52 książki w rok #Challenge vol. 2

Mamy kwiecień, a ten wpis dotyczy lutego #TakaSytuacja. Przez urlop nazbierało mi się trochę zaległości, ale ostatecznie lepiej późno niż wcale, co nie? Zanim przejdziemy do sedna przypominam, że cykl „52 książki w rok” to moja publiczna próba dotrzymania noworocznego postanowienia, jakim jest czytanie jednej książki tygodniowo. Oczywiście staram się, żeby w tej pogoni za ilością nie zgubić przy okazji jakości, ale ostatecznie to nie do końca zależy ode mnie. Wszak jestem tylko czytelnikiem, nie autorem. Pierwszą część cyklu znajdziecie tu KLIK!

Luty

 

5/52 „Dziewczyna z sąsiedztwa”, Jack Ketchum 

Moja pierwsza styczność z Jackiem Ketechum’em miała miejsce kilka lat temu, podczas nurkowania w koszu z tanią książką w Tesco albo Oszołomie, nie pamiętam dokładnie. Totalnie nie znałem gościa, a że pływał między Harlequinami, miał drętwą okładkę i kosztował poniżej 10 zeta, uznałem, że to jakiś pisarz gorszego sortu i po prostu go zlałem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później po fejsbuku zaczęły krążyć łańcuszki z rekomendacjami czytelniczymi i kilka osób, których zdanie nawet trochę szanuję, wymieniło Ketchuma, jako jednego ze swoich „naj” autorów. Uznałem, że to nie może być przypadek. Wyguglowałem, co ma najlepszego w dorobku, dowiadując się przy okazji, że to jeden z najbardziej cenionych autorów powieści grozy i tym sposobem jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. „Dziewczyna z sąsiedztwa” sklasyfikowana jest jako horror, co przypomina mi rozmowę z kolegą za czasów liceum. Gadaliśmy o książkach i w temat wciął się inny ziomek, który powiedzmy, że z literaturą żyje w związku na odległość, i nie bardzo rozumie, jak można tracić czas na tak mało atrakcyjne rozrywki? Z resztą mniejsza o to, ważny jest moment, w którym zapodał mi klina, rzucając następujący tekst: 

„Ej, ale co wy gadacie? Wytłumaczcie mi, jak książka może być horrorem? Jak kurwa można przestraszyć się czegoś, o czym się czyta? Tak bez obrazu i dźwięku. Nie, nie kupuje tego”.

Niby strzelił z dupy, ale w sumie trafił w sedno. Zabrakło mi argumentów, żeby go przekonać. Przemieliłem sobie w głowie wszystkie przeczytane horrory i faktycznie, nie miałem nigdy uczucia strachu. Ot po prostu kolejna wciągająca fabuła, z tym, że zginie kilka osób więcej niż zwykle. Jack Ketchum również mnie nie przestraszył, przynajmniej nie tak, jak można tego oczekiwać po horrorze, ale zdecydowanie mnie poruszył i sprawił, że poczułem dyskomfort. „Dziewczyna z sąsiedztwa” opowiada o młodym chłopaku, który jest świadkiem patologiczno-sadystycznych praktyk, mających miejsce w domu sąsiadów. Otóż pewnego dnia, rodzina mieszkająca przez płot, przyjmuje pod swój dach dwie siostry, które na skutek wypadku rodziców zostały sierotami. Dziewczyny mimo, że trafiają do swoich krewnych, traktowane są gorzej niż uchodźcy w Polsce (gdyby ich wpuszczono). Zaczyna się od ignorowania, narzucania przesadnych zakazów i nadmiernego wykorzystywania przy obowiązkach domowych, a z czasem dochodzi jeszcze przemoc fizyczna i psychiczna, ale tak hardcorowa, że w pewnym momencie nawet ja miałem dość. „Dziewczyna z sąsiedztwa” to nie jest książka, którą się przeskakuje po 10 stron, bo nuda. Nic z tych rzeczy.  Wciąga od początku i nikogo nie pozostawi obojętnym. Podczas czytania wielokrotnie łapałem się na tym, że jestem wkurwiony na głównego bohatera, bo ten nie tylko nie reagował, ale też przykład rękę do chorych zabaw sąsiadów. Jeszcze bardziej byłem wkurwiony na Jacka Ketchuma, który nie miał ani trochę litości dla tych biednych dziewczyn. Serwował im tak makabryczne przeżycia, że  głowie pojawiała mi się myśl „Ok Jack, udowodniłeś, że jesteś chorym pojebem, ale kończymy już. To za dużo. One mają już dość”. Niestety Jack nie słuchał, tylko jeszcze bardziej dokręcał śrubę. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się tak bardzo wczuć się w fabułę. Książkę jak najbardziej polecam. Jest rewelacyjna, ale opowiada tak „paskudną” historię, że zrobi wam się niedobrze. Gwarantuję.

