popKULTURA

52 książki w rok #Challenge

21/02/2016

Począ­tek roku to czas kłamstw. Ludzie wkrę­cają sobie filmy, że to ide­alny moment na meta­mor­fozę. Zapi­sują się na siłow­nie, kursy języ­kowe, czy­tają książki o roz­woju, laj­kują pro­fil Cho­da­kow­skiej, piją tylko w week­endy, w dodatku 1/4 tego, co zazwy­czaj, odsta­wiają czer­wone mięso i idą na wojnę z glu­te­nem. Jest pięk­nie. Kilo­gramy lecą, umysł się roz­ja­śnia, moty­wa­cja rośnie. Tak mniej wię­cej wygląda sty­czeń. Nie­stety po stycz­niu przy­cho­dzi luty, a wraz z nim, nie­winna z pozoru popi­jawa. “A co mi tam? W końcu za te wszyst­kie poświę­ce­nia, jakaś nagroda się należy” myślą miliony. Nie biorą jed­nak pod uwagę, że mie­siąc abs­ty­nen­cji robi swoje i osta­tecz­nie impreza koń­czy się womi­tem na tyl­nej kana­pie tak­sówki, albo w jakimś podej­rza­nym zaułku. Kac wymaga ofiar, więc kolejny dzień z auto­matu spi­sany jest na straty. Z powodu nie­dy­spo­no­wa­nia odpada siłka i kurs języ­kowy, a na stół zamiast “pysz­nego” jar­mużu, wjeż­dzają “okropne” bur­gery z Maka, czyli jedyna strawa akcep­to­wana przez żołą­dek w sta­nie eks­tre­mal­nego odwod­nie­nia. Jest nawet takie stare góral­skie przy­sło­wie: “Z żar­ciem na kacu jak z prze­szcze­pem, może się nie przy­jąć”. Ten dzień jest też sym­bo­licz­nym koń­cem “nowego ja” i powro­tem do sta­rych “nie­zdro­wych” (ale jakże cudow­nych) nawy­ków, cho­ciaż nie­któ­rzy się jesz­cze łudzą, że to tylko “nie­winny” incy­dent. Nie­stety dalej mamy tłu­sty czwar­tek, walen­tynki i chiń­ski nowy rok, czyli kolejne oka­zje, żeby niczym samo­chód służ­bowy, zatan­ko­wać pod korek i prze­ką­sić w stylu Gry­ca­nek. Z tej ścieżki nie ma już powrotu. Zgod­nie z powyż­szym sche­ma­tem, przez cały sty­czeń żyłem jak mnich z zakonu sha­olin. Zero alko, zero fast­fo­odów, ale kiedy tylko ruszy­łem w lutowe “tango”, niczym domino, zaczęły padać kolejne posta­no­wie­nia nowo­roczne. Musia­łem odcho­ro­wać swoje, więc odpu­ści­łem wszyst­kie zaję­cia, z base­nem i angiel­skim na czele, co z kolei wpę­dziło mnie w taką depre­sję, że smutki pró­bo­wa­łem zajeść podwój­nym keba­bem. RIP nowy, lep­szy ja [*]. Jest jed­nak ostatni bastion w moich posta­no­wie­niach, któ­rego trzy­mam się kur­czowo, jak dziew­czyny swo­jego “ex”, zanim znajdą nowego faceta. Tym posta­no­wie­niem jest ukoń­cze­nie wyzwa­nia czy­tel­ni­czego, “52 książki w rok”. Skąd taka liczba? Mniej wię­cej tyle wypada tygo­dni w ciągu roku i ktoś wymy­ślił, że czy­ta­nie jed­nej sztuki na tydzień to cał­kiem sym­pa­tyczna sta­ty­styka. Oczy­wi­ście liczby tak naprawdę nie mają więk­szego zna­cze­nia. Prze­czy­tać 52 książki autor­stwa Beaty Paw­li­kow­skiej to kwe­stia 4 godzin i kilku che­mio­te­ra­pii, z kolei “Droga Kró­lów” Bren­dona San­der­sona to taka cegła, że i mie­siąc może nie wystar­czyć. Cho­dzi o to, żeby czy­tać i mieć z tego fun. Oso­bi­ście w akcji biorę udział już od dobrych kilku lat, z czego w więk­szo­ści nie­świa­do­mie. Po pro­stu odkąd czy­tam na Kun­dlu, mam szybki pod­gląd na sta­ty­styki. Mój dotych­cza­sowy rekord to 37 pozy­cji w ciągu 12 mie­sięcy. Nie wiem czy w tym roku uda się go pobić, ale spró­buje. Idea tego wpisu jest pro­sta. Będę tutaj wpi­sy­wał to, co już prze­czy­ta­łem i doda­wał kilka słów komen­ta­rza, warto/nie warto, z co mie­sięczną aktu­ali­za­cją listy. Tyle w kwe­stii masa­krycz­nie dłu­giego wstępu.

