MAD MAX — ISĆ CZY NIE IŚĆ?" />
popKULTURA

MAD MAX — ISĆ CZY NIE IŚĆ?

18/06/2015

Pier­wot­nie nie pla­no­wa­łem pisać o nowym “Mad Mak­sie”, ale oko­licz­no­ści wymu­si­ły. Oka­zu­je się, że kil­ko­ro zna­jo­mych, po mojej reko­men­da­cji, wybra­ło się do kina i wró­ci­ło z pre­ten­sja­mi. Total­nie nie rozu­miem jak to moż­li­we, bo film jest tur­bo­ko­za­kiem. Dla chłop­ców to taki odpo­wied­nik “Pamięt­ni­ka”, tyl­ko zamiast Ryana Goslin­ga, Rachel McA­dams i festi­wa­lu męcze­nia buły, dosta­je­my gbu­ro­wa­te­go Toma Har­de­go, jed­no­rę­ką Char­li­ze The­ron i dwie godzi­ny destruk­cji. Czy­li wszyst­kie sła­be ele­men­ty zosta­ły wymie­nio­ne na lep­sze. Nie wiem cze­go moż­na chcieć wię­cej?

Mad Max

Przy­zna­ję bez bicia, że dla kogoś, kto nigdy nie miał stycz­no­ści z poprzed­ni­mi czę­ścia­mi (dziew­czyn­ki roz­grze­szam, ale jeśli sikasz na sto­ją­co i masz wię­cej niż 20 lat to nic Cię nie tłu­ma­czy z nie­zna­jo­mo­ści Maxa, sha­me on you), począ­tek fak­tycz­nie może być trau­ma­tycz­ny. Przy­naj­mniej moja Madzia mia­ła oczy jak 5 zło­tych, kie­dy zoba­czy­ła co się odpier­da­la na ekra­nie. Film wcho­dzi w mad­mak­so­we uni­wer­sum bez żad­nej gry wstęp­nej. Nie tłu­ma­czy kim jest Max, skąd się wziął i dla­cze­go jego świat wyglą­da jak wyglą­da, tyl­ko od razu wali obu­chem w cze­rep. I słusz­nie, szko­da cza­su na pier­do­ły. Na szczę­ście jest PigO­ut, gdzie dowie­cie się o co lot­to.

W pierw­szej czę­ści Max był gli­nia­rzem, któ­ry wpa­da w kon­flikt z gan­giem moto­cy­kli­stów. Począt­ko­wo pró­bu­je ich zapusz­ko­wać zgod­nie z lite­rą pra­wa, ale kie­dy fani dwóch kółek zabi­ja­ją mu żonę, syna i part­ne­ra z poli­cji, kon­we­nan­se idą na bok. Max się zdecz­ka wkur­wia i doko­nu­je nie­hu­ma­ni­tar­nej zemsty, co przy oka­zji jest sym­bo­licz­nym momen­tem naro­dzin “wście­kłe­go Maxa”. No More Mr Nice Guy

Z kolei dru­ga część prze­no­si nas w POSTAPO. Na wstę­pie nar­ra­tor nakre­śla gene­zę, czy­li stan­dar­do­wo Ame­ry­kań­ce mają kosę z Ruski­mi i to na tyle poważ­ną, że się­ga­ją po broń ato­mo­wą. W kon­se­kwen­cji cała cywi­li­za­cja się wali, a Ci co prze­ży­li sta­ją się rene­ga­ta­mi, któ­rych celem jest zdo­by­cie wachy. Bo kto ma wachę ten ma wła­dzę w nowym świe­cie. W zasa­dzie całość spro­wa­dza się do jeż­dże­nia uzbro­jo­ny­mi rzę­cha­mi po pusty­ni i wal­ki o pali­wo, co w tym przy­pad­ku jest rów­no­znacz­ne z wal­ką o życie.

Fil­my są napraw­dę spo­ko, a Mel Gib­so­na wyrósł dzię­ki nim na gwiaz­dę świa­to­we­go for­ma­tu. Zasta­na­wia mnie tyl­ko, dla­cze­go posta­po­’wi oca­leń­cy, przyj­mu­ją sty­ló­wę, jak­by dopie­ro co urwa­li się z Love Para­de. Coś pomię­dzy Micha­łem Szpa­kiem a Con­chi­tą Wurst. Apo­ka­lip­sa apo­ka­lip­są, ale to chy­ba nie powód, żeby od razu prze­cho­dzić na dru­gą stro­nę tęczy?

Jesz­cze dziw­niej­sze, że w cza­sach kie­dy wacha jest cen­niej­sza niż zło­to, kole­sie roz­bi­ją się ultra cięż­ki­mi fura­mi i total­nie ole­wa­ją zasa­dy eco-dri­vin­gu. To tro­chę tak, jak­by chcia­ło się zmniej­szyć rachun­ki za prąd i rów­no­cze­śnie przed domem posta­wi­ło 20-metro­wy, oczo­jeb­ny neon. Tro­chę fail, ale nie nie ma sen­su drą­żyć tema­tu.