6/52 „Oskar i Pani Róża”, Eric-Emmanuel Schmitt

Mam kumpla, takiego trochę mocniej stąpającego po ziemi, który co jakiś czas próbuje dać mi do zrozumienia, że życie to nie tylko burgery, heheszki i filmy na kanwie komiksów Marvela, ale też coś więcej i coś ważniejszego. Oczywiście nie mówi tego wprost, tylko podstępnie podpuszcza do przeczytania książki X, albo obejrzenia filmu Y, przykład: „Udajesz takiego znawcę popkultury, a nie znasz klasyki w postaci X. Wstyd!”. Zawsze się na to nabieram, zawsze! Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, zarekomendowany materiał powinien uruchomić w mojej głowie zapadkę, a ta, poprzez rekcję łańcuchową, ostatecznie doprowadza do głębszej refleksji. Jego ostatnim pomysłem było podrzucenie mi książki „Oskar i Pani Róża”. Przyznaję, tym razem się udało, skalałem się myślą. „Oskar i Pani Róża” na pierwszy rzut oka to książka lajtowa. Ledwo 70 stron, w dodatku tytuł i okładka sugerują, że to coś w stylu „Przygód Mikołajka”, ale to tylko pozory. Otwierasz, zaczynasz czytać i już po chwili dostajesz z półobrotu tematem, którego nikt sam z siebie nie chce podejmować. „Oskar i Pani Róża” to książka o chorobie i to tej najgorszej z najgorszych, niewytłumaczalnej i najbardziej niesprawiedliwej, czyli chorobie dziecka. Nie jakieś tam przeziębienie, które można zwalczyć Marsjankami, tylko naprawdę gruby kaliber – białaczka. Czytanie o śmierci zdecydowanie nie jest najlepszą opcją, jaką możesz sobie zafundować przed snem, ale mimo to zachęcam. Na zaledwie kilkudziesięciu stronach i przy użyciu prostego języka, autorowi udało się zrobić coś, na czym wcześniej wyłożyło się wiele mądrych głów, czyli pokazać chorobę z dwóch perspektyw – chorego oraz jego bliskich, a także trochę ją „oswoić”. Gdzieś między wierszami ukryte jest przesłanie, że postawa, jaką każdy odruchowo przybiera w zetknięciu z nieuleczalną chorobą, czyli nie przyjmowanie jej do wiadomości, zaklinanie rzeczywistości i unikanie rozmów na jej temat, to najgorsza rzecz jaką można zrobić w takiej sytuacji. Nie jest to książka, którą ocenia się w kontekście „urwanej dupy” albo „zmarnowanego czasu”. To po prostu zaskakująco mądre opowiadanie (jak na użyte środki), które funduje huśtawkę emocjonalną i prowokuje do refleksji na niewygodne tematy. Tylko tyle i aż tyle.

7/52 „Pokolenie Ikea”, Piotr C.

Znacie blog „Pokolenie Ikea”? Na pewno, w końcu ma jakieś milion lajków na fejsie, które nie wzięły się z księżyca. Ja też znałem, ale tylko ze słyszenia. Wiedziałem mniej więcej o czym koleś pisze i nieraz widziałem, jak znajomi udostępniają kolejne jego posty, ale jakoś nigdy nie chciało mi się tam wchodzić. Jak byłem młodszy czytywałem CKM i Kominka, więc wydaje mi się, że tematy życia w wielkim mieście i relacji damsko-męskich mam już odhaczone, a w korpo sam pracuję, także znam z autopsji. Na książkę jednak się skusiłem, bo dostałem fajną rekomendację w PigOut’owych komciach. Przejdźmy zatem do wrażeń. Cóż, muszę przyznać, że mam nie lada problem z oceną tej pozycji. Niby odnalazłem w niej kilka fajnych tekstów i celnych szyder z różnych zjawisk społecznych, ale to były tylko momenty. Jako całość mi nie podeszła. To trochę jak z Make Life Harder, których krótkie fejsbukowe wpisy są absolutnie genialne, ale w wersji książkowej biorą z połykiem i męczą. Z „Pokoleniem Ikea” jest jeszcze gorzej, bo wydaje mi się, że mamy trochę podobny styl pisania – obaj nadużywamy wulgarów, próbujemy rzucić nieszablonowym porównaniem i od czasu do czasu stosujemy slang, więc krytykując go, krytykuję przy okazji siebie. No, ale co zrobić, takie fakty. Być może problem jest we mnie, bo żyję na przeciwnym biegunie niż autor i raczej nie jestem w targecie. Wyszumiałem się, ustatkowałem i obecnie nie ma dla mnie większego koszmaru niż wyjście do klubu, a myśl, że musiałbym wrócić do randkowania przyprawia o dreszcze. Takie podejście do życia sprawia, że totalnie nie czuję tych historii o urabianiu lasek w nocnych lokalach. Może gdybym był 10 lat młodszy, albo w trakcie poszukiwań drugiej połówki, bardziej bym się utożsamiał i czytał z wypiekami na twarzy, ale jest jak jest. Poza tym, tak jak przewidywałem, przy każdej historii miałem wrażenie, że już to znam. Przyjaciele, Dwóch i pół, How I Met Your MotherKominek i inne tego typy blogi, przemieliły te tematy już tysiące razy. Podsumowując, za styl i poczucie humoru daje 4 (było 3, ale historia o Brutusie pedale podbiła do 4), za treść 2 na szynach. Generalnie nie polecam, ale potrafię sobie wyobrazić, że komuś może się podobać. Na początek zacznijcie jednak od bloga, bo w krótkich formach autor prezentuje się o niebo lepiej.

