„Adwokat diabła” Steve Cavanagh

- Tytuł:"Adwokat diabła"
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Steve Cavanagh to nie znowu taka nowa gwiazda, ale aktualnie już gwiazda, która świeci bardzo mocno i tak jakby przejmuje podwórko Johna Grisham, bo tak jakby specjalizuje się sensacjach lokujących dramaty sądowe.
Nie ma przypadku, że jego książki są “sądowe”, bo chłop jest z zawodu prawnikiem. Do tego prowadzi też dwa popularne podcasty, więc fejm łapie na wielu polach, ale największy boom nastąpił, jak odpalił serię książek, w których głównym bohaterem jest adwokat Eddie Flynn, słynący z tego, że nie ma sprawy tak beznadziejnej, żeby nie dało jej się wygrać.
Aktualnie na rynku ukazała się 6. część serii pt. “Adwokat diabła” i jeśli przeczytacie rekomendacje na okładce, wyjdzie wam, że opcje są trzy. 1. Albo jest to na maksa fantastyczna książka, bo w blurbach zachwyca się nią m.in. The Times, S.A. Cosby, Lee Child i Adrian McKinty. 2. Wydawnictwo wydało kupę kasy na promocję. 3. To i to.
Tak się składa, że ja już przeczytałem i mogę potwierdzić, że jest to książka kozacka i robi się ją max na dwa podejścia, bo tak przyjemnie zasysa, ale jest ALE. Ona jest rewelacyjna dla ludzi szukających rozrywki i odprężenia, ale niekoniecznie drążących, czy taka “efektowna” rozprawa miałaby szansę odbyć się w realu.
Bo oczywiście, że nie mogłaby. Ta książkowa rozprawa jest jak finał Prawniczej Ligi Mistrzów. Prokurator zapodaje przemowę, która jest jak bramka w okienko z połowy boiska. Wydaje się, że wszystkie fakty, które przedstawia są ostateczne i nie do podważenia, więc obrońca ma zaorane… na co wchodzi Eddie Flynn, cały na biało i strzela z przewrotki do dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Z rękawa wyciąga kruczki prawne, powołuje świadka, który wywraca planszę do góry nogami, etc. i znowu jesteśmy w klinczu -> winny czy niewinny? Do tego Eddie Flynn, jak każdy szanujący się książkowy i filmowy prawnik, prowadzi swoje własne śledztwo na boczku i standardowo okazuje się, że w książkach prawniczych prawnicy są o wiele lepszymi detektywami niż detektywi policyjni. No, ale umówmy się, że aby dramat sądowy dobrze siadł, adwokaci muszą być błyskotliwi jak biżu z Apartu, a policja reprezentować IQ pantofelka. Takie są zasady.
Wiemy zatem, że książka jest fajna, przyjemna, atrakcyjna, trochę szpanerska i wciągająca, ale na hollywoodzkich warunkach. Czasami trzeba przymknąć oko i nie kopać za głęboko. Natomiast fabularnie historia bazuje na prawdziwych statystykach z amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Na ten przykład w latach 2020-2022 roku w USA doszło do 57 wyroków skazujących na śmierć. O tym, czy w procesie oskarżonemu będzie groziła kara śmierć, decyduje prokurator okręgowy i jak tak postanowi, to nikomu nic do tego. No i ktoś kiedyś zaczął liczyć te wyroki skazujące i okazało się, że za większością stoi trzech prokuratorów, którzy praktycznie w każdej sprawie domagają się najwyższego wyroku.
Steve Cavanagh bazując na tym kejsie, stworzył “Adwokata Diabła”, gdzie mamy mega skutecznego prokuratora Randala Korna, który jak przynajmniej raz w miesiącu nie wyśle kogoś na krzesło elektryczne, dostaje migreny. Na szczęście dla niego trafia się sprawa zabójstwa, jest winny, są dowody, więc wystarczy dojechać go w sądzie i cyk, +1 do statystyk. Na co pojawia się Eddie Flynn i mówi: “Nie tak szybko ziom”.
Musicie sami ocenić, czy efektowny, na dużym nerwie dramat sądowy, z podkrętką dla dynamiczniejszej akcji, jest dla was atrakcyjną propozycją, czy jednak jesteście team puryści sądowi i wolicie, jak na drugą rozprawę czeka się pół roku. Jedyne co mogę wam podpowiedzieć, to że w “Adwokata diabła” można wejść mięciutko, jakby to był pierwszy tom serii. Cavanagh szanuje swoje pieniądze, więc pozwala ludziom bezboleśnie dołączyć w dowolny momencie.