popKULTURA

365 dni, czyli polska odpowiedź na 50 twarzy Greya. Ałć

24/09/2018

Mam taki fetysz, że jak coś sta­je się ultra popu­lar­ne, to koniecz­nie muszę wziąć to na warsz­tat, żeby wyro­bić sobie opi­nię żeby póź­niej nikt mi nie zarzu­cił, że hej­tu­ję, cho­ciaż nie wiem, o co cho­dzi. Czu­ję się w takich sytu­acjach, jak­bym wbił do Muzeum Sztu­ki Nowo­cze­snej, gdzie na samym środ­ku wysta­wio­ne jest guano, a dooko­ła cho­dzą skon­ster­no­wa­ni ludzie, któ­rzy dra­pią się po czo­łach i komen­tu­ją: “Ojej, ale to awan­gar­do­we”, “I jaka tek­stu­ra nie­stan­dar­do­wa”, “A te zawi­ja­sy? Niczym we fran­cu­skim roga­li­ku. Pew­nie mają sym­bo­li­zo­wać życio­we zakrę­ty!”, “Ale ten arty­sta ma nie­ba­nal­ną wyobraź­nię, lepiej bym tego nie uchwy­ci­ła”… i wte­dy wcho­dzę ja, cały na bia­ło i oznaj­miam, że to żad­na sztu­ka, tyl­ko zwy­kły shit, na co ludzie ponow­nie spo­glą­da­ją na “insta­la­cję arty­stycz­ną”, to z pra­wej, to z lewej i nagle zaska­ku­ją: “O kur­ła, faktycznie”.

Tym razem wszel­kie rekor­dy sprze­da­ży, bije książ­ka pt. “365 dni”, któ­ra z okład­ki rekla­mu­je się jako mix “50 twa­rzy Greya z Ojcem Chrzest­nym”. Czy­li, że co? W pierw­szej sce­nie Don Cor­le­one sie­dzi w latek­so­wym fra­ku i zapo­da­je: “Przy­cho­dzisz do mnie w dniu ślu­bu mojej cór­ki i pro­sisz, żebym zapiął Ci kla­mer­ki na sut­kach i wyba­to­żył pół­me­tro­wym dil­dem za pie­nią­dze?”. Sami rozu­mie­cie, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie.

Autor­ką tego wybit­ne­go dzie­ła jest Blan­ka Lipiń­ska, na co dzień hip­no­ty­zer­ka, pro­mo­tor­ka KSW Ring Girl, vlo­ger­ka, kuchar­ka, wiza­żyst­ka i przy­ja­ciół­ka Nata­lii Siwiec. Nor­mal­nie Leonar­do Da Vin­ci w spód­ni­cy, a patrząc po sel­fiacz­kach, z Siwiec poza przy­jaź­nią, łączy ją jesz­cze ten sam chi­rurg. Bar­dzo urzekł mnie cytat z wywia­du z Blan­ką: Seks jest dla mnie naj­lep­szą zaba­wą w życiu. Myśla­łam przez chwi­lę, że kite­sur­fing, ale jed­nak nie”. Od razu widać, że Blan­ka nigdy nie pró­bo­wa­ła wyci­nać pie­czą­tek z ziem­nia­ków. To dopie­ro jaz­da bez trzy­man­ki. Wra­ca­jąc jed­nak do tema­tu, Blan­ka praw­do­po­dob­nie stwier­dzi­ła, że nadal ma za mało hob­by w życiu, więc na dokład­kę zosta­nie jesz­cze pisar­ką. Jak pomy­śla­ła, tak zro­bi­ła i tym spo­so­bem, po 4 latach cięż­kich walk z gra­ma­ty­ką, inter­punk­cją i MS Wor­dem, świat ujrzał “365 dni”, czy­li powieść ero­tycz­ną, któ­ra ma uwol­nić pol­skie kobie­ty od wsty­du w tema­cie sek­su — że niby byz­ka­nie to nie kara i nie trze­ba tego robić przy zga­szo­nych świa­tłach, i z gacia­mi zro­lo­wa­ny­mi na nodze. Nope, bzy­ka­nie ma być rado­sne, z fan­ta­zją i okrzy­ka­mi, któ­re zagłu­szą wier­tar­kę sąsia­da w sobot­ni poranek.

