popKULTURA

Szybcy i Wściekli 7 — iść czy nie iść?

12/04/2015

W ten week­end do pol­skich kin wje­chała siódma odsłona “Szyb­kich i wście­kłych”, czyli naj­bar­dziej ocze­ki­wana, obok Mad Maxa i nowych Aven­ger­sów, pre­miera roku. Film obrósł legendą zanim w ogóle go nakrę­cono. Przede wszyst­kim za sprawą nie­spo­dzie­wa­nej śmierci Paula Wal­kera, który grał jed­nego z głów­nych boha­te­rów. Przez chwile cho­dziły plotki, że ta tra­ge­dia sta­wia pod zna­kiem zapy­ta­nia sens kon­ty­nu­owa­nia całej serii, ale bit­ches plizz, nie bądźmy naiwni. Śmierć to naj­lep­sza reklama. Nie dość, że pod­kręca zain­te­re­so­wa­nie to jesz­cze dodaje + 50 do legendy aktora. Tak było z Heathem Led­ge­rem, który zszedł pod­czas krę­ce­nia Mrocz­nego Ryce­rza (cho­ciaż rola Jokera epicka, obro­ni­łaby się nawet gdyby prze­żył) i tak też się stało w przy­padku Paula Wal­kera. Dru­gim wabi­kiem była ostat­nia scena z 6 czę­ści, która zdra­dziła, że nowym prze­ciw­ni­kiem ekipy Vina Ben­zy­niaka Die­sela będzie Jason Sta­tham, co jest speł­nie­niem mokrych snów wszyst­kich gim­bu­sów i sta­łych bywal­ców siłowni. Jeśli w ósemce dołą­czyłby Hugh Jack­mana to Szybcy i Wście­kli mie­liby w obsa­dzie czte­rech naj­więk­szych obec­nie wymia­ta­czy (Die­sel, The Rock, Sta­tham i Jack­man). Coś jak Nie­znisz­czalni tylko przed eme­ry­turą.

Szybcy i wsciekli

Ale o co cho­dzi?

W 6 czę­ści ekipa szyb­kich i wście­kłych zde­wa­sto­wała pół Lon­dynu wal­cząc z grupą ultra nie­bez­piecz­nych prze­stęp­ców, kie­ro­wa­nych przez nija­kiego Owena Shawa. Oczy­wi­ście wygrali, a czarny cha­rak­ter prze­ro­bili na warzywo i wysłali do szpi­tala. Teraz oka­zuje się, że Owen był zwy­kłą cipką, a praw­dzi­wym badas­sem jest jego star­szy brat Dec­kard (Jason Sta­tham), który jest żądny zemsty i pla­nuje kolejno wylo­go­wać z życia wszyst­kich z bandy Die­sela. Myślice sobie, że to już wystar­cza­jący mate­riał na sce­na­riusz, ale nope. Twórcy dodali jesz­cze jeden wątek. Do szyb­kich zgła­sza się agent rzą­dowy grany przez Kurta Rus­sella i pro­po­nuje układ — pomóż­cie odbić z rąk ter­ro­ry­stów hakera, który stwo­rzył super zaawan­so­wany sys­tem śle­dze­nia, a w zamian rząd pomoże w namie­rze­niu Dec­karda. Brzmi fair. Pro­blem w tym, że Dec­kard wcale się nie ukrywa, przez co plot z hake­rem jest total­nie z dupy wzięty, ale ok, nie ma sensu drą­żyć. Uznajmy, że fabuła ma tutaj naj­mniej­sze zna­cze­nie.

Iść do kina czy nie iść?

Jeśli sta­wiasz na logikę i reflek­sję to odra­dzam. Obej­rzyj lepiej Nędz­ni­ków, albo coś rów­nie męczą­cego. Jeśli jesteś fanem poprzed­nich czę­ści to odpo­wiedz brzmi — ZDECYDOWANIE TAK. Seria Szyb­kich i Wście­kłych jest spe­cy­ficzna. Nikt się po niej nie spo­dziewa inte­lek­tu­al­nej uczty. Mają być dupeczki gorące jak lawa, fury szyb­kie jak pierw­szy raz nasto­lat­ków i kole­sie z bicem wiel­ko­ści arbuza. Ogól­nie emo­cje pro­ste jak cukry zawarte w fast­fo­odo­wym żar­ciu, skie­ro­wane do ludzi wywa­lo­nych psy­chicz­nie po tygo­dnio­wej orce w korpo. 7 część speł­nia wszyst­kie powyż­sze warunki, a przy tym jest naj­bar­dziej wido­wi­skowa i absur­dalna z całej serii. Budżet wyniósł 250 milio­nów dolców, więc można było posza­leć. Akcja roz­grywa się glo­bal­nie, ska­cząc mię­dzy USA, Domi­ni­kaną, Japo­nią, Azej­ber­dża­nem i Emi­ra­tami Arab­skimi. Samo­chody już nawet nie jeż­dzą, one latają. Na spa­do­chro­nach, mię­dzy wie­żow­cami albo nad urwi­skami. Głowy nie dam, ale może się oka­zać, że w powie­trzu spę­dzają wię­cej czasu niż na asfal­cie. Prawa fizyki łamane są śred­nio co 30 sekund (Ste­phen Haw­king spad­nie z wózka jak obej­rzy), ale ogląda się to świet­nie.

