52 książki w rok #Challenge

Początek roku to czas kłamstw. Ludzie wkręcają sobie filmy, że to idealny moment na metamorfozę. Zapisują się na siłownie, kursy językowe, czytają książki o rozwoju, lajkują profil Chodakowskiej, piją tylko w weekendy, w dodatku 1/4 tego, co zazwyczaj, odstawiają czerwone mięso i idą na wojnę z glutenem. Jest pięknie. Kilogramy lecą, umysł się rozjaśnia, motywacja rośnie. Tak mniej więcej wygląda styczeń. Niestety po styczniu przychodzi luty, a wraz z nim, niewinna z pozoru popijawa. "A co mi tam? W końcu za te wszystkie poświęcenia, jakaś nagroda się należy" myślą miliony. Nie biorą jednak pod uwagę, że miesiąc abstynencji robi swoje i ostatecznie impreza kończy się womitem na tylnej kanapie taksówki, albo w jakimś podejrzanym zaułku. Kac wymaga ofiar, więc kolejny dzień z automatu spisany jest na straty. Z powodu niedysponowania odpada siłka i kurs językowy, a na stół zamiast "pysznego" jarmużu, wjeżdzają "okropne" burgery z Maka, czyli jedyna strawa akceptowana przez żołądek w stanie ekstremalnego odwodnienia. Jest nawet takie stare góralskie przysłowie: "Z żarciem na kacu jak z przeszczepem, może się nie przyjąć". Ten dzień jest też symbolicznym końcem "nowego ja" i powrotem do starych "niezdrowych" (ale jakże cudownych) nawyków, chociaż niektórzy się jeszcze łudzą, że to tylko "niewinny" incydent. Niestety dalej mamy tłusty czwartek, walentynki i chiński nowy rok, czyli kolejne okazje, żeby niczym samochód służbowy, zatankować pod korek i przekąsić w stylu Grycanek. Z tej ścieżki nie ma już powrotu. Zgodnie z powyższym schematem, przez cały styczeń żyłem jak mnich z zakonu shaolin. Zero alko, zero fastfoodów, ale kiedy tylko ruszyłem w lutowe "tango", niczym domino, zaczęły padać kolejne postanowienia noworoczne. Musiałem odchorować swoje, więc odpuściłem wszystkie zajęcia, z basenem i angielskim na czele, co z kolei wpędziło mnie w taką depresję, że smutki próbowałem zajeść podwójnym kebabem. RIP nowy, lepszy ja [*]. Jest jednak ostatni bastion w moich postanowieniach, którego trzymam się kurczowo, jak dziewczyny swojego "ex", zanim znajdą nowego faceta. Tym postanowieniem jest ukończenie wyzwania czytelniczego, "52 książki w rok". Skąd taka liczba? Mniej więcej tyle wypada tygodni w ciągu roku i ktoś wymyślił, że czytanie jednej sztuki na tydzień to całkiem sympatyczna statystyka. Oczywiście liczby tak naprawdę nie mają większego znaczenia. Przeczytać 52 książki autorstwa Beaty Pawlikowskiej to kwestia 4 godzin i kilku chemioterapii, z kolei "Droga Królów" Brendona Sandersona to taka cegła, że i miesiąc może nie wystarczyć. Chodzi o to, żeby czytać i mieć z tego fun. Osobiście w akcji biorę udział już od dobrych kilku lat, z czego w większości nieświadomie. Po prostu odkąd czytam na Kundlu, mam szybki podgląd na statystyki. Mój dotychczasowy rekord to 37 pozycji w ciągu 12 miesięcy. Nie wiem czy w tym roku uda się go pobić, ale spróbuje. Idea tego wpisu jest prosta. Będę tutaj wpisywał to, co już przeczytałem i dodawał kilka słów komentarza, warto/nie warto, z co miesięczną aktualizacją listy. Tyle w kwestii masakrycznie długiego wstępu.

 

Styczeń

 

