roz­pór i każe klęk­nąć. I cho­ciaż przed przy­ci­śnię­ciem jej głowy do swo­jego kro­cza, tak jakby zapy­tał o zgodę: “Zerżnę Cię w usta, ok?”, to odpo­wiedź “Yhmm” i łzy w oczach, trzeba raczej kwa­li­fi­ko­wać, jako strach przed utratą pracy, a nie “Już się bałam, że nigdy nie zapro­po­nu­jesz”. No sorry, ale przy obec­nym #metoo, to samo­za­ora­nie. 

No dobra, ale o czym to? UWAGA! SPOILERY!

Wyobraź­cie sobie szefa mafii… a jeśli przed oczami uka­zał wam się Mar­lon Brando, albo Al Pacino, to wyrzuć­cie ten obraz z głowy i na jego miej­sce wstaw­cie dopa­ko­wa­nego Sebixa z osie­dlo­wej siłki, ale takiego naprawdę spo­rego karka, w stylu Toma­sza Oświe­ciń­skiego. Następ­nie dory­suj­cie mu brodę drwala, odziej­cie w moka­syny bez skar­pet, spodnie w kant, koń­czące się w poło­wie łydki i koszulę slim fit z Zary. Koleś, który wam wyszedł, nazywa się  Dome­nic Tori­celli, ma 32 lata i trzę­sie całymi Wło­chami XD. Przy­naj­mniej w wyobraźni Blanki Lipiń­skiej.

Dome­nic pod­czas jed­nej strze­la­niny, został podziu­ra­wiony jak Tupac, ale zamiast zoba­czyć tunel wypeł­niony świa­tłem, jak przy­stało na umie­ra­ją­cego czło­wieka, ujrzał twarz kobiety. Wkrę­cił sobie film, że ta kobieta to jego prze­zna­cze­nie, więc jak tylko wyszedł ze szpi­tala, natych­miast wezwał do sie­bie lokal­nego Matejkę i zle­cił nama­lo­wa­nie por­tretu babeczki ze swo­ich wizji. Gotowy obraz powie­sił nad komin­kiem i trzy razy dzien­nie się do niego skó­ro­wał. Rów­no­cze­śnie zaczął szu­kać swo­jej wyśnio­nej dziuni w realu (No taaa, bo to prze­cież pewne jak w banku, że taka panna naprawdę ist­nieje i w dodatku kręci się w pobliżu). Przez lata bez więk­szych efek­tów, aż tu pew­nego dnia, dzie­wu­cha z maja­ków nie­spo­dzie­wa­nie prze­biega mu drogę na sycy­lij­skim lot­ni­sku (no pacz, czyli jed­nak miał rację, a ja się nie znam). Z miej­sca kazał swoim przy­du­pa­som ją śle­dzić, dzięki czemu dowie­dział się, że dziu­nia nazywa się Laura Biel, że jej babeczka pocho­dzi z Chrza­nowa, czyli Polka, a do Włoch przy­je­chała na urlop ze swoim faga­sem i zio­mecz­kami.

Dome­nic na szybko uknuł naj­bar­dziej prze­myślną intrygę świata, która pole­gała na porwa­niu Laury, a żeby znie­chę­cić zio­mecz­ków do jej poszu­ki­wań, zosta­wił im w hotelu fej­kowy liścik o trej­ści: “Hejka, tu Laura. Dzi­siaj po prze­bu­dze­niu naszła mnie myśl, że w sumie już was nie lubię, więc spa­ko­wa­łam walizki i wró­ci­łam do Pol­ski. Nie szu­kaj­cie mnie. Pozdro”. Zna­jomi przy­jęli to na zasku­ku­jąco dużym chil­lo­ucie — “Ok, spoko”, po czym bez zbęd­nych pytań ruszyli w mia­sto, na dan­cing i shoty. W końcu urlop to urlop. Tym spo­so­bem Dome­nic zała­twił pierw­szą część planu, czyli odse­pa­ro­wał foczkę od stada. Następ­nie musiał posta­wić kropkę na “i”, spra­wia­jąc, że dziu­nia zapo­mni o swoim kon­ku­ben­cie. Pro­ści­zna. Wsy­pu­jesz typowi do drina pigułkę gwałtu, pod­sta­wiasz pro­sty­tutkę, robisz dwu­znaczne zdję­cia i ze smutną miną poka­zu­jesz je Lau­rze. 5 minut póź­niej  facet prze­cho­dzi do histo­rii. Czyli to prawda, że nie ma takiego wago­nika, któ­rego nie da się odcze­pić.