Prze­cho­dzi­my do naj­now­szej czę­ści, czy­li “Mad Max: Fury Road”. Jak już wspo­mi­na­łem, pierw­sze minu­ty mogą zadać kli­na “mak­so­wym” pra­wicz­ków. Na ekra­nie poja­wia się wie­le podej­rza­nych typów, np. kitow­cy-kami­ka­dze, któ­rzy przed śmier­cią spry­sku­ją sobie pysia srebr­ną far­bą, mix Szkie­le­to­ra z Lor­dem Vade­rem, czy­li Immor­tan Joe i jed­no­rę­ka impe­ra­tor­ka Furio­sa. Na dru­gim i trze­cim pla­nie jest jesz­cze gorzej. W prze­bit­kach prze­wi­ja się jakiś nie­na­tu­ral­nie wygię­ty karzeł na wóz­ku inwa­lidz­kim i tłu­ste bab­ska, któ­re do boob­sów mają pod­łą­czo­ne elek­trycz­ne dojar­ki. Tak, wiem jak to brzmi. No cóż, nie potra­fię tego racjo­nal­nie wytłu­ma­czyć, ale na swo­ją obro­nę powiem, że jeśli przyj­rzy­cie się twór­czo­ści reży­se­ra, Geo­r­ga Mil­le­ra, to już nic was nie zdzi­wi. Koleś naj­pierw zro­bił trzy czę­ści “Mad Maxa”, gdzie trup ście­le się gęsto, po czym prze­sko­czył do kina fami­lij­ne­go i nakrę­cił “Babe świń­ka z kla­są” i “Hap­py Feet”, czy­li baj­kę o stę­pu­ją­cych pin­gwi­nach. To chy­ba mówi wystar­cza­ją­co dużo o jego sta­nie psy­chicz­nym

Mad Max

W “Road Fury”, podob­nie jak w dru­giej czę­ści, akcja roz­gry­wa się w posta­po­ka­lip­tycz­nym świe­cie. Nie ma żad­nych miast ani cywi­li­za­cji. Kra­jo­braz umie­ra z pra­gnie­nia, ale woda, zwa­na w fil­mie Aqua-Colą (LOL), jest pro­duk­tem moc­no regla­men­to­wa­nym. Wacha zresz­tą też. Całym pier­dol­ni­kiem, któ­ry pozo­stał, twar­dą ręką zarzą­dza wspo­mnia­ny już Nie­śmier­tel­ny Joe. I teraz tak na szyb­ko. Joe co jakiś czas wysy­ła impe­ra­tor­kę Furio­sę do jakiejś miej­sców­ki w celu uzu­peł­nie­nia zapa­sów pali­wa. Jed­nak pew­ne­go razu Furio­sa zba­cza z wyzna­czo­nej tra­sy i jedzie cho­le­ra wie gdzie. Niby nic strasz­ne­go, ale pro­blem w tym, że na pokła­dzie ma jesz­cze żonę Immor­tan Joe, któ­ry przez to wkur­wia się nie na żar­ty. I wca­le nie dla­te­go, że tak bar­dzo zale­ży mu na mał­żon­ce. Cho­dzi o potom­ka, któ­re­go wspo­mnia­na nosi w brzu­siu. Joe na szyb­ko skrzy­ku­je wszyst­kich swo­ich “ludzi” i rusza w pościg. W mię­dzy­cza­sie, w wyni­ku splo­tu róż­nych wyda­rzeń, do eki­py Furio­sy dołą­cza Max. W tym momen­cie zaczy­na się robić napraw­dę gru­bo. Na ekra­nie panu­je cha­os, demol­ka, wybu­chy, mor­der­stwa, sko­ki na tycz­kach i koleś z pło­ną­cą gita­rą. Ogól­nie total­na roz­wał­ka i tak przez kolej­ne pół­to­ra godzi­ny.

Mad Max

Film jakiś tam sens ma, ale nawet jeśli ktoś go nie dostrze­ga, powi­nien wygod­nie usa­do­wić się w fote­lu, wci­nać popcorn i chło­nąć to co się dzie­je. Bez zbęd­ne­go pier­do­le­nia i zada­wa­nia głu­pich pytań. Taka kon­wen­cja. Albo to kupu­jesz, albo cier­pisz przez cały seans. Z resz­tą pamię­tam, że jakoś nie mie­li­ście pro­ble­mu z udźwi­gnię­ciem bro­ka­to­we­go wam­pi­ra w “Zmierz­chu”, a przy nim “Mad Max” wypa­da ultra inte­li­gent­nie. Ja w każ­dym razie bawi­łem się rewe­la­cyj­nie i będę trzy­mał się wer­sji, że film jest rześ­ki. Poza tym, że wymia­ta pod wzglę­dem dyna­mi­ki akcji, to ser­wu­je wizu­al­ne dzie­ło sztu­ki. Te kolo­ry, uję­cia, pra­ca kame­ry. Uwiel­biam. A sekwen­cja z burzą pia­sko­wą to już total­ne urwa­nie dupy. Dołóż do tego ener­ge­tycz­ny sound­track i masz film nie­mal ide­al­ny — 910. Zde­cy­do­wa­nie obej­rzę jesz­cze raz.

Mad Max

 
P.S.
Nie rób­cie sobie krzyw­dy i nie kalecz­cie “Maxa” na kom­pie, w pik­se­lo­wych wer­sjach cam. Idź­cie do kina. Zobacz­cie na wiel­kim ekra­nie z dźwię­kiem sur­ro­und, oczyść­cie umy­sły i daj­cie się porwać.

A to widziałeś?