Blan­ka tak wyzwa­la te kobie­ty, że już na pierw­szej stro­nie ser­wu­je sce­nę gwał­tu. W gło­wie autor­ki, praw­do­po­dob­nie mia­ło być to przed­sta­wie­nie głów­ne­go boha­te­ra z fajer­we­ka­mi, jako mega koza­ka, któ­ry jest takim cia­stecz­kiem, że wszyst­kie babecz­ki na jego widok, z miej­sca pusz­cza­ją ryn­nę po nodze i wyska­ku­ją z maj­tek. Nie­ste­ty wyszło coś w kli­ma­tach Harveya Wein­ste­ina, czy­li milio­ner zacią­ga ste­war­des­sę do kibla w swo­im pry­wat­nym jet­cie, po czym roz­pi­na roz­pór i każe klęk­nąć. I cho­ciaż przed przy­ci­śnię­ciem jej gło­wy do swo­je­go kro­cza, tak jak­by zapy­tał o zgo­dę: “Zerżnę Cię w usta, ok?”, to odpo­wiedź “Yhmm” i łzy w oczach, trze­ba raczej kwa­li­fi­ko­wać, jako strach przed utra­tą pra­cy, a nie “Już się bałam, że nigdy nie zapro­po­nu­jesz”. No sor­ry, ale przy obec­nym #metoo, to samozaoranie. 

No dobra, ale o czym to? UWAGA! SPOILERY!

Wyobraź­cie sobie sze­fa mafii… a jeśli przed ocza­mi uka­zał wam się Mar­lon Bran­do, albo Al Paci­no, to wyrzuć­cie ten obraz z gło­wy i na jego miej­sce wstaw­cie dopa­ko­wa­ne­go Sebi­xa z osie­dlo­wej sił­ki, ale takie­go napraw­dę spo­re­go kar­ka, w sty­lu Toma­sza Oświe­ciń­skie­go. Następ­nie dory­suj­cie mu bro­dę drwa­la, odziej­cie w moka­sy­ny bez skar­pet, spodnie w kant, koń­czą­ce się w poło­wie łyd­ki i koszu­lę slim fit z Zary. Koleś, któ­ry wam wyszedł, nazy­wa się  Mas­si­mo Tor­ri­cel­li, ma 32 lata i trzę­sie cały­mi Wło­cha­mi XD. Przy­naj­mniej w wyobraź­ni Blan­ki Lipińskiej.

Mas­si­mo pod­czas jed­nej strze­la­ni­ny, został podziu­ra­wio­ny jak Tupac, ale zamiast zoba­czyć tunel wypeł­nio­ny świa­tłem, jak przy­sta­ło na umie­ra­ją­ce­go czło­wie­ka, ujrzał twarz kobie­ty. Wkrę­cił sobie film, że ta kobie­ta to jego prze­zna­cze­nie, więc jak tyl­ko wyszedł ze szpi­ta­la, natych­miast wezwał do sie­bie lokal­ne­go Matej­kę i zle­cił nama­lo­wa­nie por­tre­tu babecz­ki ze swo­ich wizji. Goto­wy obraz powie­sił nad komin­kiem i trzy razy dzien­nie się do nie­go skó­ro­wał. Rów­no­cze­śnie zaczął szu­kać swo­jej wyśnio­nej dziu­ni w realu (No taaa, bo to prze­cież pew­ne jak w ban­ku, że taka pan­na napraw­dę ist­nie­je i w dodat­ku krę­ci się w pobli­żu). Przez lata bez więk­szych efek­tów, aż tu pew­ne­go dnia, dzie­wu­cha z maja­ków nie­spo­dzie­wa­nie prze­bie­ga mu dro­gę na sycy­lij­skim lot­ni­sku (no pacz, czy­li jed­nak miał rację, a ja się nie znam). Z miej­sca kazał swo­im przy­du­pa­som ją śle­dzić, dzię­ki cze­mu dowie­dział się, że dziu­nia nazy­wa się Lau­ra Biel, że jej babecz­ka pocho­dzi z Chrza­no­wa, czy­li Polka, a do Włoch przy­je­cha­ła na urlop ze swo­im faga­sem i ziomeczkami.

Mas­si­mo na szyb­ko uknuł naj­bar­dziej prze­myśl­ną intry­gę świa­ta, któ­ra pole­ga­ła na porwa­niu Lau­ry, a żeby znie­chę­cić zio­mecz­ków do jej poszu­ki­wań, zosta­wił im w hote­lu fej­ko­wy liścik o trej­ści: “Hej­ka, tu Lau­ra. Dzi­siaj po prze­bu­dze­niu naszła mnie myśl, że w sumie już was nie lubię, więc spa­ko­wa­łam waliz­ki i wró­ci­łam do Pol­ski. Nie szu­kaj­cie mnie. Pozdro”. Zna­jo­mi przy­ję­li to na zasku­ku­ją­co dużym chil­lo­ucie — “Ok, spo­ko”, po czym bez zbęd­nych pytań ruszy­li w mia­sto, na dan­cing i sho­ty. W koń­cu urlop to urlop. Tym spo­so­bem Dome­nic zała­twił pierw­szą część pla­nu, czy­li odse­pa­ro­wał focz­kę od sta­da. Następ­nie musiał posta­wić krop­kę na “i”, spra­wia­jąc, że dziu­nia zapo­mni o swo­im kon­ku­ben­cie. Pro­ści­zna. Wsy­pu­jesz typo­wi do dri­na piguł­kę gwał­tu, pod­sta­wiasz pro­sty­tut­kę, robisz dwu­znacz­ne zdję­cia i ze smut­ną miną poka­zu­jesz je Lau­rze. 5 minut póź­niej  facet prze­cho­dzi do histo­rii. Czy­li to praw­da, że nie ma takie­go wago­ni­ka, któ­re­go nie da się odczepić.