Następ­nie przy­szedł czas na zło­że­nie Lau­rze pro­po­zy­cji:

- Słu­chaj, zabu­ja­łem się w tobie, że chooy, ale wyznaję zasadę, że nic na siłę, więc akcja jest taka, że od dzi­siaj będziesz moją zakład­niczką, tzn. zamiesz­kasz w wypa­sio­nej willi, dosta­niesz kartę kre­dy­tową bez limitu, garaż pełen super­szyb­kich bryk i stu słu­żą­cych, któ­rzy ogarną każdą Twoją zachciankę. Poży­jemy tak 365 dni i jeśli w tym cza­sie się we mnie nie zako­chasz, to pusz­czam Cię wolno, ok?  

- Kurła, wia­do­mix, że się zga­dzam A jeśli się nie zgo­dzę?

- Odstrzelę Two­ich rodzi­ców

- No ok, niech będzie, ale nie myśl sobie, że do cze­goś mię­dzy nami doj­dzie

- Luzik, nic na siłę (nie licząc prze­trzy­my­wa­nia i gróźb XD)


Wow, czyli pla­nem Dome­nica jest wywo­ła­nie syn­dromu sztok­holm­skiego. Genialne. Joseph Fritzl dałby lajka. Od tego momentu każdy dzień Laury wygląda iden­tycz­nie — je śnia­da­nie, robi zakupy u Guc­ciego, wypija kilka bute­lek szam­pana i wyobraża sobie, jak faj­nie byłoby wziąć czło­nasa Dome­nica do buzi. Co prawda zarze­kała się, że do niczego mię­dzy nimi nie doj­dzie, ale następ­nego dnia zoba­czyła go nago i stwier­dziła, cytuje: “Piękny, nie­by­wale gruby zaga­niacz, ster­czący niczym świeczka wetknięta w tort i jądra cięż­kie, jak ponie­dzia­łek po dłu­gim week­en­dzie. #mizia­ła­bym.“

365 dni recenzja

Mimo, że men­tal­nie jest na TAK!, długo udaje nie­do­stępną, żeby cza­sem koleś sobie nie pomy­ślał, że jest łatwa, czy cuś. Tarło przez ubra­nie to ich max. Dopiero gdzieś w oko­licy set­nej strony, wypi­jają o dwa kie­liszki za dużo, w wyniku czego pusz­czają im hamulce i Dome­nic wkłada Lau­rze palec w pupę. 

