popKULTURA

365 dni, czyli polska odpowiedź na 50 twarzy Greya. Ałć

24/09/2018

Mam taki fetysz, że jak coś sta­je się ultra popu­lar­ne, to koniecz­nie muszę wziąć to na warsz­tat, żeby wyro­bić sobie opi­nię żeby póź­niej nikt mi nie zarzu­cił, że hej­tu­ję, cho­ciaż nie wiem, o co cho­dzi. Czu­ję się w takich sytu­acjach, jak­bym wbił do Muzeum Sztu­ki Nowo­cze­snej, gdzie na samym środ­ku wysta­wio­ne jest guano, a dooko­ła cho­dzą skon­ster­no­wa­ni ludzie, któ­rzy dra­pią się po czo­łach i komen­tu­ją: “Ojej, ale to awan­gar­do­we”, “I jaka tek­stu­ra nie­stan­dar­do­wa”, “A te zawi­ja­sy? Niczym we fran­cu­skim roga­li­ku. Pew­nie mają sym­bo­li­zo­wać życio­we zakrę­ty!”, “Ale ten arty­sta ma nie­ba­nal­ną wyobraź­nię, lepiej bym tego nie uchwy­ci­ła”… i wte­dy wcho­dzę ja, cały na bia­ło i oznaj­miam, że to żad­na sztu­ka, tyl­ko zwy­kły shit, na co ludzie ponow­nie spo­glą­da­ją na “insta­la­cję arty­stycz­ną”, to z pra­wej, to z lewej i nagle zaska­ku­ją: “O kur­ła, fak­tycz­nie”.

Tym razem wszel­kie rekor­dy sprze­da­ży, bije książ­ka pt. “365 dni”, któ­ra z okład­ki rekla­mu­je się jako mix “50 twa­rzy Greya z Ojcem Chrzest­nym”. Czy­li, że co? W pierw­szej sce­nie Don Cor­le­one sie­dzi w latek­so­wym fra­ku i zapo­da­je: “Przy­cho­dzisz do mnie w dniu ślu­bu mojej cór­ki i pro­sisz, żebym zapiął Ci kla­mer­ki na sut­kach i wyba­to­żył pół­me­tro­wym dil­dem za pie­nią­dze?”. Sami rozu­mie­cie, że nie mogłem przejść obok tego obo­jęt­nie.

Autor­ką tego wybit­ne­go dzie­ła jest Blan­ka Lipiń­ska, na co dzień hip­no­ty­zer­ka, pro­mo­tor­ka KSW Ring Girl, vlo­ger­ka, kuchar­ka, wiza­żyst­ka i przy­ja­ciół­ka Nata­lii Siwiec. Nor­mal­nie Leonar­do Da Vin­ci w spód­ni­cy, a patrząc po sel­fiacz­kach, z Siwiec poza przy­jaź­nią, łączy ją jesz­cze ten sam chi­rurg. Bar­dzo urzekł mnie cytat z wywia­du z Blan­ką: Seks jest dla mnie naj­lep­szą zaba­wą w życiu. Myśla­łam przez chwi­lę, że kite­sur­fing, ale jed­nak nie”. Od razu widać, że Blan­ka nigdy nie pró­bo­wa­ła wyci­nać pie­czą­tek z ziem­nia­ków. To dopie­ro jaz­da bez trzy­man­ki. Wra­ca­jąc jed­nak do tema­tu, Blan­ka praw­do­po­dob­nie stwier­dzi­ła, że nadal ma za mało hob­by w życiu, więc na dokład­kę zosta­nie jesz­cze pisar­ką. Jak pomy­śla­ła, tak zro­bi­ła i tym spo­so­bem, po 4 latach cięż­kich walk z gra­ma­ty­ką, inter­punk­cją i MS Wor­dem, świat ujrzał “365 dni”, czy­li powieść ero­tycz­ną, któ­ra ma uwol­nić pol­skie kobie­ty od wsty­du w tema­cie sek­su — że niby byz­ka­nie to nie kara i nie trze­ba tego robić przy zga­szo­nych świa­tłach, i z gacia­mi zro­lo­wa­ny­mi na nodze. Nope, bzy­ka­nie ma być rado­sne, z fan­ta­zją i okrzy­ka­mi, któ­re zagłu­szą wier­tar­kę sąsia­da w sobot­ni pora­nek.

