popKULTURA

Ostatnia rodzina. Iść czy nie iść?

10/10/2016

Jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu o Bek­siń­skich wie­dzia­łem tyle, że był kie­dyś malarz z takim nazwi­skiem, któ­ry ponoć odniósł “jakiś tam” suk­ces na świe­cie, ale chy­ba “nie­zbyt wiel­ki”, bo jakoś uda­ło mi się prze­żyć trzy deka­dy i nie zoba­czyć żad­ne­go jego obra­zu. I to, że nie szu­ka­łem, nie powin­no być wymów­ką. Jeśli ktoś jest uzna­wa­ny za wybit­ne­go arty­stę, w dodat­ku jest naszym roda­kiem, wypa­da­ło­by, żeby w szko­le tudzież w mediach coś o nim wspo­mnie­li. Być może byłem aku­rat na waga­rach, być może czy­tam nie­od­po­wied­nią pra­sę, w każ­dym razie uda­ło mi się prze­trwać wie­le lat w słod­kiej nie­świa­do­mo­ści. Tak napraw­dę o kali­brze rodzi­ny Bek­siń­skich dowie­dzia­łem się dopie­ro przy oka­zji wyda­nia książ­ki o ich życiu, “Bek­siń­scy. Por­tret podwój­ny”. Tytuł z miej­sca wsko­czył na listę best­sel­le­rów, z kolei na “Lubi­my czy­tać” zgar­niał same pozy­tyw­ne opi­nię, więc od razu w gło­wie zapa­li­ła mi się lamp­ka, że to chy­ba jakaś waż­na pozy­cja. Obcza­iłem ją w Empi­ku, ale szcze­rze mówiąc przy­tło­czy­ła mnie gaba­ry­ta­mi. Stwier­dzi­łem, że nie chce mi się prze­dzie­rać kil­ka­set stron tyl­ko po to, żeby dostać męczą­cą histo­rię o skom­pli­ko­wa­nej rela­cji ojca i syna. Ola­łem. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy mogę stwier­dzić, że byłem strasz­nym igno­ran­tem. Po książ­kę osta­tecz­nie się­gną­łem, jak tyl­ko gruch­nę­ło info, że będzie film i oka­za­ło się, że wcią­gnę­ła mnie bez resz­ty. Cza­sa­mi tra­fia­ją się lek­tu­ry, po prze­czy­ta­niu któ­rych treść wciąż doj­rze­wam w czy­tel­ni­ku i tak wła­śnie było z Bek­siń­ski­mi. W zasa­dzie ta opo­wieść uwie­ra mnie do teraz, a dowo­dem niech będzie fakt, że po odło­że­niu jej na pół­kę, spę­dzi­łem jesz­cze dobre kil­ka godzin w necie na odsłu­chi­wa­niu sta­rych audy­cji radio­wych Toma­sza i oglą­da­niu repro­duk­cji obra­zów Zdzi­sła­wa. Moż­na powie­dzieć, że prze­ży­wam chwi­lo­wą fascy­na­cję Bek­siń­ski­mi. 

Mój ulu­bio­ny obraz Bek­siń­skie­go

Ostatnia rodzina

Zacznij­my od tego, że “Ostat­nia rodzi­na” nie jest typo­wym fil­mem bio­gra­ficz­nym. Jeśli ktoś spo­dzie­wa się, że po jego obej­rze­niu dowie się co nie­co o począt­kach karie­ry Zdzi­sła­wa Bek­siń­skie­go i dro­dze, jaką prze­szedł, zanim został sław­nym arty­stą, cóż, to się nie wyda­rzy. Film tyl­ko deli­kat­nie muska wątek malar­ski, nie­mal cał­ko­wi­cie sku­pia­jąc się na poka­za­niu rela­cji rodzin­nych u Bek­siń­skich. Na szczę­ście dla widza były one na tyle popie­przo­ne, że bez pro­ble­mu star­czy­ło mate­ria­łu na dwu­go­dzin­ną opo­wieść. Bek­siń­scy to trzy skraj­ne oso­bo­wo­ści — intro­wer­tycz­ny, stro­nią­cy od ludzi ojciec Zdzi­sław, wyalie­no­wa­ny syn Tomasz — doro­sły facet z metal­no­ścią roz­wy­drzo­ne­go bacho­ra, któ­ry w kil­ka sekund potra­fi przejść ze sta­nu total­ne­go wyci­sze­nia do nie­kon­tro­lo­wa­nych wybu­chów agre­sji, doszczęt­nie demo­lu­jąc przy tym miesz­ka­nie, a gdy­by tego było mało,  prze­ja­wia jesz­cze skłon­no­ści samo­bój­cze. Pośrod­ku tej sza­lo­nej dwój­ki stoi mat­ka Zofia, czy­li jedy­na w mia­rę nor­mal­na oso­ba, któ­ra ze wszyst­kich sił sta­ra się odga­niać czar­ne chmu­ry, zbie­ra­ją­ce nad rodzi­ną Bek­siń­skich. Moż­na powie­dzieć, że wyko­nu­je syzy­fo­wą pra­cę.

