popKULTURA

Kocham, lubię, szanuję, czyli bliskie mi książki

11/01/2015

W ostat­nim cza­sie kil­ku­krot­nie zda­rzy­ło się, że zosta­łem popro­szo­ny o pole­ce­nie “jakiejś” książ­ki. Tak się skła­da, że prze­czy­ta­łem w życiu kil­ka pozy­cji god­nych zare­ko­men­do­wa­nia, ale nie­ste­ty pamięć mam jak zło­ta ryb­ka i zazwy­czaj, kie­dy ktoś mnie pyta z zasko­cze­nia, część tytu­łów mi ucie­ka. Wykom­bi­no­wa­łem, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie uło­że­nie moich “naj” ksią­żek w jed­ną play­li­stę i odsy­ła­nie do niej wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych, co też wła­śnie czy­nię. Jedzie­my.

 

Kocham

Fol­wark Zwie­rzę­cy”, Geo­r­ge Orwell — ponad­cza­so­wa książ­ka, któ­rą prze­czy­ta­łem dobre kil­ka razy, jesz­cze kil­ka prze­słu­cha­łem w audio­bo­oku, a do tego dorzu­ci­łem ekra­ni­za­cję fil­mo­wą. Jest abso­lut­nie genial­na. Uka­zu­je mecha­nizm dzia­ła­nia tota­li­ta­ry­zmu na przy­kła­dzie zwie­rząt hodow­la­nych, któ­re wygna­ły ludzi i same zaczę­ły rzą­dzić fol­war­kiem. Puen­ta jest taka, że każ­da rewo­lu­cja koń­czy się tak samo: “zwie­rzę­ta w ogro­dzie patrzy­ły to na świ­nię, to na czło­wie­ka, potem znów na świ­nię i na czło­wie­ka, ale nikt już nie mógł się poła­pać, kto jest kim”. “Fol­wark zwie­rzę­cy” zde­cy­do­wa­nie powi­nien być obo­wiąz­ko­wą lek­tu­rą szkol­ną. Nie wiem jak jest obec­nie, ale za moich cza­sów nie był.

 
“Ojciec chrzest­ny”, Mario Puzo — naj­lep­sza i naj­słyn­niej­sza powieść gang­ster­ska ever. Mario Puzo prze­no­si nas do Nowe­go Jor­ku rzą­dzo­ne­go przez sycy­lij­skie rodzi­ny mafij­ne, z Don Vito Cor­le­one na cze­le, dla któ­rych naj­waż­niej­szy­mi war­to­ścia­mi są sza­cu­nek i lojal­ność, ale w wal­ce o wła­dzę, wpły­wy i pie­nią­dze, nie cofa­ją się przed prze­mo­cą i bru­tal­ny­mi mor­der­stwa­mi, a za każ­dą krzyw­dę wyrzą­dzo­ną rodzi­nie, odpo­wia­da­ją odwe­tem. Trzy­ma­ją­ca w napię­ciu fabu­ła, bły­sko­tli­wa nar­ra­cja, dosko­na­le nakre­ślo­ne posta­ci, genial­ny kli­mat, koń­ski łeb i can­no­li. Pozy­cja obo­wiąz­ko­wa. Ekra­ni­za­cja fil­mo­wa rów­nie dosko­na­ła.

 
Twór­czość Janu­sza A. Zaj­dla — tu wyjąt­ko­wo autor a nie tytuł, bo wszyst­ko, co napi­sał jest abso­lut­nie genial­ne. Trzy rze­czy w życiu są pew­ne — śmierć, podat­ki i to, że zacznę mole­sto­wać ludzi tek­sta­mi w sty­lu “a czy­ta­łeś Zaj­dla?”, kie­dy temat zej­dzie na książ­ki. Czap­ki z głów za cało­kształt, a szcze­gól­nie za “Limes infe­rior”, “Cylin­der van Trof­fa” i “Para­dy­zję”. Twór­czość Zaj­dla ma dwa obli­cza. Pierw­sze to histo­rie, któ­re rów­nie bły­sko­tli­wie jak u Orwel­la, omi­nę­ły cen­zu­rę i prze­my­ci­ły kry­ty­kę tota­li­tar­nych ustro­jów poli­tycz­nych. Dru­gie to bar­dzo dobre sci-fi ze wstaw­ka­mi nauko­wy­mi, któ­re są tak cie­ka­wie i przy­stęp­nie opi­sa­ne, że chce się wię­cej. Nikt nie wytłu­ma­czy Ci tak dobrze, jak Zaj­del, czym jest efekt Corio­li­sa. Gdy­by Zaj­del uczył mnie fizy­ki w pod­sta­wów­ce, praw­do­po­dob­nie skoń­czył­bym poli­bu­dę. Nie­ste­ty, kie­dy pozna­łem jego twór­czość było już po pto­kach. Tutaj ukło­ny w stro­nę moje­go bra­ta, któ­ry zagro­ził, że spu­ści mi łomot, jeśli nie wezmę na warsz­tat twór­czo­ści pana Janu­sza. Na jego obro­nę mogę powie­dzieć, że wcze­śniej pró­bo­wał po dobro­ci, ale kie­dy zaja­wił lek­ko tema­ty­kę, nazy­wa­łem go ner­dem i kaza­łem się gonić. #mło­dość #buta #ingo­ran­cja #słu­chaj­cie­sta­ry­szych

