MAD MAX – ISĆ CZY NIE IŚĆ?

Pierwotnie nie planowałem pisać o nowym „Mad Maksie”, ale okoliczności wymusiły. Okazuje się, że kilkoro znajomych, po mojej rekomendacji, wybrało się do kina i wróciło z pretensjami. Totalnie nie rozumiem jak to możliwe, bo film jest turbokozakiem. Dla chłopców to taki odpowiednik „Pamiętnika”, tylko zamiast Ryana Goslinga, Rachel McAdams i festiwalu męczenia buły, dostajemy gburowatego Toma Hardego, jednoręką Charlize Theron i dwie godziny destrukcji. Czyli wszystkie słabe elementy zostały wymienione na lepsze. Nie wiem czego można chcieć więcej?

 

Przyznaję bez bicia, że dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z poprzednimi częściami (dziewczynki rozgrzeszam, ale jeśli sikasz na stojąco i masz więcej niż 20 lat to nic Cię nie tłumaczy z nieznajomości Maxa, shame on you), początek faktycznie może być traumatyczny. Przynajmniej moja Madzia miała oczy jak 5 złotych, kiedy zobaczyła co się odpierdala na ekranie. Film wchodzi w madmaksowe uniwersum bez żadnej gry wstępnej. Nie tłumaczy kim jest Max, skąd się wziął i dlaczego jego świat wygląda jak wygląda, tylko od razu wali obuchem w czerep. I słusznie, szkoda czasu na pierdoły. Na szczęście jest PigOut, gdzie dowiecie się o co lotto.

W pierwszej części Max był gliniarzem, który wpada w konflikt z gangiem motocyklistów. Początkowo próbuje ich zapuszkować zgodnie z literą prawa, ale kiedy fani dwóch kółek zabijają mu żonę, syna i partnera z policji, konwenanse idą na bok. Max się zdeczka wkurwia i dokonuje niehumanitarnej zemsty, co przy okazji jest symbolicznym momentem narodzin „wściekłego Maxa”. No More Mr Nice Guy

Z kolei druga część przenosi nas w POSTAPO. Na wstępie narrator nakreśla genezę, czyli standardowo Amerykańce mają kosę z Ruskimi i to na tyle poważną, że sięgają po broń atomową. W konsekwencji cała cywilizacja się wali, a Ci co przeżyli stają się renegatami, których celem jest zdobycie wachy. Bo kto ma wachę ten ma władzę w nowym świecie. W zasadzie całość sprowadza się do jeżdżenia uzbrojonymi rzęchami po pustyni i walki o paliwo, co w tym przypadku jest równoznaczne z walką o życie.

Filmy są naprawdę spoko, a Mel Gibsona wyrósł dzięki nim na gwiazdę światowego formatu. Zastanawia mnie tylko, dlaczego postapo’wi ocaleńcy, przyjmują stylówę, jakby dopiero co urwali się z Love Parade. Coś pomiędzy Michałem Szpakiem a Conchitą Wurst. Apokalipsa apokalipsą, ale to chyba nie powód, żeby od razu przechodzić na drugą stronę tęczy?

Jeszcze dziwniejsze, że w czasach kiedy wacha jest cenniejsza niż złoto, kolesie rozbiją się ultra ciężkimi furami i totalnie olewają zasady eco-drivingu. To trochę tak, jakby chciało się zmniejszyć rachunki za prąd i równocześnie przed domem postawiło 20-metrowy, oczojebny neon. Trochę fail, ale nie nie ma sensu drążyć tematu.

Przechodzimy do najnowszej części, czyli „Mad Max: Fury Road”. Jak już wspominałem, pierwsze minuty mogą zadać klina „maksowym” prawiczków. Na ekranie pojawia się wiele podejrzanych typów, np. kitowcy-kamikadze, którzy przed śmiercią spryskują sobie pysia srebrną farbą, mix Szkieletora z Lordem Vaderem, czyli Immortan Joe i jednoręka imperatorka Furiosa. Na drugim i trzecim planie jest jeszcze gorzej. W przebitkach przewija się jakiś nienaturalnie wygięty karzeł na wózku inwalidzkim i tłuste babska, które do boobsów mają podłączone elektryczne dojarki. Tak, wiem jak to brzmi. No cóż, nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale na swoją obronę powiem, że jeśli przyjrzycie się twórczości reżysera, Georga Millera, to już nic was nie zdziwi. Koleś najpierw zrobił trzy części „Mad Maxa”, gdzie trup ściele się gęsto, po czym przeskoczył do kina familijnego i nakręcił „Babe świńka z klasą” i „Happy Feet”, czyli bajkę o stępujących pingwinach. To chyba mówi wystarczająco dużo o jego stanie psychicznym

Mad Max

W „Road Fury”, podobnie jak w drugiej części, akcja rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie. Nie ma żadnych miast ani cywilizacji. Krajobraz umiera z pragnienia, ale woda, zwana w filmie Aqua-Colą (LOL), jest produktem mocno reglamentowanym. Wacha zresztą też. Całym pierdolnikiem, który pozostał, twardą ręką zarządza wspomniany już Nieśmiertelny Joe. I teraz tak na szybko. Joe co jakiś czas wysyła imperatorkę Furiosę do jakiejś miejscówki w celu uzupełnienia zapasów paliwa. Jednak pewnego razu Furiosa zbacza z wyznaczonej trasy i jedzie cholera wie gdzie. Niby nic strasznego, ale problem w tym, że na pokładzie ma jeszcze żonę Immortan Joe, który przez to wkurwia się nie na żarty. I wcale nie dlatego, że tak bardzo zależy mu na małżonce. Chodzi o potomka, którego wspomniana nosi w brzusiu. Joe na szybko skrzykuje wszystkich swoich „ludzi” i rusza w pościg. W międzyczasie, w wyniku splotu różnych wydarzeń, do ekipy Furiosy dołącza Max. W tym momencie zaczyna się robić naprawdę grubo. Na ekranie panuje chaos, demolka, wybuchy, morderstwa, skoki na tyczkach i koleś z płonącą gitarą. Ogólnie totalna rozwałka i tak przez kolejne półtora godziny.

Mad Max

 

Film jakiś tam sens ma, ale nawet jeśli ktoś go nie dostrzega, powinien wygodnie usadowić się w fotelu, wcinać popcorn i chłonąć to co się dzieje. Bez zbędnego pierdolenia i zadawania głupich pytań. Taka konwencja. Albo to kupujesz, albo cierpisz przez cały seans. Z resztą pamiętam, że jakoś nie mieliście problemu z udźwignięciem brokatowego wampira w „Zmierzchu”, a przy nim „Mad Max” wypada ultra inteligentnie. Ja w każdym razie bawiłem się rewelacyjnie i będę trzymał się wersji, że film jest rześki. Poza tym, że wymiata pod względem dynamiki akcji, to serwuje wizualne dzieło sztuki. Te kolory, ujęcia, praca kamery. Uwielbiam. A sekwencja z burzą piaskową to już totalne urwanie dupy. Dołóż do tego energetyczny soundtrack i masz film niemal idealny – 9/10. Zdecydowanie obejrzę jeszcze raz.

Mad Max

P.S.
Nie róbcie sobie krzywdy i nie kaleczcie „Maxa” na kompie, w pikselowych wersjach cam. Idźcie do kina. Zobaczcie na wielkim ekranie z dźwiękiem surround, oczyśćcie umysły i dajcie się porwać.