1/52 "Dziewczyna z pociągu", Paula Hawkins

Absolutny bestseller 2015, który zaorał nawet, niesionego na hollywoodzkim hajpie, "Marsjanina". Po książkę sięgnąłem, po pierwsze dlatego, że lubię wiedzieć, co jest aktualnie na topie (to podstawa w pracy hejtera), no i dwa, polecał ją Stephen King w swoim TOP10 2015. Cóż, wygląda na to, że King się sprzedał, bo jakoś nie mieści mi się w głowie, żeby faktycznie mógł się zachwycić, czymś tak…… przeciętnym. Lekturę mogę polecić, jako prezent dla babć, które godzinami sterczą w oknach, robiąc za osiedlowy system monitoringu oraz kobietom uzależnionym od "Klanu", którym już jakiś czas temu serialowa fikcja zatarła się z rzeczywistością i żyją w przekonaniu, że doktor Lubicz to prawdziwy lekarz. "Dziewczyna z pociągu" zdecydowanie im podejdzie, w głównej bohaterce znajdą coś z siebie. Książka opowiada o 40-letniej alkoholiczce z nadwagą, której po rozwodzie posypało się życie. Mieszka kątem u przyjaciółki, jest spłukana i bezrobotna, ale ze wstydu przed rodziną i znajomymi, udaje, że wszystko ma pod kontrolą. W celu zachowania pozorów, codziennie rano wychodzi z domu i wsiada w pociąg do Londynu, gdzie zamiast szukać pracy, szlaja się po ulicach i pielgrzymuje od baru do baru. Poza chlaniem, jej ulubioną aktywnością w ciągu dnia jest lampienie się przez okno pociągu i podglądanie ludzi, szczególnie upodobała sobie młodą parę, mieszkającą niedaleko jej starego domu. Nasza bohaterka ma już tak zaawansowanego pierdolca, że obserwowanej parze nadaje fejkowe imiona i wymyśla różne scenariusze z ich udziałem. I tak mija pół książki. Przełom następuje dopiero w dniu, kiedy bez śladu znika mieszkanka podglądanego domu. Rozpoczyna się śledztwo, w które oczywiście wtrąca się nasza pociągowa baba, twierdząc, że ma informacje, które mogą pomóc w rozwikłaniu zagadki. Jedynym pozytywem książki jest styl autorki. Czytanie nie boli, ale cała reszta ssie. Intryga dupy nie urywa, główna bohaterka irytuje, a fabuła ciągnie się w nieskończoność.

 

2/52 "Ty", Caroline Kepnes

Kolejna książka wyłowiona z rekomendacji Stephena Kinga, tyle że tym razem całkiem niezła. Polecam wszystkim fankom "50 twarzy Greya". Tematyka podobna, ale historia jakby bardziej realna. Wyobraź sobie, że jesteś dziewczyną i kupujesz książkę w Empiku. Wpadasz w oko sprzedawcy, flirtujecie przy kasie i ogólnie wychodzisz z myślą "fajny kolo". Jakiś czas później, przypadkowo spotykacie się ponownie. Jest sobotnia noc, a Ty jesteś pijana w 4 D, więc gość proponuje, że odprowadzi Cię do domu. Oczywiście dla bezpieczeństwa. Jest szarmancki i zawadiacki, nie próbuje niczego, czego byś nie chciała, czym zyskuje Twoje zaufanie. Na do widzenia wymieniacie się telefonami i od tego momentu często czatujecie. Z każdym dniem koleś podoba Ci się coraz bardziej. Imponuje Ci błyskotliwością i inteligencją, poza tym jesteś pod wrażeniem, że macie podobne zainteresowania i poczucie humoru. Jakby tego było mało, Twój były-niedoszły totalnie Cię zlewa, więc czujesz się trochę samotna. Koniec końców, Ty i sprzedawca zostajecie parą i gzicie się jak chomiki. Cool story, co nie? Nie wiesz jednak, że podczas pierwszego spotkania w księgarni, koleś spisał Twoje nazwisko z karty kredytowej, po czym wyśledził Cię na fejsie. Nie dbałaś o ustawienia prywatności, więc bardzo szybko odnalazł Twój adres domowy i dowiedział się, gdzie spędzisz sobotni wieczór. Tyle w kwestii "przypadkowego" spotkania. Dalej poszło już z górki. Gość znając Twój rozkład dnia, wykorzystał moment, kiedy byłaś na uczelni i włamał Ci się na chatę, gdzie najpierw sfapował się na Twoim łóżku, mając na głowie Twoje stringi, a następnie przeczochrał komputer, gdzie znalazł hasła, dzięki którym na bieżąco przegląda Twoje maile i smsy. To nie jest też tak, że macie takie same zainteresowania, on się Ciebie "nauczył" i gra pod publiczkę. W kolejnym kroku musiał pozbyć się ostatniej przeszkody stojącej na drodze do waszego "szczęścia" – Twojego byłego-niedoszłego. Więcej nie powiem. No dobra dorzucę jeszcze, że koleś nie jest może tak dziany jak Grey, wręcz biedny jak mysz kościelna, ale też ma swój pokój gier i zabaw. Książka jest całkiem całkiem, trochę perwersyjna, ale bardzo interesująca. Pozwala wejść w głowę psychopaty i z tej perspektywy śledzić rozwój sytuacji.