Blan­ka tak wyzwa­la te kobie­ty, że już na pierw­szej stro­nie ser­wu­je sce­nę gwał­tu. W gło­wie autor­ki, praw­do­po­dob­nie mia­ło być to przed­sta­wie­nie głów­ne­go boha­te­ra z fajer­we­ka­mi, jako mega koza­ka, któ­ry jest takim cia­stecz­kiem, że wszyst­kie babecz­ki na jego widok, z miej­sca pusz­cza­ją ryn­nę po nodze i wyska­ku­ją z maj­tek. Nie­ste­ty wyszło coś w kli­ma­tach Harveya Wein­ste­ina, czy­li milio­ner zacią­ga ste­war­des­sę do kibla w swo­im pry­wat­nym jet­cie, po czym roz­pi­na roz­pór i każe klęk­nąć. I cho­ciaż przed przy­ci­śnię­ciem jej gło­wy do swo­je­go kro­cza, tak jak­by zapy­tał o zgo­dę: “Zerżnę Cię w usta, ok?”, to odpo­wiedź “Yhmm” i łzy w oczach, trze­ba raczej kwa­li­fi­ko­wać, jako strach przed utra­tą pra­cy, a nie “Już się bałam, że nigdy nie zapro­po­nu­jesz”. No sor­ry, ale przy obec­nym #metoo, to samo­za­ora­nie. 

No dobra, ale o czym to? UWAGA! SPOILERY!

Wyobraź­cie sobie sze­fa mafii… a jeśli przed ocza­mi uka­zał wam się Mar­lon Bran­do, albo Al Paci­no, to wyrzuć­cie ten obraz z gło­wy i na jego miej­sce wstaw­cie dopa­ko­wa­ne­go Sebi­xa z osie­dlo­wej sił­ki, ale takie­go napraw­dę spo­re­go kar­ka, w sty­lu Toma­sza Oświe­ciń­skie­go. Następ­nie dory­suj­cie mu bro­dę drwa­la, odziej­cie w moka­sy­ny bez skar­pet, spodnie w kant, koń­czą­ce się w poło­wie łyd­ki i koszu­lę slim fit z Zary. Koleś, któ­ry wam wyszedł, nazy­wa się  Mas­si­mo Tor­ri­cel­li, ma 32 lata i trzę­sie cały­mi Wło­cha­mi XD. Przy­naj­mniej w wyobraź­ni Blan­ki Lipiń­skiej.

Mas­si­mo pod­czas jed­nej strze­la­ni­ny, został podziu­ra­wio­ny jak Tupac, ale zamiast zoba­czyć tunel wypeł­nio­ny świa­tłem, jak przy­sta­ło na umie­ra­ją­ce­go czło­wie­ka, ujrzał twarz kobie­ty. Wkrę­cił sobie film, że ta kobie­ta to jego prze­zna­cze­nie, więc jak tyl­ko wyszedł ze szpi­ta­la, natych­miast wezwał do sie­bie lokal­ne­go Matej­kę i zle­cił nama­lo­wa­nie por­tre­tu babecz­ki ze swo­ich wizji. Goto­wy obraz powie­sił nad komin­kiem i trzy razy dzien­nie się do nie­go skó­ro­wał. Rów­no­cze­śnie zaczął szu­kać swo­jej wyśnio­nej dziu­ni w realu (No taaa, bo to prze­cież pew­ne jak w ban­ku, że taka pan­na napraw­dę ist­nie­je i w dodat­ku krę­ci się w pobli­żu). Przez lata bez więk­szych efek­tów, aż tu pew­ne­go dnia, dzie­wu­cha z maja­ków nie­spo­dzie­wa­nie prze­bie­ga mu dro­gę na sycy­lij­skim lot­ni­sku (no pacz, czy­li jed­nak miał rację, a ja się nie znam). Z miej­sca kazał swo­im przy­du­pa­som ją śle­dzić, dzię­ki cze­mu dowie­dział się, że dziu­nia nazy­wa się Lau­ra Biel, że jej babecz­ka pocho­dzi z Chrza­no­wa, czy­li Polka, a do Włoch przy­je­cha­ła na urlop ze swo­im faga­sem i zio­mecz­ka­mi.