Szybcy i wsciekli

Pierw­szy raz od dawna prze­trwa­łem w kinie 2 godziny bez patrze­nia na zega­rek. Co prawda były momenty, kiedy myśla­łem sobie “dzi­zas jaka żenada”, ale po nich przy­cho­dziły “o to było zaje­bi­ste”. W tym miej­scu trzeba zazna­czyć, że twórcy dosko­nale wie­dzą, co robią i jak to zosta­nie ode­brane. Wszyst­kie te prze­gięte sceny są efek­tem zamie­rzo­nym. Mamy tutaj zabawę kon­wen­cją na pozio­mie Aven­ger­sów (kom­ple­ment), czyli dużo sucha­rów i gagów roz­luź­nia­ją­cych atmos­ferę pomię­dzy kolej­nymi absur­dal­nymi wal­kami i pości­gami.
Jak­bym miał się do cze­goś przy­wa­lić to zde­cy­do­wa­nie sta­wiam na wątek miło­sny mię­dzy Toretto (Die­sel) i Letty (Michelle Rodri­guez). Nie spo­dzie­wa­łem się, że to kie­dyś powiem, ale wyszło gor­sze love story niż Twi­li­ght. Vin Die­sel to taki dre­siar­ski odpo­wied­nik ojca chrzest­nego. Może po out­fi­cie bli­żej mu do pra­wo­brzeż­nej War­szawy, ale poza tym jest pra­wilny na maxa i cią­gle nawija o lojal­no­ści i rodzi­nie. Takiego go kupuje, ale kiedy pró­bują zro­bić z niego nowego Pat­ti­sona, wycho­dzi nie­zły fuc­kup. Sorry, ale Vin jest total­nie nie­wia­ry­godny pod­czas wyznań miło­snych i widać, że mu to nie leży. Do tego nakrę­cili je w stylu tele­no­weli, czyli tan­detne retro­spek­cje, zbli­że­nia na twarz, wyci­sze­nie muzyki i tek­sty głę­bo­kie jakby pisał je sam Paulo Coelho. Oso­bi­ście dosta­łem nad­kwa­soty od tego wątku. Na szczę­ście w kolej­nych sce­nach się odkuwa. Kto widział Equ­ili­brum na pewno pamięta walkę w stylu tzw. gun katy (sekwen­cja jak przy mie­czach tyle, że z uży­ciem pisto­le­tów). W szyb­kich i wście­kłych ser­wują nam fran­cuz katę. Die­sel i Sta­tham napiż­dzają się na klu­cze fran­cu­skie, i to nie takie jak trzy­masz pod zle­wem, a na pół­tora metrowe sztuki prze­zna­czone do odkrę­ca­nia hydran­tów.

 

Paul Wal­ker MOŻLIWY SPOILER

Naj­więk­szą cie­ka­wość fanów wzbu­dzała kwe­stia w jaki spo­sób twórcy poże­gnają się z Pau­lem Wal­ke­rem. Aktor zdą­żył przed śmier­cią nagrać cześć scen, a te bra­ku­jące dokoń­czono przy udziale jego braci i cyfro­wej obróbki twa­rzy. Muszę przy­znać, że zro­bili to bar­dzo dobrze. Pró­bo­wa­łem w trak­cie filmu wyła­pać sceny wyge­ne­ro­wane kom­pu­te­rowo i mam kilka typów, ale nie dał­bym sobie za nie obciąć ręki. W każ­dym razie pyta­nie brzmiało jak śmierć głów­nego boha­tera wpły­nie na sce­na­riusz? Osta­tecz­nie twórcy posta­no­wili wysłać Briana O’Connera na eme­ry­turę pod przy­krywką zerwa­nia z nie­bez­piecz­nym try­bem życia i posta­wie­niem na rodzinę.
Ostat­nie 5 minut filmu to hołd dla Paula Wal­kera zmon­to­wany z ujęć wycię­tych ze wszyst­kich czę­ści i emo­cjo­nalną nar­ra­cją Vina Die­sla. Zago­rzali fani mogą się zła­mać jak na Królu Lwie pod­czas śmierci Mufasy. W końcu uświa­da­miasz sobie, że seria cią­gnie się już 14 lat, a akto­rzy są ci bliżsi niż sąsie­dzi.

Szybcy 7 to pod­ręcz­ni­kowy przy­kład block­bu­stera, który ma dać ludziom lek­ko­strawną roz­rywkę i przy­nieść for­tunę wytwórni. Zada­nie wyko­nane. Oso­bi­ście wciąż naj­bar­dziej lubię 5 część i scenę cią­gnię­cia sejfu przez mia­sto, ale na sió­demce też się uba­wi­łem. Zasta­na­wia mnie tylko, co ma w sobie ta seria, że wszy­scy przyj­mują z uśmie­chem te hek­to­li­try absur­dów wyle­wa­jące się z ekranu? W zeszłym roku wyszedł Need for Speed, który był bar­dzo podob­nie skon­stru­owany, a mimo to został total­nie zmiaż­dżony przez kry­ty­ków i widzów (ze mną na czele). Sta­wiam na akto­rów. Żadna inna ekipa nie ma takiej che­mii ekra­no­wej jak Szybcy i Wście­kli. Jestem gotowy na ósemkę.

A to widziałeś?