 

3/52 "Druga połowa", Roy Keane & Roddy Doyle

Obecność tej książki na liście to przypadek. Winę ponosi moją skłonność do kompulsywnych zakupów. Poszedłem do Empiku odebrać zamówienie i oczywiście korzystając z okazji, postanowiłem przeczochrać trochę regały. W oko wpadła mi właśnie przeceniona biografia Roya. Pamiętam gościa jeszcze z czasów gry w Manchesterze United (dżizas, ale jestem stary), więc myślę sobie: "przewachlować można!". Otwieram losowy fragment, a tam historia jak Keane pobił się na zgrupowaniu z Peterem Schmeichelem. Nieźle. Otwieram drugi, a tam wspomnienie z czasów Celticu i to moment, w którym Maciej Żurawski strzela bramkę w derbach Glasgow. Grubo! Zapowiada się interesująco, więc biere! Niestety okazało się, że to było już wszystko, co książka miała do zaoferowania. Gdybym tak w totka trafiał! Na okładce opis: "najbardziej skandalizująca autobiografia", a w rzeczywistości nudy i męczenie buły problemami egzystencjonalnymi. Całość sprowadza się do: "byłem dobry, chciałem dobrze, ale świat mnie nie rozumie bla bla bla". Do tej pory uważałem Roya za twardziela i irlandzkiego motherfuckera, ale okazuje się, że w rzeczywistości jest mięciutki jak kaczuszka i wrażliwy, jak Edward ze "Zmierzchu". Lekturę polecam wszystkim, którzy jarają się mało istotnymi meczami na poziomie drugiej ligi angielskiej i anonimowymi piłkarzami. O Machesterze jest ledwie kilka zdań, 95 % książki to Roy w roli trenera i wyliczanki kto strzelił bramkę w jakimś gównianym meczu o pietruchę, kogo Roy kupił w okienku transferowym, z kim przegrał i jak bardzo niesprawiedliwe było wypieprzenie go na zbity pysk z kolejnych klubów. Męczarnia. Unikać.

 

4/52 "Ślepnąc od świateł", Jakub Żulczyk

Na wstępie muszę powiedzieć, że książka totalnie rozłożyła mnie na łopatki. Z miejsca wskoczyła na listę moich ukochanych lektur, a Żulczyk dołączył do honorowej grupy osób, z którymi chciałbym napić się wódki. Jest absolutnie genialna pod każdym względem. Mistrzowski styl – dzieci się tak klockami Lego nie bawią, jak Żulczyk słowem. Zazdro milion za te rześkie porównania i soczyste metafory. Dalej mamy ciekawą i wciągającą historię. Chyba pierwszy raz w życiu cieszyłem się z korków na mieście, bo dzięki nim mogłem czytać dalej. Postacie rozpisane z pazurem, tak, że faktycznie trzyma się za nie kciuki, albo modli, aby powinęła im się noga. Najlepsze jednak ukryte jest w tle. Z drugiego planu Żulczyk rysuje nam obraz współczesnego społeczeństwa i ….nocnej Warszawy. Taaaaak bardzo trafnie. Nie jestem w stanie streścić tej książki w sposób na jaki zasługuje, więc zaufajcie na kredyt. Obiecuję, że to będzie uczta. Bez spoilerowania, mogę tylko powiedzieć, że głównym bohaterem jest Jacek, całkowicie wyprany z emocji, warszawski diler narkotyków. Jacka poznajemy na kilka dni przed jego wyjazdem do Argentyny, kiedy musi "pobiegać" trochę po mieście i pozamykać wszystkie tematy przed planowanym urlopem.  Na co dzień Jacek jest pedantem i ma wszystko ułożone, niczym żona Kiszczaka teczki w szafie, ale pech chciał, że akurat w kluczowym tygodniu, sprawy ostro się pieprzą. Zostaje wciągnięty w szemrany interes, przez co zadziera z niewłaściwymi ludźmi, a każde jego działanie nastawione na rozwiązanie problemu, rodzi tylko kolejne komplikacje. Ciągi przyczynowo-skutkowe, które doprowadzą do finału, wymiatają. Ogólnie rozpierdol na wszystkich frontach. Książka jest brudna i wulgarna, a co gorsze, sprawiła, że przez moment zamarzyła mi się kariera dilera, chociaż o narkotykach wiem tyle, że marihuanen wszczykuje się pomiędzy palce od stóp. Polecam. Najlepsza lektura, jaką przeczytałem od bardzo dawna.

 

Ciąg dalszy nastąpi….