365 dni recenzja

Od tego momenty aż do strony 250, bzy­kają się mini­mum 16 razy dzien­nie. Nie­stety już na początku kolej­nego roz­działu, Laura odkrywa, że Dome­nic wsz­cze­pił jej implant anty­kon­cep­cyjny i strzela focha, że zro­bił to bez kon­sul­ta­cji. Cztery strony póź­niej się godzą, bo mafiozo tłu­ma­czy, że to nie anty­kon­cep­cja, tylko loka­li­za­tor GPS na wypa­dek, gdyby ją porwali (chyba kosmici). Znowu się regu­lar­nie bzy­kają, aż pod koniec książki, Dome­nic łapie kosę z kon­ku­ren­cyjną mafią, więc dla bez­pie­czeń­stwa odsyła Laurę do Pol­ski, gdzie ta idzie na wesele kuzynki i spo­tyka byłego chło­paka, który dosy­puje jej coś do drina i pró­buje zgwał­cić. Ehhh, kto wie jakby się to skońć­zyło, gdyby Dome­nic nie wkro­czył w ostat­niej chwili. Jed­nak cza­sami dobrze być stal­ko­wa­nym. Następ­nego dnia Laura idze do leka­rza, żeby spraw­dzić, jakimi dra­gami została odu­rzona, a tu nie­spo­dzianka, bo oka­zuje się, że jest w ciąży. Już ma poin­for­mo­wać o tym Dona w przy­cia­snej koszuli, ale ten wcho­dzi jej w słowo i wypala: “Wiesz co, prze­my­śla­łem sobie wszystko i jed­nak masz rację. Nie mogę Cię tak trzy­mać na siłę i nara­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo. Odcho­dzę, jesteś wolna”, na co Laura: “Ale…” i znowu Dome­nic: “Nie musisz nic mówić, idź poznaj kogoś, ciesz się życiem, nara”. XD I tu się koń­czy tom pierw­szy. Drugi lada dzień zade­biu­tuje w księ­gar­niach. Can’t wait.365 dni recenzjaWnio­ski: Bogu dzięki, że książ­kowy rok nie był prze­stępny, bo kolej­nego dnia z Laurą i Domi­ni­kiem, mógł­bym już nie prze­żyć… zwłasz­cza, że od 3 roz­działu, regu­lar­nie krwa­wi­łem z nosa pod­czas czy­ta­nia. Styl autorki oce­nił­bym na max drugą klasę gim­na­zjum. No marne to strasz­nie. Pła­skie, infan­tylne, a powie­dzieć, że język jest rynsz­to­kowy, to tak jakby obra­zić rynsz­tok. Można powie­dzieć, że Blanka Lipiń­ska to Popek lite­ra­tury. Co prawda ma coś z Sien­kie­wi­cza, bo u niej też jest dużo nabi­ja­nia na pal, ale w total­nie innym kon­tek­ście.
Naj­smut­niej­sze jest jed­nak to, że Blanka chciała stwo­rzyć obraz kobiety nowo­cze­snej i nie­za­leż­nej, która wyci­ska życie jak cytrynę, tym­cza­sem wyszła jej kla­syczna Karyna — bla­chara, która za nową torebkę Prady, w 5 sekund zapo­mina, że jej luby kilka godzin wcze­śniej odstrze­lił typa.

W zasa­dzie jedyna zaleta tej książki, to spra­wie­nie, że “50 twa­rzy Greya” prze­stało mi się jawić jako naj­więk­szy paź­dzierz ever. Porów­nać “Greya” z “365 dni”, to jakby porów­ny­wać Play­boya z Twoim Week­en­dem. Ten pierw­szy, tro­chę nie­udol­nie, ale przy­naj­mniej pró­buje uda­wać, że ser­wuje nam wysu­bli­mo­wane akty, z kolei ten drugi, od razu wali psio­chą cen­tral­nie w ryj. Fakt, że ta książka bije rekordy popu­lar­no­ści, to nie­zbity dowod, że tekst, który kie­dyś uwa­ża­łem za żart, czyli “Dla­czego kobiety ogla­dają porno do końca? Bo liczą na ślub”, to naj­praw­dziw­sza prawda. 

Miało być faj­nie, z pomy­słem i prze­rwa­niem tabu, tym­cza­sem wyszło mniej wię­cej tak, jak na rekla­mie “Anti­do­tum na Biedę”, która ostat­nio wysko­czyła mi na PigO­ucie.

365 dni recenzja

A gdyby jed­nak ktoś chciał pocier­pieć i spraw­dzić oso­bi­ście czy mam rację, to książkę można kupić np TU

A to widziałeś?

22 komentarze

  • Reply Magda Motrenko 25/09/2018 at 15:23

    Po książkę nie się­gnę — samo czy­ta­nie recen­zji spra­wiło mi wystar­cza­jąco dużo rado­ści 🙂
    Dzięki!

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:51

      I taką postawę sza­nuję. Po to się poświę­cam, żeby inni nie musieli. Pozdro.

  • Reply Tomek Krześniak 25/09/2018 at 16:18

    Wow. Abs­tra­hu­jąc od zajeb­stej recki powa­lił mnie fakt, że to arcy­dzieło można kupić w Smyku.

    • Reply pisanyinaczej.blogspot.com 26/09/2018 at 06:28

      Poważ­nie? To są już jakieś żarty.

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:50

      No słabo, ale biz­nes jest bien­zes. Smyk należy do Empiku, a Empik ma dil z wydaw­nic­twem, więc sam rozu­miesz, że biją w ten bęben, jakby jutra miało nie być.