Następ­nie przy­szedł czas na zło­że­nie Lau­rze propozycji:

- Słu­chaj, zabu­ja­łem się w tobie, że cho­oy, ale wyzna­ję zasa­dę, że nic na siłę, więc akcja jest taka, że od dzi­siaj będziesz moją zakład­nicz­ką, tzn. zamiesz­kasz w wypa­sio­nej wil­li, dosta­niesz kar­tę kre­dy­to­wą bez limi­tu, garaż pełen super­szyb­kich bryk i stu słu­żą­cych, któ­rzy ogar­ną każ­dą Two­ją zachcian­kę. Poży­je­my tak 365 dni i jeśli w tym cza­sie się we mnie nie zako­chasz, to pusz­czam Cię wol­no, ok? 

- Kur­ła, wia­do­mix, że się zga­dzam A jeśli się nie zgodzę?

- Odstrze­lę Two­ich rodziców

- No ok, niech będzie, ale nie myśl sobie, że do cze­goś mię­dzy nami dojdzie

- Luzik, nic na siłę (nie licząc prze­trzy­my­wa­nia i gróźb XD)

Wow, czy­li pla­nem Mas­si­mo jest wywo­ła­nie syn­dro­mu sztok­holm­skie­go. Genial­ne. Joseph Fritzl dał­by laj­ka. Od tego momen­tu każ­dy dzień Lau­ry wyglą­da iden­tycz­nie — je śnia­da­nie, robi zaku­py u Guc­cie­go, wypi­ja kil­ka bute­lek szam­pa­na i wyobra­ża sobie, jak faj­nie było­by wziąć czło­na­sa Mas­si­mo do buzi. Co praw­da zarze­ka­ła się, że do nicze­go mię­dzy nimi nie doj­dzie, ale następ­ne­go dnia zoba­czy­ła go nago i stwier­dzi­ła, cytu­je: “Pięk­ny, nie­by­wa­le gru­by zaga­niacz, ster­czą­cy niczym świecz­ka wetknię­ta w tort i jądra cięż­kie, jak ponie­dzia­łek po dłu­gim week­en­dzie. #mizia­ła­bym.”

365 dni recenzja

Mimo, że men­tal­nie jest na TAK!, dłu­go uda­je nie­do­stęp­ną, żeby cza­sem koleś sobie nie pomy­ślał, że jest łatwa, czy cuś. Tar­ło przez ubra­nie to ich max. Dopie­ro gdzieś w oko­li­cy set­nej stro­ny, wypi­ja­ją o dwa kie­lisz­ki za dużo, w wyni­ku cze­go pusz­cza­ją im hamul­ce i Dome­nic wkła­da Lau­rze palec w pupę. 