8/52 „Kobieta, której nikt nie znał”, Chris Pavone

Dlaczego akurat ta książka? Gdzieś przeczytałem, że najnowsza powieść Chrisa Pavone, „Wypadek”, to prawdziwy sztos, który zajebistością przebija nawet (i tu kluczowe słowa) rewelacyjny debiut autora, czyli „Kobietę, której nikt nie znał”. Ostro się nakręciłem na „Wypadek”, ale chwilowo był nie do zdobycia, więc w zastępstwie postanowiłem zadowolić się „rewelacyjnym” debiutem. Nie mam pojęcia, kto debiutował w 2013 roku, ale konkurencja musiała być naprawdę żenująca, skoro Chris Pavone okazał się najlepszy i za paździerz, jakim jest „Kobieta…”, zdobył nagrodę Edgar Award. Pamiętacie, jak w zeszłym miesiącu hejtowałem „Dziewczynę z pociągu”? Odszczekuje #whoof #whoof. Na tle „Kobiety…” to był hicior. Serio, teraz to widzę. Jestem zły na siebie, że nie zastosowałem się do mojej złotej zasady, czyli „do kosza, jeśli przez 100 stron nic nie drgnie”. Nie drgnęło przez ani jedną z 400 stron, a ja straciłem aż 2 tygodnie, żeby przebrnąć przez tę szmirę, co nie tylko totalnie rozwaliło mi harmonogram czytelniczy, ale co gorsze, niemiłosiernie umęczyło. „Kobieta, której nikt nie znał” to taki „Pan i Pani Smith” dla ubogich. Pozwólcie, że zaspoileruje całą historię, bo jeśli nie jesteście fetyszystami to i tak po nią nie sięgniecie. Główną bohaterką jest Kate Moore, tajna agentka CIA, która udaje przed światem nudną urzędniczkę. Pewnego dnia jej mąż Dexter, dostaje lukratywną, ale wymagającą przeprowadzki do Luksemburga, ofertę pracy w prestiżowym banku. Po rozważeniu za i przeciw decydują się jechać. Na miejscu zaprzyjaźniają się z innym małżeństwem z USA, Billem i Julią, ale Kate ma czuja, że nowi znajomi nie są tym, za kogo się podają. Wpada w paranoje, że to agenci FBI, którzy prowadzą przeciwko niej śledztwo i chcą oskarżyć o morderstwo popełnione przed laty, jeszcze za czasów pracy w CIA. Kate totalnie odwala i aby odkryć prawdziwe intencje Billa i Juli, zaczyna ostro się miotać. W sensie, że chodzi to tu, to tam i buduje sobie w głowie różne popieprzone scenariusze. Ogólnie jeden wielki chaos. Po kilkudziesięciu stronach niehumanitarngo męczenia buły, gdzie autor serwuje nam skoki to w przeszłość, to w przyszłość, w dodatku bez wyraźnie zarysowanej linii czasu i generalnie nie wnosząc nic istotnego do historii, w końcu faktycznie okazuje się, że wspomniane małżeństwo to agenci, ale prowadzą śledztwo nie przeciwko Kate, a Dexterowi, który tak naprawdę nie pracuje w bankowości, tylko ją okrada, bo jest hakjerem. Na wieść o tym, Kate znowu odpierdala. Chcąc poznać prawdę o mężu, zaczyna go ostro infiltrować. Czochra mu komórkę, czesze kieszenie, włamuje do biura, rozkręca nawet szafki w domu, ale koniec końców znajduje dowody na jego winę + odkrywa, że za całym spiskiem stoi ta „zaprzyjaźniona” agentka FBI – Julia, która tak naprawdę zna Dextera od lat, bo chodzili razem do liceum i wkręciła mu film, że okradają jakiegoś serbskiego generała, który dokonał ludobójstwa (w tym jego brata) podczas wojny na Bałkanach. OMG jakie to było słabe, naciągane i męczące. Najchujowszy jednak jest finał, gdzie cała czwórka siedzi w restauracji i Kate wyskakuje z takim tekstem: „Ok Dexter, Ty kradłeś, ja byłam agentką CIA, więc w sumie jesteśmy kwita, zacznijmy od zera, a wy fałszywi znajomi macie ostatnią szansę, żeby uciec, bo za 5 minut zjawi się tu CIA” , po czym wszyscy sobie po prostu odchodzą, cholera wie gdzie i na tym koniec. The Fuck? Wal się na ryj Chrisie Pavon, u mnie jesteś skreślony.

Ciąg dalszy nastąpi…