popKULTURA

Mission Impossible Fallout- Iść czy nie iść?

09/08/2018
Mission Impossible Fallout

Już w pią­tek do kin wcho­dzi kolej­na odsło­na Mis­sion Impos­si­ble, a wraz z nią, na ekra­ny wra­ca mój ulu­bio­ny scjen­to­log — Tomek Cru­ise. Jeśli dobrze liczę, będzie to już 6 raz, kie­dy agent Jason Ethan Hunt podej­mie się misji rato­wa­nia świa­ta… czy­li ma cał­kiem sro­gi zapie#dol, nie­mal jak John McC­la­ne. A wie­cie ile minę­ło od pre­mie­ry pierw­szej czę­ści? 22 lata! Jup, Tomek Cru­ise był wte­dy zale­d­wie rok star­szy niż ja teraz, urząd pre­mie­ra spra­wo­wał Wło­dzi­mierz Cimo­sze­wicz, Adam Małysz wygry­wał wła­śnie swój pierw­szy kon­kurs w sko­kach, Wisła­wa Szym­bor­ska odbie­ra­ła Nobla, Pol­sat star­to­wał z pro­gra­mem Disco Polo Live, WOŚP grał czwar­ty finał, a na ryn­ku debiu­to­wa­ła Era GSM, czy­li dzi­siej­szy T‑mobile. Szmat cza­su, tym­cza­sem Tomek pra­wie w ogó­le się nie zesta­rzał. Nope, z lica wciąż świe­żyn­ka niczym Krzy­chu Ibisz. Jed­nak co waż­niej­sze, seria Mis­sion Impos­si­ble rów­nież trzy­ma się god­nie i nadal nie daje się fil­mo­wej demen­cji, któ­ra już daw­no dopa­dła Szkla­ną Pułap­kę i Jaso­na Bourne’a . Wiem, bo już oglą­da­łem.

Gene­ral­nie moje uczu­cia do Mis­sion Impos­si­ble są falicz­ne (nie mylić z fal­lu­sem). Pierw­szej czę­ści byłem ultra fanem -> ta sce­na kie­dy Tomek wisi na linie kil­ka cen­ty­me­trów nad zie­mią, a z czo­ła spły­wa mu kro­pla potu, któ­ra może włą­czyć alarm <3, dru­giej dzi­siaj już nie sza­nu­ję aż tak bar­dzo, ale kie­dy debiu­to­wa­ła w kinach, byłem nią abso­lut­nie zaja­ra­ny -> wspi­nacz­ka po ska­łach w sce­nie otwie­ra­ją­cej, wybu­cha­ją­ce oku­la­ry, maski i syn­te­za­to­ry mowy, poje­dy­nek na moto­rach i do tego Metal­li­ca i Limp Biz­kit w sound­trac­ku, no jak nie kochać? Przy trój­ce jakoś mi prze­szło i już nawet nie za bar­dzo koja­rzę, o co w ogó­le w niej cho­dzi­ło, czy­li para­bo­la w dół. Uczu­cia odży­ły przy czwór­ce i kul­to­wej wspi­nacz­ce Tom­ka po Burj Kha­li­fa, po czym zno­wu prze­sta­łem oddzwa­niać i piąt­ki nie obej­rza­łem do dzi­siaj. W zasa­dzie myśla­łem, że to będzie już stan per­ma­nent­ny, wtem kil­ka­na­ście tygo­dni temu, zoba­czy­łem pierw­sze fot­ki z pla­nu szó­stej czę­ści, następ­nie dotar­ły do mnie plot­ki, że Tomek Cru­ise chciał zagrać wszyst­kie sce­ny kaska­der­skie sam i pod­czas jed­nej spie­przył się z budyn­ku,  skrę­ca­jąc przy oka­zji kost­kę i dopro­wa­dza­jąc do wstrzy­ma­nia zdjęć na 8 tygo­dni. A jesz­cze póź­niej ujrza­łem zdję­cie Hen­re­go Cavil­la (Super­man) z wąsem i to był wła­śnie ten moment, kie­dy coś mi się prze­sta­wi­ło w gło­wie, i z wypie­ka­mi na twa­rzy zaczą­łem wycze­ki­wać pre­mie­ry… a w zasa­dzie przed­pre­mie­ry (nawet nie macie poję­cia ile musia­łem wysłać maili z ofer­tą odda­nia się, w zamian za wej­ściów­kę na pokaz dzien­ni­kar­ski. Spo­iler: Dużo. Spo­iler 2: Uda­ło się, dosta­łem).

Mission Impossible Fallout

Mission Impossible Fallout- o czym to?