365 dni recenzja

Od tego momen­tu aż do stro­ny 250, bzy­ka­ją się mini­mum 16 razy dzien­nie. Nie­ste­ty już na począt­ku kolej­ne­go roz­dzia­łu, Lau­ra odkry­wa, że Mas­si­mo wsz­cze­pił jej implant anty­kon­cep­cyj­ny i strze­la focha, że zro­bił to bez kon­sul­ta­cji. Czte­ry stro­ny póź­niej się godzą, bo mafio­zo tłu­ma­czy, że to nie anty­kon­cep­cja, tyl­ko loka­li­za­tor GPS na wypa­dek, gdy­by ją porwa­li (chy­ba kosmi­ci). Zno­wu się regu­lar­nie bzy­ka­ją, aż pod koniec książ­ki, Mas­si­mo łapie kosę z kon­ku­ren­cyj­ną mafią, więc dla bez­pie­czeń­stwa odsy­ła Lau­rę do Pol­ski, gdzie ta idzie na wese­le kuzyn­ki i spo­ty­ka byłe­go chło­pa­ka, któ­ry dosy­pu­je jej coś do dri­na i pró­bu­je zgwał­cić. Ehhh, kto wie jak­by się to skońć­zy­ło, gdy­by mas­si­mo nie wkro­czył w ostat­niej chwi­li. Jed­nak cza­sa­mi dobrze być stal­ko­wa­nym. Następ­ne­go dnia Lau­ra idze do leka­rza, żeby spraw­dzić, jaki­mi dra­ga­mi zosta­ła odu­rzo­na, a tu nie­spo­dzian­ka, bo oka­zu­je się, że jest w cią­ży. Już ma poin­for­mo­wać o tym Dona w przy­cia­snej koszu­li, ale ten wcho­dzi jej w sło­wo i wypa­la: “Wiesz co, prze­my­śla­łem sobie wszyst­ko i jed­nak masz rację. Nie mogę Cię tak trzy­mać na siłę i nara­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo. Odcho­dzę, jesteś wol­na”, na co Lau­ra: “Ale…” i zno­wu Mas­si­mo: “Nie musisz nic mówić, idź poznaj kogoś, ciesz się życiem, nara”. XD I tu się koń­czy tom pierw­szy. Dru­gi lada dzień zade­biu­tu­je w księ­gar­niach. Can’t wait.365 dni recenzjaWnio­ski: Bogu dzię­ki, że książ­ko­wy rok nie był prze­stęp­ny, bo kolej­ne­go dnia z Lau­rą i Domi­ni­kiem, mógł­bym już nie prze­żyć… zwłasz­cza, że od 3 roz­dzia­łu, regu­lar­nie krwa­wi­łem z nosa pod­czas czy­ta­nia. Styl autor­ki oce­nił­bym na max dru­gą kla­sę gim­na­zjum. No mar­ne to strasz­nie. Pła­skie, infan­tyl­ne, a powie­dzieć, że język jest rynsz­to­ko­wy, to tak jak­by obra­zić rynsz­tok. Moż­na powie­dzieć, że Blan­ka Lipiń­ska to Popek lite­ra­tu­ry. Co praw­da ma coś z Sien­kie­wi­cza, bo u niej też jest dużo nabi­ja­nia na pal, ale w total­nie innym kontekście.
Naj­smut­niej­sze jest jed­nak to, że Blan­ka chcia­ła stwo­rzyć obraz kobie­ty nowo­cze­snej i nie­za­leż­nej, któ­ra wyci­ska życie jak cytry­nę, tym­cza­sem wyszła jej kla­sycz­na Kary­na — bla­cha­ra, któ­ra za nową toreb­kę Pra­dy, w 5 sekund zapo­mi­na, że jej luby kil­ka godzin wcze­śniej odstrze­lił typa.

W zasa­dzie jedy­na zale­ta tej książ­ki, to spra­wie­nie, że “50 twa­rzy Greya” prze­sta­ło mi się jawić jako naj­więk­szy paź­dzierz ever. Porów­nać “Greya” z “365 dni”, to jak­by porów­ny­wać Play­boya z Two­im Week­en­dem. Ten pierw­szy, tro­chę nie­udol­nie, ale przy­naj­mniej pró­bu­je uda­wać, że ser­wu­je nam wysu­bli­mo­wa­ne akty, z kolei ten dru­gi, od razu wali psio­chą cen­tral­nie w ryj. Fakt, że ta książ­ka bije rekor­dy popu­lar­no­ści, to nie­zbi­ty dowod, że tekst, któ­ry kie­dyś uwa­ża­łem za żart, czy­li “Dla­cze­go kobie­ty ogla­da­ją por­no do koń­ca? Bo liczą na ślub”, to naj­praw­dziw­sza prawda. 

Mia­ło być faj­nie, z pomy­słem i prze­rwa­niem tabu, tym­cza­sem wyszło mniej wię­cej tak, jak na rekla­mie “Anti­do­tum na Bie­dę”, któ­ra ostat­nio wysko­czy­ła mi na PigOucie.

365 dni recenzja

 

A to widziałeś?

23 komentarze

  • Reply Magda Motrenko 25/09/2018 at 15:23

    Po książ­kę nie się­gnę — samo czy­ta­nie recen­zji spra­wi­ło mi wystar­cza­ją­co dużo rado­ści 🙂
    Dzię­ki!

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:51

      I taką posta­wę sza­nu­ję. Po to się poświę­cam, żeby inni nie musie­li. Pozdro.

  • Reply Tomek Krześniak 25/09/2018 at 16:18

    Wow. Abs­tra­hu­jąc od zajeb­stej rec­ki powa­lił mnie fakt, że to arcy­dzie­ło moż­na kupić w Smyku.

    • Reply pisanyinaczej.blogspot.com 26/09/2018 at 06:28

      Poważ­nie? To są już jakieś żarty.

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:50

      No sła­bo, ale biz­nes jest bien­zes. Smyk nale­ży do Empi­ku, a Empik ma dil z wydaw­nic­twem, więc sam rozu­miesz, że biją w ten bęben, jak­by jutra mia­ło nie być.