  • Reply Marcin Pałasz 26/09/2018 at 12:52

    Jestem dość zna­nym pisa­rzem (choć grupa doce­lowa jakby ciut inna 😉 ) — ale przy­się­gam — zabra­kło mi słów gdy w księ­garni przej­rza­łem kilka(naście) stron pro­duktu autor­stwa (?) owej Pani. Recen­zja zna­ko­mi­cie wyraża to, czego sam nie potra­fi­łem wyar­ty­ku­ło­wać (pomimo iż teo­re­tycz­nie, choćby ze względu na pracę, powi­nie­nem to umieć) 😀 BRAWO! 🙂 🙂

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:35

      Dzięki. Nie jestem dumny, że przez to prze­brną­łem, ale ktoś musiał to zro­bić, żeby ostrzec innych 😉

  • Reply Marta Komar 27/09/2018 at 06:52

    Sza­nuję za tę recen­zję xD

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:34

      Dzięki 🙂

  • Reply Rzepka 04/10/2018 at 07:03

    Nie czuj się winny, ale spro­wo­ko­wa­łeś mnie do prze­czy­ta­nia 365 dni, przez tydzień z kum­plem się licy­to­wa­li­śmy kto to kupi jako ebuk (oso­bi­scie w empiku za duzy wstyd), w koncu padło na niego i ma teraz plamę w księ­garni do końca zycia. No ale nie­ważne, prze­czy­tać musia­łem, bo jak zmie­rzy­łem się ze Zmierz­chem i 50 twa­rzami to uzna­łem, że pol­ska odpo­wiedz nie może przejść mi koło nosa.
    Moty­wa­cja u mnie była innego typu, już mówię jaka: otóż będąc zwy­kłym zio­mem, nie Sebi­xem, całe życie pewien seg­ment kobiet był poza moim zasię­giem, nawet towa­rzy­sko roz­mow­nym, nie to aby sma­lić nawet cho­lewki (50 cm w baj­cep­sie nigdy nie było) — no i zasta­na­wia­łem się tro­chę o czym marzą takie blond piek­no­ści z docze­pami, sztucz­nymi paznok­ciami, tatu­ażem per­ma­nent­nym oraz tatu­ażami na poło­wie wyspor­to­wa­nego ciałka. Ta książka była uni­kalną oka­zją aby wej­rzeć w ten świat, bo pani Blanka ewi­dent­nie jest guru wielu tych lasek, jako że jest kobietą suk­cesu i pro­muje KSW biczes.
    Ksiązka mnie zasmu­ciła, bo już wiem, że nawet jesli wyho­do­wał­bym te bicepsy i kawa­łek mię­śnia, zgo­lił­bym włos, to nichuja nie pod­sko­czę wyżej lam­pe­rii — fer­rari sobie bowiem nie wypro­du­kuję na dru­karce 3D, willi w San­to­rini nie kupię a tym bar­dziej nie kupię rezy­den­cji od pol­skiego deve­lo­pera — a tylko to budzi zachwyt tych pań. Mój limit na kar­cie kre­dy­to­wej wystar­czy tylko na obcas do butów, które są marze­niem Bla­nek, a różo­wego Moeta widzia­łem tylko w Auchan na półce, bo sam wolę zale­wać Grantsa colą zero.
    Swoją drogą oczy krwa­wiły czy­ta­jąc tę pro­duk­cję, ALE (i tu naprawdę ze smut­kiem przy­znaję się): od 51% książki byłem cie­kaw co dalej. Bo byli już po lodach i minet­kach i wszech­obec­nym bol­co­wa­niu i napię­ciu sut­ków, napię­cie opa­dło i teraz nie wie­dzia­łem gdzie poleci dalej akcja. Czy­ta­łem z zaczer­wie­nio­nymi uszami, odno­to­wy­wa­łem na boku, że “nasie­nie zale­wało jej gar­dło” chyba z 8 razy w tym cza­sie, trzy­ma­łem kciuki aby nic jej się nie stało na auto­stra­dzie z Kata­nii i prop­so­wa­łem Mas­simo, że zaje­bał tego byłego chło­paka za to że pró­bo­wał pod­bi­jać do Blanki, tfu Laury na weselu.
    W kate­go­riach lite­ra­tury poważ­nej ksiązka ma 1/5, za to w ksiąz­kach czy­ta­nych dla beki 5/5.
    pozdro