Jak zwy­kle Tomek dosta­je misję nie­moż­li­wą, w któ­rej musi powstrzy­mać ter­ro­ry­stów przed stwo­rze­niem bom­by ato­mo­wej i wysa­dze­niem świa­ta. Sma­czek jest taki, że tym razem ter­ro­ry­sta­mi są ex agen­ci, czy­li swe­go cza­su ziom­ki Tom­ka. Tomek stan­dar­do­wo podej­mu­je się zada­nia, cho­ciaż wyjąt­ko­wo nie sam, bo wbrew jego woli, przy­dzie­la­ją mu part­ne­ra w oso­bie Hen­re­go Cavil­la. Póź­niej robi się już tak zawi­le, że nie jestem w sta­nie wam tego sen­sow­nie stre­ścić. Skup­my się raczej na kwe­stii, czy war­to sobie zawra­cać gło­wę Fal­lo­utem i iść do kina?

Mission Impossible Fallout- Iść czy nie iść?

Otóż war­to. Dosta­łem dokład­nie to, na co cze­ka­łem, czy­li 2,5 godzi­ny wypeł­nio­ne roz­wał­ką i nie­spo­dzie­wa­ny­mi zwro­ta­mi akcji. Było wszyst­ko to, co tygry­sy lubią naj­bar­dziej — pości­gi, bój­ki, strze­la­ni­ny, wybu­cha­ją­ce heli­kop­te­ry, roz­bra­ja­nie bom­by z tyka­ją­cym zega­rem i oczy­wi­ście maski i syn­te­za­to­ry mowy. Aaaa i Tomek jak zwy­kle bie­gnie sprin­tem przez mia­sto. Wia­do­mix, że taka sce­na musia­ła się zna­leźć. Do tego wido­wi­sko­we zdję­cia Pary­ża, Lon­dy­nu i zimo­we­go Kasz­mi­ru, któ­ry tak napraw­dę jest Nową Zelan­dią i Nor­we­gią.

Mission Impossible Fallout

Pod wzglę­dem wizu­al­nym, nowy MI to maj­stersz­tyk, zwłasz­cza w sekwen­cjach sko­ku ze spa­do­chro­nem i mor­do­bi­cia w męskim sza­le­cie. Nie­zły jest też sce­na­riusz, któ­ry krę­ci widzem, jak Rafał Brzo­zow­ski kołem for­tu­ny. Od pew­ne­go momen­tu za cho­le­rę nie wia­do­mo, kto jest dobry, a kto zły, ani czy Tom­ko­wi  wła­śnie posy­pał się cały plan, czy może jed­nak to jeden z jego ele­men­tów. Spo­ko jest też pod wzglę­dem aktor­skim. Wia­do­mo, że to „tyl­ko” block­bu­ster i na kre­ację a’la Adrien Bro­dy w „Pia­ni­ście” nie ma co liczyć, a jed­nak na eki­pę zło­żo­ną z Tom­ka Cru­isa, Simo­na Peg­ga i Vin­ga Rha­me­sa zawsze przy­jem­nie popa­trzeć. W Fal­lo­ucie dodat­ko­wo wspie­ra­ją ich Alec Bal­dwin (jak wino, im star­szy tym lep­szy) oraz wcze­śniej wspo­mnia­ny Hen­ry Cavill, któ­ry udo­wad­nia, że jed­nak coś tam zagrać potra­fi, a drew­nia­ny Super­man to wina sła­be­go sce­na­riu­sza i nie­udol­no­ści pro­du­cen­tów z DC Comics. No i to epic­kie wąsi­sko <3

To teraz z innej mań­ki, czy MI: Fal­lo­ut ma jakieś minu­sy? Jup, jest bez­den­nie absur­dal­ny, żeby nie powie­dzieć głu­pi. Ale, ale, to nie jest ten rodzaj fil­mu, któ­ry powo­du­je, że bijesz się z otwar­tej w czo­ło, mru­cząc pod nosem: „Japrdl, ale żena­da”. Nope, to jest ten sam poziom prze­gię­cia, któ­ry noto­rycz­nie ser­wu­je seria „Szyb­kich i Wście­kłych”. Wiesz, że to bzdu­ra, ale i tak z uśmie­chem bie­rzesz to na kla­tę, bo w wyko­na­niu aku­rat tej kon­kret­nej eki­py, wypa­da to cał­kiem uro­czo i sym­pa­tycz­nie. Tak więc MI:Fallout wad nie ma. W kate­go­rii fil­mów, przy któ­rych wyłą­czasz mózg i chcesz, żeby po pro­stu Cię roze­rwa­ły, 810. Ten sam poziom funu, co przy Ghost Pro­to­col. Jak dla mnie Tomek uczci­wie zapra­co­wał na każ­de­go dolca z gaży i śmia­ło może rato­wać świat po raz siód­my.  

A to widziałeś?