Na pierw­szy rzut oka “Ostat­nia rodzi­na” jest fil­mem o dupie Mary­ni. W zasa­dzie nic się w nim nie dzie­je. Przez dwie godzi­ny oglą­da­my, jak Bek­siń­scy jedzą obiad, oglą­da­ją tele­wi­zję, jeż­dżą win­dą, tudzież roz­ma­wia­ją o mało istot­nych rze­czach, jed­nak jest w tym wszyst­kim coś fascy­nu­ją­ce­go i hip­no­ty­zu­ją­ce­go. Tym czymś są emo­cje pły­ną­ce z ekra­nu — ból, smu­tek, samot­ność, sza­leń­stwo odrzu­ce­nie, bez­rad­ność, tego typu tema­ty. “Ostat­nia rodzi­na” zde­cy­do­wa­nie poru­sza i anga­żu­je. Naj­więk­sza w tym zasłu­ga akto­rów, któ­rzy zagra­li wręcz wybit­nie. Czap­ki z głów dla Andrze­ja Sewe­ry­na i Dawi­da Ogrod­ni­ka za nie­sa­mo­wi­te kre­acje, ale aplauz nale­ży się też Alek­san­drze Koniecz­nej za rolę Zofii. Babecz­ka zna­na dotąd, jako żona Roma­na z Na Wspól­nej, oka­za­ła się nie lada zasko­cze­niem. Powie­dzieć, że krad­nie film to może zbyt wie­le, ale na pew­no bar­dzo dobrze go uzu­peł­nia, dając prze­ciw­wa­gę dla wyci­szo­ne­go Zdzi­sła­wa i wybu­cho­we­go Toma­sza. Kolej­ne pochwa­ły lecą w stro­nę osób odpo­wie­dzial­nych za przy­go­to­wa­nie sce­no­gra­fii. Film dosko­na­le odda­je kli­mat z prze­ło­mu lat 80′ i 90′. Sza­re osie­dla, blo­ki z wiel­kiej pły­ty, szklan­ki w meta­lo­wych koszycz­kach, radia z wiel­gach­ny­mi ante­na­mi, tele­fo­ny sta­cjo­nar­ne i oble­śne meblo­ścian­ki, wszyst­ko się tu zga­dza, napraw­dę dobra robo­ta. Efekt jest na tyle uda­ny, że po fil­mie zasta­na­wia­li­śmy się z Madzią, jakim cudem twór­com uda­ło się stwo­rzyć plan z blo­ko­wi­ska­mi z wiel­kiej pły­ty, któ­re były dopie­ro na eta­pie budo­wy? Prze­cież takich ple­ne­rów już nie ma. Odpo­wiedź zna­la­złem na jutu­bie. Oka­zu­je się, że pol­ski film wsta­je z kolan nie tyl­ko pod wzglę­dem coraz lep­szych sce­na­riu­szy #Smo­leńsk i aktor­stwa, ale też pod wzglę­dem efek­tów spe­cjal­nych. Pamię­ta­cie jak żało­śnie wyglą­dał smok w seria­lo­wym “Wiedź­mi­nie”? To teraz obczaj­cie efek­ty z “Ostat­niej rodzi­ny”. Prze­szli­śmy dłu­gą dro­gę do tego miej­sca, ale war­to było cze­kać. 