    • Reply PigOut 04/10/2018 at 07:30

      Naj­lep­szy na świe­cie komen­tarz. Tyle w nim prawdy i moich wła­snych doświad­czeń 🙂 I ok, przy­znaję się, mimo, że krew kapała mi z nosa pod­czas czy­ta­nia, jaka cześć mnie bawiła się świe­nie i już prze­biera nogami na kolejny tom 🙂 Niech żyje guilty pleasure 😉

      • Reply Rzepka 09/11/2018 at 18:56

        Kurła, wpadł tom drugi, poło­ży­łem łapki na nim, oto moja rela­cja. Nie ma bata, musisz prze­czy­tać — it can­not be missed:

        Przede wszyst­kim kilka uwag:
        - To pani Blanka ma moje pie­nią­dze a nie ja jej, więc to jej jest na górze
        - cokol­wiek by nie mówić i jak bar­dzo nie będę się wypi­sy­wał dalej — fakt pozo­staje fak­tem, że kupi­łem książkę, poświę­ci­łem czas na prze­czy­ta­nie oraz teraz dodat­kowo na recen­zję
        - świet­nie się bawi­łem czy­ta­jąć ten tom sagi
        - pani Blanka w wywia­dach brzmi na babkę z jajem z którą nie­jedną tekilę moż­naby strze­lić, widać, że potrafi mieć do sie­bie dystans i to w niej lubię

        No ale prze­cho­dząc do recki pol­skiego Greya tom 2 — no czy­ta­łem z wypie­kami na twa­rzy, z bana­nem na ryjku i liczy­łem ile razy Lau­rze sperma będzie zale­wać gar­dło, ale gdzieś po 40% odpu­ści­łem, bo za dużo nota­tek by trzeba było robić. Tom drugi kupi­łem, bo byłem cie­kaw co wymy­śli autorka, skoro jej boha­terka jest w ciąży — prze­cież w dru­gim tomie nie może byc ruchanka i picia Moetów co chwilę, zatem jak popro­wa­dzi akcję — to był tzw. draj­wer do zakupu książki (tak sobie to tłu­ma­czy­łem ofkors).

        No i po kolei — w ciągu pierw­szych 7% książki były dwa ruchanka oraz pre­zent w postaci Ben­tleya w nagrodę za zaj­ście w ciążę, w ciągu kolej­nego pro­centa lodzik w aucie w podzię­ko­wa­niu, kolejne 2% to seks na jach­cie + lodzik i trzy orga­zmy, potem prze­rwa na akcję, 21% — anal, 22% oral ze spermą zale­wa­jącą gar­dło, potem 3% na ślub i podróż poslubną. I tak naprawdę zasta­na­wia­łem się co dalej,bo moje pier­wotne obawy co będzie robić Laura w ciązy, autorka sku­tecz­nie oba­liła: jak widać seksu dalej dużo, a moety zastą­piła winem bezalkoholowym.

        Wie­dzia­łem, że musi być parę zwro­tów akcji, ale takich myków co było to się nie spo­dzie­wa­łem, nie będę spoj­le­ro­wał, powiem tylko jesz­cze, że na święta ten jej mafiozo dał w pre­zen­cie ojcu Laury jacht na Mazu­rach, matce futro z soboli a Lau­rze firmę i obiet­nicę stwo­rze­nia marki modo­wej Made in Sicily — ma roz­mach gościu, taki jak ilość spermy w jajkach 😀

        Czy­ta­łem, jadłem sło­necz­nik, piłem kawę i tak docho­dzi­łem do wnio­sku, że fabuła nawet mnie wcią­gnęła i byłem cie­kaw co dalej i jedy­nie sceny seksu mnie męczyły, bo były final­nie powta­rzalne. Seks analny w dru­gim tomie już nigdy nie może być po raz pierw­szy i emo­cje nie te same, lodzik ze łzami w oczach rów­nież a zamy­śle­nie się Laury po 4 mie­sią­cach zna­jo­mo­ści “cie­kawe, czy za kilka lat dalej będzie mnie tak krę­cił jak teraz” budzi uśmiech na twa­rzy każ­dej osoby, która była w dłuż­szym związku.