Mas­si­mo na szyb­ko uknuł naj­bar­dziej prze­myśl­ną intry­gę świa­ta, któ­ra pole­ga­ła na porwa­niu Lau­ry, a żeby znie­chę­cić zio­mecz­ków do jej poszu­ki­wań, zosta­wił im w hote­lu fej­ko­wy liścik o trej­ści: “Hej­ka, tu Lau­ra. Dzi­siaj po prze­bu­dze­niu naszła mnie myśl, że w sumie już was nie lubię, więc spa­ko­wa­łam waliz­ki i wró­ci­łam do Pol­ski. Nie szu­kaj­cie mnie. Pozdro”. Zna­jo­mi przy­ję­li to na zasku­ku­ją­co dużym chil­lo­ucie — “Ok, spo­ko”, po czym bez zbęd­nych pytań ruszy­li w mia­sto, na dan­cing i sho­ty. W koń­cu urlop to urlop. Tym spo­so­bem Dome­nic zała­twił pierw­szą część pla­nu, czy­li odse­pa­ro­wał focz­kę od sta­da. Następ­nie musiał posta­wić krop­kę na “i”, spra­wia­jąc, że dziu­nia zapo­mni o swo­im kon­ku­ben­cie. Pro­ści­zna. Wsy­pu­jesz typo­wi do dri­na piguł­kę gwał­tu, pod­sta­wiasz pro­sty­tut­kę, robisz dwu­znacz­ne zdję­cia i ze smut­ną miną poka­zu­jesz je Lau­rze. 5 minut póź­niej  facet prze­cho­dzi do histo­rii. Czy­li to praw­da, że nie ma takie­go wago­ni­ka, któ­re­go nie da się odcze­pić.

Następ­nie przy­szedł czas na zło­że­nie Lau­rze pro­po­zy­cji:

- Słu­chaj, zabu­ja­łem się w tobie, że cho­oy, ale wyzna­ję zasa­dę, że nic na siłę, więc akcja jest taka, że od dzi­siaj będziesz moją zakład­nicz­ką, tzn. zamiesz­kasz w wypa­sio­nej wil­li, dosta­niesz kar­tę kre­dy­to­wą bez limi­tu, garaż pełen super­szyb­kich bryk i stu słu­żą­cych, któ­rzy ogar­ną każ­dą Two­ją zachcian­kę. Poży­je­my tak 365 dni i jeśli w tym cza­sie się we mnie nie zako­chasz, to pusz­czam Cię wol­no, ok?  

- Kur­ła, wia­do­mix, że się zga­dzam A jeśli się nie zgo­dzę?

- Odstrze­lę Two­ich rodzi­ców

- No ok, niech będzie, ale nie myśl sobie, że do cze­goś mię­dzy nami doj­dzie

- Luzik, nic na siłę (nie licząc prze­trzy­my­wa­nia i gróźb XD)

Wow, czy­li pla­nem Mas­si­mo jest wywo­ła­nie syn­dro­mu sztok­holm­skie­go. Genial­ne. Joseph Fritzl dał­by laj­ka. Od tego momen­tu każ­dy dzień Lau­ry wyglą­da iden­tycz­nie — je śnia­da­nie, robi zaku­py u Guc­cie­go, wypi­ja kil­ka bute­lek szam­pa­na i wyobra­ża sobie, jak faj­nie było­by wziąć czło­na­sa Mas­si­mo do buzi. Co praw­da zarze­ka­ła się, że do nicze­go mię­dzy nimi nie doj­dzie, ale następ­ne­go dnia zoba­czy­ła go nago i stwier­dzi­ła, cytu­je: “Pięk­ny, nie­by­wa­le gru­by zaga­niacz, ster­czą­cy niczym świecz­ka wetknię­ta w tort i jądra cięż­kie, jak ponie­dzia­łek po dłu­gim week­en­dzie. #mizia­ła­bym.”

365 dni recenzja

Mimo, że men­tal­nie jest na TAK!, dłu­go uda­je nie­do­stęp­ną, żeby cza­sem koleś sobie nie pomy­ślał, że jest łatwa, czy cuś. Tar­ło przez ubra­nie to ich max. Dopie­ro gdzieś w oko­li­cy set­nej stro­ny, wypi­ja­ją o dwa kie­lisz­ki za dużo, w wyni­ku cze­go pusz­cza­ją im hamul­ce i Dome­nic wkła­da Lau­rze palec w pupę. 