  • Reply Marcin Pałasz 26/09/2018 at 12:52

    Jestem dość zna­nym pisa­rzem (choć gru­pa doce­lo­wa jak­by ciut inna 😉 ) — ale przy­się­gam — zabra­kło mi słów gdy w księ­gar­ni przej­rza­łem kilka(naście) stron pro­duk­tu autor­stwa (?) owej Pani. Recen­zja zna­ko­mi­cie wyra­ża to, cze­go sam nie potra­fi­łem wyar­ty­ku­ło­wać (pomi­mo iż teo­re­tycz­nie, choć­by ze wzglę­du na pra­cę, powi­nie­nem to umieć) 😀 BRAWO! 🙂 🙂

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:35

      Dzię­ki. Nie jestem dum­ny, że przez to prze­brną­łem, ale ktoś musiał to zro­bić, żeby ostrzec innych 😉

  • Reply Marta Komar 27/09/2018 at 06:52

    Sza­nu­ję za tę recen­zję xD

    • Reply PigOut 29/09/2018 at 07:34

      Dzię­ki 🙂

  • Reply Rzepka 04/10/2018 at 07:03

    Nie czuj się win­ny, ale spro­wo­ko­wa­łeś mnie do prze­czy­ta­nia 365 dni, przez tydzień z kum­plem się licy­to­wa­li­śmy kto to kupi jako ebuk (oso­bi­scie w empi­ku za duzy wstyd), w kon­cu padło na nie­go i ma teraz pla­mę w księ­gar­ni do koń­ca zycia. No ale nie­waż­ne, prze­czy­tać musia­łem, bo jak zmie­rzy­łem się ze Zmierz­chem i 50 twa­rza­mi to uzna­łem, że pol­ska odpo­wiedz nie może przejść mi koło nosa.
    Moty­wa­cja u mnie była inne­go typu, już mówię jaka: otóż będąc zwy­kłym zio­mem, nie Sebi­xem, całe życie pewien seg­ment kobiet był poza moim zasię­giem, nawet towa­rzy­sko roz­mow­nym, nie to aby sma­lić nawet cho­lew­ki (50 cm w baj­cep­sie nigdy nie było) — no i zasta­na­wia­łem się tro­chę o czym marzą takie blond piek­no­ści z docze­pa­mi, sztucz­ny­mi paznok­cia­mi, tatu­ażem per­ma­nent­nym oraz tatu­aża­mi na poło­wie wyspor­to­wa­ne­go ciał­ka. Ta książ­ka była uni­kal­ną oka­zją aby wej­rzeć w ten świat, bo pani Blan­ka ewi­dent­nie jest guru wie­lu tych lasek, jako że jest kobie­tą suk­ce­su i pro­mu­je KSW biczes.
    Ksiąz­ka mnie zasmu­ci­ła, bo już wiem, że nawet jesli wyho­do­wał­bym te bicep­sy i kawa­łek mię­śnia, zgo­lił­bym włos, to nichu­ja nie pod­sko­czę wyżej lam­pe­rii — fer­ra­ri sobie bowiem nie wypro­du­ku­ję na dru­kar­ce 3D, wil­li w San­to­ri­ni nie kupię a tym bar­dziej nie kupię rezy­den­cji od pol­skie­go deve­lo­pe­ra — a tyl­ko to budzi zachwyt tych pań. Mój limit na kar­cie kre­dy­to­wej wystar­czy tyl­ko na obcas do butów, któ­re są marze­niem Bla­nek, a różo­we­go Moeta widzia­łem tyl­ko w Auchan na pół­ce, bo sam wolę zale­wać Grant­sa colą zero.
    Swo­ją dro­gą oczy krwa­wi­ły czy­ta­jąc tę pro­duk­cję, ALE (i tu napraw­dę ze smut­kiem przy­zna­ję się): od 51% książ­ki byłem cie­kaw co dalej. Bo byli już po lodach i minet­kach i wszech­obec­nym bol­co­wa­niu i napię­ciu sut­ków, napię­cie opa­dło i teraz nie wie­dzia­łem gdzie pole­ci dalej akcja. Czy­ta­łem z zaczer­wie­nio­ny­mi usza­mi, odno­to­wy­wa­łem na boku, że “nasie­nie zale­wa­ło jej gar­dło” chy­ba z 8 razy w tym cza­sie, trzy­ma­łem kciu­ki aby nic jej się nie sta­ło na auto­stra­dzie z Kata­nii i prop­so­wa­łem Mas­si­mo, że zaje­bał tego byłe­go chło­pa­ka za to że pró­bo­wał pod­bi­jać do Blan­ki, tfu Lau­ry na wese­lu.
    W kate­go­riach lite­ra­tu­ry poważ­nej ksiąz­ka ma 15, za to w ksiąz­kach czy­ta­nych dla beki 5/5.
    pozdro