        Sym­pa­tyczny insi­der­ski joke na temat gali MMA i powie­dze­nia że tej suczy co ogar­nia Ring Girls należy się strzał w ryjka za to jaka jest — lubię to auten­tycz­nie. W ogóle to nie­stety ksiązka koń­czy się tak, że wiem, że będę musiał namó­wić kogoś zna­jo­mego, aby kupił za wła­sne pie­nią­dze tom trzeci, abym nie miał na kon­cie kolej­nych 20 zł wyda­nych na porno-harlekina po polsku.

        W kate­go­riach ksią­zek dla roz­rywki 9/10. W kate­go­riach lek­tur szkol­nych można powie­dzieć, że ta pozy­cja odpa­dła w eli­mi­na­cjach. Co nie zmie­nia faktu, że dobrze, że ta książka powstała, ludzie czy­tają, cie­szą się życiem, spę­dzają czas nad lek­turą zamiast leżąc i oglą­da­jąc Plebanię.

        Pani Blanko — sza­cun, usmie­cham się ser­decz­nie i życzę zdrowia.

  • Reply Victoria Gische 27/10/2018 at 07:32

    Z racji tego, że sama piszę powie­ści sta­ram się śle­dzić rynek książki, nie tylko pol­ski, ale ogól­nie co w tra­wie pisz­czy, cho­ciaż publi­ka­cje rodzime inte­re­sują mnie naj­bar­dziej, dla­tego od czasu do czasu zaglą­dam na Lubimy Czy­tać. Nie umknęło zatem mojej uwa­dze zamie­sza­nie wokół “365 dni”. Z cie­ka­wo­ści prze­czy­ta­łam recen­zję doty­czące “książki”, o któ­rej mowa, cho­ciaż sama nie miała nie­przy­jem­no­ści jej czy­tać i póki co nie zamie­rzam. Opi­nie innych wystar­czą mi w zupeł­no­ści. Oczy­wi­ście o pani Blance Lipiń­skiej wszę­dzie jest pełno. Tu wywiad, tam jakieś fotki dla męż­czyzn. I w jed­nym z takich wywia­dów czy­tam, że panią tą okre­śla się mia­nem pisarki.

    Do tej pory wyda­łam cztery powie­ści. Mia­łam szczę­ście współ­pra­co­wać z Bel­loną, nadal współ­pra­cuję z Książ­nicą, a od nie­dawna także z Wydaw­nic­twem Kobie­cym, które przy­go­to­wuje moją piątą powieść. Do każ­dej z nich robię bada­nia, rese­arch, ślę­czę nad książ­kami, cza­so­pi­smami, itp., a jed­nak wciąż wzdry­gam się, żeby mówić o sobie pisarz. Póki co okre­ślam sie­bie mia­nem autora. Słowo “pisarz” mam zare­zer­wo­wane dla ludzi pokroju Sien­kie­wi­cza, Żerom­skiego, Rey­monta, itd.

    Bie­rze mnie zgroza, kiedy dookoła obser­wuję jak dziś wszystko się spłyca, nisz­czy pewne war­to­ści, dewaluuje…Jak kobiety same się nie sza­nują z jed­nej strony, a z dru­giej te same, które — prze­pra­szam za wyra­że­nie — 20. lat wcze­śniej dawały dupy, żeby roz­wi­nąć karierę, wsz­czy­nają larum, że zostały pod­dane mole­sto­wa­niu tych nie­do­brych męż­czyzn i przez to całe ich życie nazna­czone jest skazą.

    Cóż, chyba jestem zbyt kon­ser­wa­tywna i “sta­rej daty”. Pew­nie dla­tego, że wycho­wano mnie w kręgu okre­ślo­nych war­to­ści i tra­dy­cji, któ­rym sama hoł­duję i strasz­nie żałuję, że świat scho­dzi na psy.

    Dzię­kuję za wspa­niałą recen­zję, która udo­wod­niła, że nawet z gniota wycho­dzi coś wartościowego.

    • Reply PigOut 30/10/2018 at 22:29

      Mnie też zawsze szczy­pie w oczy, jak auto­rzy nazy­wają się pisa­rzami. Baaa nie lubie tego mojego zbioru felie­to­nów nazy­wać książką, bo to nie­grze­nie z mojej strony zrów­ny­wać się z poważ­nymi wydawnictwami.

