Teściowie

Teściowie

Jesteśmy rodzicami od 1364 dni, co daje 32 759 godzin lub jak kto woli, 1 965 540 minut i dzisiaj pierwszy raz udało się wyjść do kina. Razem. W tygodniu. Bez niszczenia życia i planów niewinnym ludziom. Szaleństwo.

Tak, udało nam się znaleźć nianię, która przyjęła zlecenie na 3-godzinną posiadówę z bombelkiem i była to tak duża rzecz, że kiedy wsiedliśmy do fury, miałem wrażenie, że jesteśmy na przylądku Canaveral i zaraz startujemy w kosmos.

Te 3-godziny postanowiliśmy nonszalancko roztrwonić w kinie i zgodnie z wynikami wczorajszego głosowania na storieskach, padło na film „Tesciowie” (dzięki, że odpuściliście mi Papryka #LovJu).

Nawet gdyby film był najgorszą padaką ever i tak byłoby super, bo miałem wychodne, zjadłem nachosy, obejrzałem trailer Diuny i Bonda, a pani z Heliosa w Legionowie, jak nas zobaczyła w kinie RAZEM, to zmieniła nam bilety z pojedynczych foteli na kanapę, co by podłokietnik nie przeszkadzał mi w mizianiu Madzi po kolanie (na co Madzia: Gdzie z tymi tłustymi paluchami od nachosów?)

Tymczasem suprajsik i film okazał się wyjątkowo krzepki. Akcja dzieje się podczas wesela… na które nie dociera para młoda, bo się rozmysliła i to daje początek sytuacji pt. „Oesu, ale wstyd przed goścmi”, która z czasem zmienia się w „Dobra, uj z tym, zapłacone, ludzie się zjechali, to korzystamy”.

Tak że goście się bawią w najlepsze, tymczasem rodzice młodych olabogują, że smuteczek na maksa i że może jeszcze da się to wyprostować, wszak szczeście młodych najważniejsze… po czym od słowa do słowa (i od kieliszka do kieliszka) i nagle cała kurtuazja wyparowuje i zaczynają lecieć drobne szpileczki („w sumie to wasza wina, bo…”), które po chwili eskalują w grube rołsty, jeszcze grubsze wycieczki osobiste oraz szczere opinie „kto, co o kim tak naprawdę myśli”.

Jest tu tak dużo prawdy i trafnych obserwacji, że z Madzią zgodnie ustaliliśmy, że będziemy ten film pokazywać ludziom, jakby to było nasze wesele, którego nie mieliśmy XD. I wy też możecie tak zagrać, bo to są uniwersalne prawdy o nas, o ślubach, o sztucznej uprzejmości i o kurła życiu.

Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to ekranizacja sztuki teatralnej, ale efekt jest tak samo dobry, jak w „Rzezi” Polańskiego, która swego czasu przeniosła na duży ekran „Boga Mordu” Yasminy Rezy. Bardzo mój typ.

I podobnie jak w „Rzezi”, materiał wyjściowy pozowlił aktorom pokazać w pełni swój warsztat. To nie są komedie romantyczne, gdzie dialogi opierają się na kilkuwersowych sucharach. Nope, w tego typu filmach aktorzy muszą podać w jednym ujęciu kilka stron tekstu z odpowiednią intonacją i mimiką + pilnować rytmu ekranowych partnerów + synchronizować się z wydarzeniami na drugim planie. Tak więc w tym przypadku Izabela Kuna, Maja Ostaszewska i Adam Woronowicz czapki z głów. A Dorociński to już w ogóle wyglądał, jakby ta rola była uszyta dla niego na miarę. Takie polskie filmy to ja szanuję!