    • Reply PigOut 04/10/2018 at 07:30

      Naj­lep­szy na świe­cie komen­tarz. Tyle w nim praw­dy i moich wła­snych doświad­czeń 🙂 I ok, przy­zna­ję się, mimo, że krew kapa­ła mi z nosa pod­czas czy­ta­nia, jaka cześć mnie bawi­ła się świe­nie i już prze­bie­ra noga­mi na kolej­ny tom 🙂 Niech żyje guil­ty pleasure 😉

      • Reply Rzepka 09/11/2018 at 18:56

        Kur­ła, wpadł tom dru­gi, poło­ży­łem łap­ki na nim, oto moja rela­cja. Nie ma bata, musisz prze­czy­tać — it can­not be missed:

        Przede wszyst­kim kil­ka uwag:
        - To pani Blan­ka ma moje pie­nią­dze a nie ja jej, więc to jej jest na górze
        - cokol­wiek by nie mówić i jak bar­dzo nie będę się wypi­sy­wał dalej — fakt pozo­sta­je fak­tem, że kupi­łem książ­kę, poświę­ci­łem czas na prze­czy­ta­nie oraz teraz dodat­ko­wo na recen­zję
        - świet­nie się bawi­łem czy­ta­jąć ten tom sagi
        - pani Blan­ka w wywia­dach brzmi na bab­kę z jajem z któ­rą nie­jed­ną teki­lę moż­na­by strze­lić, widać, że potra­fi mieć do sie­bie dystans i to w niej lubię

        No ale prze­cho­dząc do rec­ki pol­skie­go Greya tom 2 — no czy­ta­łem z wypie­ka­mi na twa­rzy, z bana­nem na ryj­ku i liczy­łem ile razy Lau­rze sper­ma będzie zale­wać gar­dło, ale gdzieś po 40% odpu­ści­łem, bo za dużo nota­tek by trze­ba było robić. Tom dru­gi kupi­łem, bo byłem cie­kaw co wymy­śli autor­ka, sko­ro jej boha­ter­ka jest w cią­ży — prze­cież w dru­gim tomie nie może byc ruchan­ka i picia Moetów co chwi­lę, zatem jak popro­wa­dzi akcję — to był tzw. draj­wer do zaku­pu książ­ki (tak sobie to tłu­ma­czy­łem ofkors).

        No i po kolei — w cią­gu pierw­szych 7% książ­ki były dwa ruchan­ka oraz pre­zent w posta­ci Ben­tleya w nagro­dę za zaj­ście w cią­żę, w cią­gu kolej­ne­go pro­cen­ta lodzik w aucie w podzię­ko­wa­niu, kolej­ne 2% to seks na jach­cie + lodzik i trzy orga­zmy, potem prze­rwa na akcję, 21% — anal, 22% oral ze sper­mą zale­wa­ją­cą gar­dło, potem 3% na ślub i podróż poslub­ną. I tak napraw­dę zasta­na­wia­łem się co dalej,bo moje pier­wot­ne oba­wy co będzie robić Lau­ra w cią­zy, autor­ka sku­tecz­nie oba­li­ła: jak widać sek­su dalej dużo, a moety zastą­pi­ła winem bezalkoholowym.

        Wie­dzia­łem, że musi być parę zwro­tów akcji, ale takich myków co było to się nie spo­dzie­wa­łem, nie będę spoj­le­ro­wał, powiem tyl­ko jesz­cze, że na świę­ta ten jej mafio­zo dał w pre­zen­cie ojcu Lau­ry jacht na Mazu­rach, mat­ce futro z sobo­li a Lau­rze fir­mę i obiet­ni­cę stwo­rze­nia mar­ki modo­wej Made in Sici­ly — ma roz­mach gościu, taki jak ilość sper­my w jajkach 😀

        Czy­ta­łem, jadłem sło­necz­nik, piłem kawę i tak docho­dzi­łem do wnio­sku, że fabu­ła nawet mnie wcią­gnę­ła i byłem cie­kaw co dalej i jedy­nie sce­ny sek­su mnie męczy­ły, bo były final­nie powta­rzal­ne. Seks anal­ny w dru­gim tomie już nigdy nie może być po raz pierw­szy i emo­cje nie te same, lodzik ze łza­mi w oczach rów­nież a zamy­śle­nie się Lau­ry po 4 mie­sią­cach zna­jo­mo­ści “cie­ka­we, czy za kil­ka lat dalej będzie mnie tak krę­cił jak teraz” budzi uśmiech na twa­rzy każ­dej oso­by, któ­ra była w dłuż­szym związku.

        Sym­pa­tycz­ny insi­der­ski joke na temat gali MMA i powie­dze­nia że tej suczy co ogar­nia Ring Girls nale­ży się strzał w ryj­ka za to jaka jest — lubię to auten­tycz­nie. W ogó­le to nie­ste­ty ksiąz­ka koń­czy się tak, że wiem, że będę musiał namó­wić kogoś zna­jo­me­go, aby kupił za wła­sne pie­nią­dze tom trze­ci, abym nie miał na kon­cie kolej­nych 20 zł wyda­nych na por­no-har­le­ki­na po polsku.