Kolej­ne zachwy­ty kie­ru­ję w stro­nę muzy­ki, któ­ra świet­nie potę­gu­je dra­mat roz­gry­wa­ją­cy się na ekra­nie. No i na koniec pochwa­ła dla reży­se­ra, Jana Matu­szyń­skie­go, dla któ­re­go “Ostat­nia rodzi­na” była debiu­tem. Gość zde­cy­do­wa­nie zaczął karie­rę z wyso­kie­go C. Bar­dzo dobre uję­cia, spraw­nie prze­pla­ta mate­ria­łem sty­li­zo­wa­nym na nagra­nia ze sta­rych kamer na kase­ty VHS, a dra­mat rodzi­ny Bekiń­skich pie­czę­tu­je moc­nym fina­łem, któ­ry nik­go nie pozsta­wi obo­jęt­nym. Jestem bar­dzo na tak i na stan­dar­do­we pyta­nie “Iść czy nie iść?”, sta­now­czo odpo­wia­dam iść! i to naj­le­piej jesz­cze dziś. Daję 810. Dał­bym nawet wię­cej, ale osta­tecz­nie uda­ło mi się wyła­pać kil­ka nie­ści­sło­ści. Po pierw­sze błąd chro­no­lo­gicz­ny w wyda­rze­niach. Otóż dosta­je­my sce­nę, w któ­rej Zdzi­sław Bek­siń­ski po śmier­ci żony muru­je ścia­nę na klat­ce przed swo­im miesz­ka­niem. W fil­mie sce­na ta nie ma więk­sze­go sen­su, bo nie jest wytłu­ma­czo­ne dla­cze­go to robi. W rze­czy­wi­sto­ści było tak, że po śmier­ci Toma­sza (a nie Zofii), Zdzi­sław namó­wił sąsiad­kę na zamia­nę miesz­kań. Jej kawa­ler­ka w zamian za miesz­ka­nie pozo­sta­wio­ne po Toma­szu. Kie­dy deal stał się fak­tem, Bek­siń­ski posta­no­wił nie wybu­rzać ścia­ny dzie­lą­cej miesz­ka­nia, a wybu­do­wo­wać nową  i połą­czyć je kory­ta­rzem bie­gną­cym przez klat­kę scho­do­wą. Dru­ga rzecz, któ­ra mi się nie podo­ba­ła to wpro­wa­dze­nie od cza­py nowych posta­ci, mają­cych wpływ na fina­ło­wą sekwen­cję. Z fil­mu nie bar­dzo wyni­ka, kim one są i dla­cze­go są bli­sko Zdzi­sła­wa, tym­cza­sem uza­sad­nie­nie ich obec­no­ści i moty­wa­cji ma klu­czo­we zna­cze­nie dla zro­zu­mie­nia dal­sze­go roz­wo­ju wyda­rzeń. Jeśli, ktoś nie wie, jak poto­czy­ły się losy Zdzi­sła­wa, lepiej niech dalej nie czy­ta, bo będzie SPOILER! Otóż, kie­dy Bek­siń­ski został już sam na świe­cie (RIP Zofia, RIP Tomasz) zaprzy­jaź­nił się z Kazi­mie­rzem Han­dle­rem, kole­siem, któ­ry m.in zbu­do­wał mu ścia­nę łączą­cą miesz­ka­nia oraz wyko­ny­wał drob­ne pra­ce napraw­cze, a w póź­niej­szym cza­sie robił za kie­row­cę i zała­twiał zaku­py. Kazi­mierz czę­sto wpa­dał do Bek­siń­skie­go wraz z żoną i dzieć­mi. I to wła­śnie syn Kazi­mie­rza osta­tecz­nie dopro­wa­dził Zdzi­sła­wa do tra­ge­dii. Mło­dzian wpadł w złe towa­rzy­stwo, gdzie moc­no sie za dłu­żył. Za każ­dy dzień zwło­ki w spła­cie zobo­wią­za­nia, typy spod ciem­nej gwiaz­dy nali­cza­ły mu lichwiar­ski pro­cent, aż łącz­nie zebra­ło się tego 10 tysię­cy zło­tych. Dzie­ciak chcąc prze­rwać tę spi­ra­lę zadłu­że­nia, wpadł na pomysł, żeby poży­czyć pie­nią­dze od Zdzi­sła­wa Bek­siń­skie­go, ucho­dzą­ce­go za boga­cza. Poje­chał do nie­go rano 21 lute­go 2005 roku, jed­nak ich roz­mo­wa nie pooto­czy­ła się zgod­nie z pla­nem. Zdzi­sław gene­ral­nie kazał mu spie­przać i zagro­ził, że zadzwo­ni do ojca, aby opo­wie­dzieć o całej sytu­acji, do cze­go chło­pak nie chciał dopu­scić. Uci­szył Bek­siń­skie­go zada­jąc 17 ran kłu­tych. I wła­śnie dla takich szcze­gó­łów odsy­łam do rewe­la­cyj­nej książ­ki “Bek­siń­scy. Por­tret podwój­ny”. Dopie­ro po jej prze­czy­ta­niu histo­ria sta­nie się kom­plet­na.

A to widziałeś?