 

Sty­czeń

 

1/52 “Dziew­czyna z pociągu”, Paula Haw­kins

Abso­lutny best­sel­ler 2015, który zaorał nawet, nie­sio­nego na hol­ly­wo­odz­kim haj­pie, “Mar­sja­nina”. Po książkę się­gną­łem, po pierw­sze dla­tego, że lubię wie­dzieć, co jest aktu­al­nie na topie (to pod­stawa w pracy hej­tera), no i dwa, pole­cał ją Ste­phen King w swoim TOP10 2015. Cóż, wygląda na to, że King się sprze­dał, bo jakoś nie mie­ści mi się w gło­wie, żeby fak­tycz­nie mógł się zachwy­cić, czymś tak.….. prze­cięt­nym. Lek­turę mogę pole­cić, jako pre­zent dla babć, które godzi­nami ster­czą w oknach, robiąc za osie­dlowy sys­tem moni­to­ringu oraz kobie­tom uza­leż­nio­nym od “Klanu”, któ­rym już jakiś czas temu seria­lowa fik­cja zatarła się z rze­czy­wi­sto­ścią i żyją w prze­ko­na­niu, że dok­tor Lubicz to praw­dziwy lekarz. “Dziew­czyna z pociągu” zde­cy­do­wa­nie im podej­dzie, w głów­nej boha­terce znajdą coś z sie­bie. Książka opo­wiada o 40-letniej alko­ho­liczce z nad­wagą, któ­rej po roz­wo­dzie posy­pało się życie. Mieszka kątem u przy­ja­ciółki, jest spłu­kana i bez­ro­botna, ale ze wstydu przed rodziną i zna­jo­mymi, udaje, że wszystko ma pod kon­trolą. W celu zacho­wa­nia pozo­rów, codzien­nie rano wycho­dzi z domu i wsiada w pociąg do Lon­dynu, gdzie zamiast szu­kać pracy, szlaja się po uli­cach i piel­grzy­muje od baru do baru. Poza chla­niem, jej ulu­bioną aktyw­no­ścią w ciągu dnia jest lam­pie­nie się przez okno pociągu i pod­glą­da­nie ludzi, szcze­gól­nie upodo­bała sobie młodą parę, miesz­ka­jącą nie­da­leko jej sta­rego domu. Nasza boha­terka ma już tak zaawan­so­wa­nego pier­dolca, że obser­wo­wa­nej parze nadaje fej­kowe imiona i wymy­śla różne sce­na­riu­sze z ich udzia­łem. I tak mija pół książki. Prze­łom nastę­puje dopiero w dniu, kiedy bez śladu znika miesz­kanka pod­glą­da­nego domu. Roz­po­czyna się śledz­two, w które oczy­wi­ście wtrąca się nasza pocią­gowa baba, twier­dząc, że ma infor­ma­cje, które mogą pomóc w roz­wi­kła­niu zagadki. Jedy­nym pozy­ty­wem książki jest styl autorki. Czy­ta­nie nie boli, ale cała reszta ssie. Intryga dupy nie urywa, główna boha­terka iry­tuje, a fabuła cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność.

 