        W kate­go­riach ksią­zek dla roz­ryw­ki 910. W kate­go­riach lek­tur szkol­nych moż­na powie­dzieć, że ta pozy­cja odpa­dła w eli­mi­na­cjach. Co nie zmie­nia fak­tu, że dobrze, że ta książ­ka powsta­ła, ludzie czy­ta­ją, cie­szą się życiem, spę­dza­ją czas nad lek­tu­rą zamiast leżąc i oglą­da­jąc Plebanię.

        Pani Blan­ko — sza­cun, usmie­cham się ser­decz­nie i życzę zdrowia.

  • Reply Victoria Gische 27/10/2018 at 07:32

    Z racji tego, że sama piszę powie­ści sta­ram się śle­dzić rynek książ­ki, nie tyl­ko pol­ski, ale ogól­nie co w tra­wie pisz­czy, cho­ciaż publi­ka­cje rodzi­me inte­re­su­ją mnie naj­bar­dziej, dla­te­go od cza­su do cza­su zaglą­dam na Lubi­my Czy­tać. Nie umknę­ło zatem mojej uwa­dze zamie­sza­nie wokół “365 dni”. Z cie­ka­wo­ści prze­czy­ta­łam recen­zję doty­czą­ce “książ­ki”, o któ­rej mowa, cho­ciaż sama nie mia­ła nie­przy­jem­no­ści jej czy­tać i póki co nie zamie­rzam. Opi­nie innych wystar­czą mi w zupeł­no­ści. Oczy­wi­ście o pani Blan­ce Lipiń­skiej wszę­dzie jest peł­no. Tu wywiad, tam jakieś fot­ki dla męż­czyzn. I w jed­nym z takich wywia­dów czy­tam, że panią tą okre­śla się mia­nem pisarki.

    Do tej pory wyda­łam czte­ry powie­ści. Mia­łam szczę­ście współ­pra­co­wać z Bel­lo­ną, nadal współ­pra­cu­ję z Książ­ni­cą, a od nie­daw­na tak­że z Wydaw­nic­twem Kobie­cym, któ­re przy­go­to­wu­je moją pią­tą powieść. Do każ­dej z nich robię bada­nia, rese­arch, ślę­czę nad książ­ka­mi, cza­so­pi­sma­mi, itp., a jed­nak wciąż wzdry­gam się, żeby mówić o sobie pisarz. Póki co okre­ślam sie­bie mia­nem auto­ra. Sło­wo “pisarz” mam zare­zer­wo­wa­ne dla ludzi pokro­ju Sien­kie­wi­cza, Żerom­skie­go, Rey­mon­ta, itd.

    Bie­rze mnie zgro­za, kie­dy dooko­ła obser­wu­ję jak dziś wszyst­ko się spły­ca, nisz­czy pew­ne war­to­ści, dewaluuje…Jak kobie­ty same się nie sza­nu­ją z jed­nej stro­ny, a z dru­giej te same, któ­re — prze­pra­szam za wyra­że­nie — 20. lat wcze­śniej dawa­ły dupy, żeby roz­wi­nąć karie­rę, wsz­czy­na­ją larum, że zosta­ły pod­da­ne mole­sto­wa­niu tych nie­do­brych męż­czyzn i przez to całe ich życie nazna­czo­ne jest skazą.

    Cóż, chy­ba jestem zbyt kon­ser­wa­tyw­na i “sta­rej daty”. Pew­nie dla­te­go, że wycho­wa­no mnie w krę­gu okre­ślo­nych war­to­ści i tra­dy­cji, któ­rym sama hoł­du­ję i strasz­nie żału­ję, że świat scho­dzi na psy.

    Dzię­ku­ję za wspa­nia­łą recen­zję, któ­ra udo­wod­ni­ła, że nawet z gnio­ta wycho­dzi coś wartościowego.

    • Reply PigOut 30/10/2018 at 22:29

      Mnie też zawsze szczy­pie w oczy, jak auto­rzy nazy­wa­ją się pisa­rza­mi. Baaa nie lubie tego moje­go zbio­ru felie­to­nów nazy­wać książ­ką, bo to nie­grze­nie z mojej stro­ny zrów­ny­wać się z poważ­ny­mi wydawnictwami.