365 dni recenzja

Od tego momen­tu aż do stro­ny 250, bzy­ka­ją się mini­mum 16 razy dzien­nie. Nie­ste­ty już na począt­ku kolej­ne­go roz­dzia­łu, Lau­ra odkry­wa, że Mas­si­mo wsz­cze­pił jej implant anty­kon­cep­cyj­ny i strze­la focha, że zro­bił to bez kon­sul­ta­cji. Czte­ry stro­ny póź­niej się godzą, bo mafio­zo tłu­ma­czy, że to nie anty­kon­cep­cja, tyl­ko loka­li­za­tor GPS na wypa­dek, gdy­by ją porwa­li (chy­ba kosmi­ci). Zno­wu się regu­lar­nie bzy­ka­ją, aż pod koniec książ­ki, Mas­si­mo łapie kosę z kon­ku­ren­cyj­ną mafią, więc dla bez­pie­czeń­stwa odsy­ła Lau­rę do Pol­ski, gdzie ta idzie na wese­le kuzyn­ki i spo­ty­ka byłe­go chło­pa­ka, któ­ry dosy­pu­je jej coś do dri­na i pró­bu­je zgwał­cić. Ehhh, kto wie jak­by się to skońć­zy­ło, gdy­by mas­si­mo nie wkro­czył w ostat­niej chwi­li. Jed­nak cza­sa­mi dobrze być stal­ko­wa­nym. Następ­ne­go dnia Lau­ra idze do leka­rza, żeby spraw­dzić, jaki­mi dra­ga­mi zosta­ła odu­rzo­na, a tu nie­spo­dzian­ka, bo oka­zu­je się, że jest w cią­ży. Już ma poin­for­mo­wać o tym Dona w przy­cia­snej koszu­li, ale ten wcho­dzi jej w sło­wo i wypa­la: “Wiesz co, prze­my­śla­łem sobie wszyst­ko i jed­nak masz rację. Nie mogę Cię tak trzy­mać na siłę i nara­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo. Odcho­dzę, jesteś wol­na”, na co Lau­ra: “Ale…” i zno­wu Mas­si­mo: “Nie musisz nic mówić, idź poznaj kogoś, ciesz się życiem, nara”. XD I tu się koń­czy tom pierw­szy. Dru­gi lada dzień zade­biu­tu­je w księ­gar­niach. Can’t wait.365 dni recenzjaWnio­ski: Bogu dzię­ki, że książ­ko­wy rok nie był prze­stęp­ny, bo kolej­ne­go dnia z Lau­rą i Domi­ni­kiem, mógł­bym już nie prze­żyć… zwłasz­cza, że od 3 roz­dzia­łu, regu­lar­nie krwa­wi­łem z nosa pod­czas czy­ta­nia. Styl autor­ki oce­nił­bym na max dru­gą kla­sę gim­na­zjum. No mar­ne to strasz­nie. Pła­skie, infan­tyl­ne, a powie­dzieć, że język jest rynsz­to­ko­wy, to tak jak­by obra­zić rynsz­tok. Moż­na powie­dzieć, że Blan­ka Lipiń­ska to Popek lite­ra­tu­ry. Co praw­da ma coś z Sien­kie­wi­cza, bo u niej też jest dużo nabi­ja­nia na pal, ale w total­nie innym kon­tek­ście.
Naj­smut­niej­sze jest jed­nak to, że Blan­ka chcia­ła stwo­rzyć obraz kobie­ty nowo­cze­snej i nie­za­leż­nej, któ­ra wyci­ska życie jak cytry­nę, tym­cza­sem wyszła jej kla­sycz­na Kary­na — bla­cha­ra, któ­ra za nową toreb­kę Pra­dy, w 5 sekund zapo­mi­na, że jej luby kil­ka godzin wcze­śniej odstrze­lił typa.

W zasa­dzie jedy­na zale­ta tej książ­ki, to spra­wie­nie, że “50 twa­rzy Greya” prze­sta­ło mi się jawić jako naj­więk­szy paź­dzierz ever. Porów­nać “Greya” z “365 dni”, to jak­by porów­ny­wać Play­boya z Two­im Week­en­dem. Ten pierw­szy, tro­chę nie­udol­nie, ale przy­naj­mniej pró­bu­je uda­wać, że ser­wu­je nam wysu­bli­mo­wa­ne akty, z kolei ten dru­gi, od razu wali psio­chą cen­tral­nie w ryj. Fakt, że ta książ­ka bije rekor­dy popu­lar­no­ści, to nie­zbi­ty dowod, że tekst, któ­ry kie­dyś uwa­ża­łem za żart, czy­li “Dla­cze­go kobie­ty ogla­da­ją por­no do koń­ca? Bo liczą na ślub”, to naj­praw­dziw­sza praw­da. 

Mia­ło być faj­nie, z pomy­słem i prze­rwa­niem tabu, tym­cza­sem wyszło mniej wię­cej tak, jak na rekla­mie “Anti­do­tum na Bie­dę”, któ­ra ostat­nio wysko­czy­ła mi na PigO­ucie.

365 dni recenzja

A gdy­by jed­nak ktoś chciał pocier­pieć i spraw­dzić oso­bi­ście czy mam rację, to książ­kę moż­na kupić np TU

A to widziałeś?