2/52 “Ty”, Caro­line Kep­nes

Kolejna książka wyło­wiona z reko­men­da­cji Ste­phena Kinga, tyle że tym razem cał­kiem nie­zła. Pole­cam wszyst­kim fan­kom “50 twa­rzy Greya”. Tema­tyka podobna, ale histo­ria jakby bar­dziej realna. Wyobraź sobie, że jesteś dziew­czyną i kupu­jesz książkę w Empiku. Wpa­dasz w oko sprze­dawcy, flir­tu­je­cie przy kasie i ogól­nie wycho­dzisz z myślą “fajny kolo”. Jakiś czas póź­niej, przy­pad­kowo spo­ty­ka­cie się ponow­nie. Jest sobot­nia noc, a Ty jesteś pijana w 4 D, więc gość pro­po­nuje, że odpro­wa­dzi Cię do domu. Oczy­wi­ście dla bez­pie­czeń­stwa. Jest szar­mancki i zawa­diacki, nie pró­buje niczego, czego byś nie chciała, czym zyskuje Twoje zaufa­nie. Na do widze­nia wymie­nia­cie się tele­fo­nami i od tego momentu czę­sto cza­tu­je­cie. Z każ­dym dniem koleś podoba Ci się coraz bar­dziej. Impo­nuje Ci bły­sko­tli­wo­ścią i inte­li­gen­cją, poza tym jesteś pod wra­że­niem, że macie podobne zain­te­re­so­wa­nia i poczu­cie humoru. Jakby tego było mało, Twój były-niedoszły total­nie Cię zlewa, więc czu­jesz się tro­chę samotna. Koniec koń­ców, Ty i sprze­dawca zosta­je­cie parą i gzi­cie się jak cho­miki. Cool story, co nie? Nie wiesz jed­nak, że pod­czas pierw­szego spo­tka­nia w księ­garni, koleś spi­sał Twoje nazwi­sko z karty kre­dy­to­wej, po czym wyśle­dził Cię na fej­sie. Nie dba­łaś o usta­wie­nia pry­wat­no­ści, więc bar­dzo szybko odna­lazł Twój adres domowy i dowie­dział się, gdzie spę­dzisz sobotni wie­czór. Tyle w kwe­stii “przy­pad­ko­wego” spo­tka­nia. Dalej poszło już z górki. Gość zna­jąc Twój roz­kład dnia, wyko­rzy­stał moment, kiedy byłaś na uczelni i wła­mał Ci się na chatę, gdzie naj­pierw sfa­po­wał się na Twoim łóżku, mając na gło­wie Twoje stringi, a następ­nie prze­czo­chrał kom­pu­ter, gdzie zna­lazł hasła, dzięki któ­rym na bie­żąco prze­gląda Twoje maile i smsy. To nie jest też tak, że macie takie same zain­te­re­so­wa­nia, on się Cie­bie “nauczył” i gra pod publiczkę. W kolej­nym kroku musiał pozbyć się ostat­niej prze­szkody sto­ją­cej na dro­dze do waszego “szczę­ścia” - Two­jego byłego-niedoszłego. Wię­cej nie powiem. No dobra dorzucę jesz­cze, że koleś nie jest może tak dziany jak Grey, wręcz biedny jak mysz kościelna, ale też ma swój pokój gier i zabaw. Książka jest cał­kiem cał­kiem, tro­chę per­wer­syjna, ale bar­dzo inte­re­su­jąca. Pozwala wejść w głowę psy­cho­paty i z tej per­spek­tywy śle­dzić roz­wój sytu­acji.

 

3/52 “Druga połowa”, Roy Keane & Roddy Doyle

Obec­ność tej książki na liście to przy­pa­dek. Winę ponosi moją skłon­ność do kom­pul­syw­nych zaku­pów. Posze­dłem do Empiku ode­brać zamó­wie­nie i oczy­wi­ście korzy­sta­jąc z oka­zji, posta­no­wi­łem prze­czo­chrać tro­chę regały. W oko wpa­dła mi wła­śnie prze­ce­niona bio­gra­fia Roya. Pamię­tam gościa jesz­cze z cza­sów gry w Man­che­ste­rze Uni­ted (dżi­zas, ale jestem stary), więc myślę sobie: “prze­wa­chlo­wać można!”. Otwie­ram losowy frag­ment, a tam histo­ria jak Keane pobił się na zgru­po­wa­niu z Pete­rem Schme­iche­lem. Nie­źle. Otwie­ram drugi, a tam wspo­mnie­nie z cza­sów Cel­ticu i to moment, w któ­rym Maciej Żuraw­ski strzela bramkę w der­bach Glas­gow. Grubo! Zapo­wiada się inte­re­su­jąco, więc biere! Nie­stety oka­zało się, że to było już wszystko, co książka miała do zaofe­ro­wa­nia. Gdy­bym tak w totka tra­fiał! Na okładce opis: “naj­bar­dziej skan­da­li­zu­jąca auto­bio­gra­fia”, a w rze­czy­wi­sto­ści nudy i męcze­nie buły pro­ble­mami egzy­sten­cjo­nal­nymi. Całość spro­wa­dza się do: “byłem dobry, chcia­łem dobrze, ale świat mnie nie rozu­mie bla bla bla”. Do tej pory uwa­ża­łem Roya za twar­dziela i irlandz­kiego mother­fuc­kera, ale oka­zuje się, że w rze­czy­wi­sto­ści jest mię­ciutki jak kaczuszka i wraż­liwy, jak Edward ze “Zmierz­chu”. Lek­turę pole­cam wszyst­kim, któ­rzy jarają się mało istot­nymi meczami na pozio­mie dru­giej ligi angiel­skiej i ano­ni­mo­wymi pił­ka­rzami. O Mache­ste­rze jest led­wie kilka zdań, 95 % książki to Roy w roli tre­nera i wyli­czanki kto strze­lił bramkę w jakimś gów­nia­nym meczu o pie­tru­chę, kogo Roy kupił w okienku trans­fe­ro­wym, z kim prze­grał i jak bar­dzo nie­spra­wie­dliwe było wypie­prze­nie go na zbity pysk z kolej­nych klu­bów. Męczar­nia. Uni­kać.