      Naj­gor­sze jest jed­nak to, że dzi­siaj bar­dziej opła­ca się pisać szmi­ry tak złe, że aż śmiesz­ne, niż poważ­ną, prze­my­śla­ną fabu­łę. No chy­ba, że autor nie musi zarabiać 😉

  • Reply Justyna Lipczyńska 06/11/2018 at 16:47

    Pomy­śla­łam, że tak napraw­dę napi­sa­nie oble­śnej szmi­ry
    skut­ku­je tak dużą burzą na jej temat w necie, że w zasa­dzie nastę­pu­je
    odwrot­ny sku­tek — ludzie kupu­ją tona­mi takie coś (jakoś nie umiem
    napi­sać książ­ka) a “tfur­ca” cał­kiem nie­źle na tym wycho­dzi finan­so­wo. A
    prze­cież o to wła­śnie “tfur­cy” cho­dzi­ło. Two­ja recen­zja może zatem
    pomóc sprze­da­żo­wo.… I co teraz?

    • Reply PigOut 06/11/2018 at 20:19

      Moje mil­cze­nie nic by tu nie zmie­ni­ło. Jak po nią się­gną­łem, było już po zawo­dach. Poza tym nie mam złu­dzeń, że na ryn­ku jest hajp na takie pozy­cje. Ot ta kon­kret­na mia­ła po pro­stu o wie­le lep­szy mar­ke­ting niż 100 podob­nych, leżą­cych na tej samej pół­ce w Empiku.

  • Reply Gabrysia Panika 28/11/2018 at 07:41

    Ej, koleś głów­ny mafio­zo nazy­wa się Mas­si­mo, a Dome­ni­co to ten jego bra­ci­szek przydupas.

    • Reply PigOut 08/01/2019 at 21:58

      Już teraz wiem, nie wiem o czym myśla­łem pisząc rec­kę i robiąc taki kary­god­ny błąd 😉

  • Reply katbob 07/01/2019 at 21:47

    o jprdl.

    • Reply PigOut 08/01/2019 at 21:59

      🙂 moja reaka­cja była podobna 😉

  • Reply Darek B. 11/01/2019 at 09:01

    nie­wie­le rze­czy tak bar­dzo mnie cie­szy jak moż­li­wość prze­czy­ta­nia recen­zji paź­dzie­rza do kawy. Serio-serio. Koniec koń­ców recen­zo­wa­nie dobrych ksią­żek jest nud­ne, bo o ile recen­zent w pewien spo­sób reali­zu­je się roz­ta­cza­jąc inte­re­su­ją­cą i spój­ną wizję uda­ne­go dzie­ła, to fraj­dy w tym nie­wie­le. A takie 365 dni to mate­riał na bar­dzo wie­le, bar­dzo cie­ka­wych recen­zji. Ergo: będzie przy czym pić kawę. Są takie książ­ki, któ­rych war­tość obja­wia się nie w samej lek­tu­rze “dzie­ła” lecz w war­to­ści doda­nej kon­te­sk­tów wokół danej książ­ki. Dobra, koń­czę smę­cić. Recen­zja faj­na, kon­kret­na, z jajem. Czy­ta­ło się mega przy­jem­nie. Ale książ­ki oczy­wi­ście nie prze­czy­tam. Kie­dyś pró­bo­wa­łem wbi­jać się w takie lek­tu­ry i mój komi­nek był z tego nie­zmier­nie zado­wo­lo­ny. Teraz już się nauczy­łem, że jak chcę sobie moc­no pod­krę­cić nastrój to lepiej prze­czy­tać jakąś lite­ro­ti­cę czy coś jesz­cze moc­niej­sze­go, ale nie uda­ją­ce­go że jest np. praw­dzi­wą i auten­tycz­ną powie­ścią. A tek­sty mar­ke­tin­go­we wedle któ­rych powieść ma kogoś uwol­nić czy wręcz zba­wić (od gor­se­tu ogra­ni­czeń) to już śmiech na ogrom­nej acz pustej sali. Będę pod­czy­ty­wał co cie­kaw­sze recen­zje u Ciebie 😉

    • Reply PigOut 14/01/2019 at 10:19

      Ten blog w dużej mie­rze doty­czy popkul­tu­ry, więc z urze­du jestem ska­za­ny na bra­nie na warsz­tat wszyst­kie­go — i tych dobrych pro­duk­cji i Vegi (wątek z inne­go wpi­su). Szo­ku­ją­cy jed­nak jest fakt, że paź­dzie­rze o wie­le przy­jem­niej mi się recen­zu­je niż dobre rze­czy. W dobrych filmach/książkach trze­ba chwa­lić, a to nudy. W paź­dzier­zach da się popłynać 🙂

  • Reply B. Lipińska | 365 dni – Przeczytana.com 02/01/2021 at 19:36

    […] szcze­gól­nym i wła­ści­wie to nie bar­dzo mia­łam ocho­tę na tę książ­kę. I pew­nie recen­zja PigO­uta by mi wystar­czy­ła (w niej zresz­tą powyż­szy żart o oglą­da­niu por­no do koń­ca rów­nież się […]

  • Leave a Reply