      Naj­gor­sze jest jed­nak to, że dzi­siaj bar­dziej opłaca się pisać szmiry tak złe, że aż śmieszne, niż poważną, prze­my­ślaną fabułę. No chyba, że autor nie musi zarabiać 😉

  • Reply Justyna Lipczyńska 06/11/2018 at 16:47

    Pomy­śla­łam, że tak naprawdę napi­sa­nie oble­śnej szmiry
    skut­kuje tak dużą burzą na jej temat w necie, że w zasa­dzie nastę­puje
    odwrotny sku­tek — ludzie kupują tonami takie coś (jakoś nie umiem
    napi­sać książka) a “tfurca” cał­kiem nie­źle na tym wycho­dzi finan­sowo. A
    prze­cież o to wła­śnie “tfurcy” cho­dziło. Twoja recen­zja może zatem
    pomóc sprze­da­żowo.… I co teraz?

    • Reply PigOut 06/11/2018 at 20:19

      Moje mil­cze­nie nic by tu nie zmie­niło. Jak po nią się­gną­łem, było już po zawo­dach. Poza tym nie mam złu­dzeń, że na rynku jest hajp na takie pozy­cje. Ot ta kon­kretna miała po pro­stu o wiele lep­szy mar­ke­ting niż 100 podob­nych, leżą­cych na tej samej półce w Empiku.

  • Reply Gabrysia Panika 28/11/2018 at 07:41

    Ej, koleś główny mafiozo nazywa się Mas­simo, a Dome­nico to ten jego bra­ci­szek przydupas.

    • Reply PigOut 08/01/2019 at 21:58

      Już teraz wiem, nie wiem o czym myśla­łem pisząc reckę i robiąc taki kary­godny błąd 😉

  • Reply katbob 07/01/2019 at 21:47

    o jprdl.

    • Reply PigOut 08/01/2019 at 21:59

      🙂 moja reaka­cja była podobna 😉

  • Reply Darek B. 11/01/2019 at 09:01

    nie­wiele rze­czy tak bar­dzo mnie cie­szy jak moż­li­wość prze­czy­ta­nia recen­zji paź­dzie­rza do kawy. Serio-serio. Koniec koń­ców recen­zo­wa­nie dobrych ksią­żek jest nudne, bo o ile recen­zent w pewien spo­sób reali­zuje się roz­ta­cza­jąc inte­re­su­jącą i spójną wizję uda­nego dzieła, to frajdy w tym nie­wiele. A takie 365 dni to mate­riał na bar­dzo wiele, bar­dzo cie­ka­wych recen­zji. Ergo: będzie przy czym pić kawę. Są takie książki, któ­rych war­tość obja­wia się nie w samej lek­tu­rze “dzieła” lecz w war­to­ści doda­nej kon­te­sk­tów wokół danej książki. Dobra, koń­czę smę­cić. Recen­zja fajna, kon­kretna, z jajem. Czy­tało się mega przy­jem­nie. Ale książki oczy­wi­ście nie prze­czy­tam. Kie­dyś pró­bo­wa­łem wbi­jać się w takie lek­tury i mój komi­nek był z tego nie­zmier­nie zado­wo­lony. Teraz już się nauczy­łem, że jak chcę sobie mocno pod­krę­cić nastrój to lepiej prze­czy­tać jakąś lite­ro­ticę czy coś jesz­cze moc­niej­szego, ale nie uda­ją­cego że jest np. praw­dziwą i auten­tyczną powie­ścią. A tek­sty mar­ke­tin­gowe wedle któ­rych powieść ma kogoś uwol­nić czy wręcz zba­wić (od gor­setu ogra­ni­czeń) to już śmiech na ogrom­nej acz pustej sali. Będę pod­czy­ty­wał co cie­kaw­sze recen­zje u Ciebie 😉

    • Reply PigOut 14/01/2019 at 10:19

      Ten blog w dużej mie­rze doty­czy popkul­tury, więc z urzedu jestem ska­zany na bra­nie na warsz­tat wszyst­kiego — i tych dobrych pro­duk­cji i Vegi (wątek z innego wpisu). Szo­ku­jący jed­nak jest fakt, że paź­dzie­rze o wiele przy­jem­niej mi się recen­zuje niż dobre rze­czy. W dobrych filmach/książkach trzeba chwa­lić, a to nudy. W paź­dzier­zach da się popłynać 🙂

    Leave a Reply