 

4/52 “Ślep­nąc od świa­teł”, Jakub Żul­czyk

Na wstę­pie muszę powie­dzieć, że książka total­nie roz­ło­żyła mnie na łopatki. Z miej­sca wsko­czyła na listę moich uko­cha­nych lek­tur, a Żul­czyk dołą­czył do hono­ro­wej grupy osób, z któ­rymi chciał­bym napić się wódki. Jest abso­lut­nie genialna pod każ­dym wzglę­dem. Mistrzow­ski styl — dzieci się tak kloc­kami Lego nie bawią, jak Żul­czyk sło­wem. Zazdro milion za te rześ­kie porów­na­nia i soczy­ste meta­fory. Dalej mamy cie­kawą i wcią­ga­jącą histo­rię. Chyba pierw­szy raz w życiu cie­szy­łem się z kor­ków na mie­ście, bo dzięki nim mogłem czy­tać dalej. Posta­cie roz­pi­sane z pazu­rem, tak, że fak­tycz­nie trzyma się za nie kciuki, albo modli, aby powi­nęła im się noga. Naj­lep­sze jed­nak ukryte jest w tle. Z dru­giego planu Żul­czyk rysuje nam obraz współ­cze­snego spo­łe­czeń­stwa i .…noc­nej War­szawy. Taaaaak bar­dzo traf­nie. Nie jestem w sta­nie stre­ścić tej książki w spo­sób na jaki zasłu­guje, więc zaufaj­cie na kre­dyt. Obie­cuję, że to będzie uczta. Bez spo­ile­ro­wa­nia, mogę tylko powie­dzieć, że głów­nym boha­te­rem jest Jacek, cał­ko­wi­cie wyprany z emo­cji, war­szaw­ski diler nar­ko­ty­ków. Jacka pozna­jemy na kilka dni przed jego wyjaz­dem do Argen­tyny, kiedy musi “pobie­gać” tro­chę po mie­ście i poza­my­kać wszyst­kie tematy przed pla­no­wa­nym urlo­pem.  Na co dzień Jacek jest pedan­tem i ma wszystko uło­żone, niczym żona Kisz­czaka teczki w sza­fie, ale pech chciał, że aku­rat w klu­czo­wym tygo­dniu, sprawy ostro się pie­przą. Zostaje wcią­gnięty w szem­rany inte­res, przez co zadziera z nie­wła­ści­wymi ludźmi, a każde jego dzia­ła­nie nasta­wione na roz­wią­za­nie pro­blemu, rodzi tylko kolejne kom­pli­ka­cje. Ciągi przyczynowo-skutkowe, które dopro­wa­dzą do finału, wymia­tają. Ogól­nie roz­pier­dol na wszyst­kich fron­tach. Książka jest brudna i wul­garna, a co gor­sze, spra­wiła, że przez moment zama­rzyła mi się kariera dilera, cho­ciaż o nar­ko­ty­kach wiem tyle, że mari­hu­anen wsz­czy­kuje się pomię­dzy palce od stóp. Pole­cam. Naj­lep­sza lek­tura, jaką prze­czy­ta­łem od bar­dzo dawna.

 

Ciąg dal­szy nastąpi.…

 

A to widziałeś?