 
“Saga o Wiedź­mi­nie”, Andrzej Sap­kow­ski — czy jest na sali ktoś, kto nigdy nie sły­szał o Geral­cie z Rivii? Pogrom­cy strzyg, wiwer, endriag, wil­ko­ła­ków i skur­wy­sy­nów? O Wiedź­mi­nie, któ­ry musiał zmie­rzyć się z wła­snym prze­zna­cze­niem? Jeśli tak, to jedy­ną oko­licz­no­ścią łago­dzą­cą jest fakt, że wła­śnie wybu­dzi­łeś się z wie­lo­let­niej śpiącz­ki. “Saga o Wiedź­mi­nie” to naj­lep­sza rzecz jaka kie­dy­kol­wiek zosta­ła napi­sa­na w naszym kra­ju. Nie­sa­mo­wi­ta przy­go­da w świe­cie fan­ta­sy, wyra­zi­ste posta­ci, bły­sko­tli­we dia­lo­gi, nie­ba­nal­ny humor. Abso­lut­ny lider jeśli cho­dzi o ilość zapi­sa­nych cyta­tów na moim kun­dlu. Wciąż wie­rzę, że HBO zro­bi kie­dyś serial na pod­sta­wie sagi, a tym­cza­sem cze­ka­my na film w reży­se­rii Toma­sza Bagiń­skie­go. Pierw­szą ekra­ni­za­cję wyrzu­ca­my z pamię­ci. To było zło­oooo.

 
“Lot nad kukuł­czym gniaz­dem”, Ken Kesey — kla­sy­ka świa­to­wej lite­ra­tu­ry. Nie­po­kor­ny szu­ler, dziw­karz i awan­tur­nik, Ran­dle McMur­phy, symu­lu­je cho­ro­bę psy­chicz­ną, aby unik­nąć odsiad­ki w wię­zie­niu. Tra­fia do wariat­ko­wo­wa, gdzie ani przez chwi­lę nie pla­nu­je dosto­so­wać się do obo­wią­zu­ją­cych reguł. Bun­tu­je pozo­sta­łych pacjen­tów, co cał­ko­wi­cie para­li­żu­je pra­cę pla­ców­ki zarzą­dza­nej przez sady­stycz­ną Sio­strę Oddzia­ło­wą. Posta­wa McMur­phey­go zmie­nia się dopie­ro w momen­cie, kie­dy docie­ra do nie­go, że wol­no­ści odzy­ska tyl­ko wte­dy, gdy per­so­nel, któ­re­mu tak bar­dzo zaszedł za skó­rę, uzna go za wyle­czo­ne­go. Gdy­by nie oba­wa, że zabrzmi to gejow­sko, napi­sał­bym, że “Lot nad kukuł­czym gniaz­dem” to wspa­nia­ła zaje­bi­sta opo­wieść o wol­no­ści, bun­cie i przy­jaź­ni. Tak się zło­ży­ło, że przy oka­zji jest to już kolej­na książ­ka z listy, któ­ra docze­ka­ła się świet­nej ekra­ni­za­cji. Jack Nichol­son w roli McMur­phey­’e­go poza­mia­tał, a Sio­stra Oddzia­ło­wa w wyko­na­niu Louise Flet­cher, to jeden z bar­dziej pamięt­nych czar­nych cha­rak­te­rów w histo­rii kina.

 
“Pan lodo­we­go ogro­du”, Jaro­sław Grzę­do­wicz — a gdy­by tak śre­dnio­wiecz­ne­go ryce­rza wypo­sa­żyć w zdo­by­cze naj­now­szej tech­ni­ki? Vuko Drak­ka­inen, pół polak, pół fin, w dodat­ku wycho­wa­ny w Chor­wa­cji, zosta­je wysła­ny na pla­ne­tę Mid­ga­ard, gdzie ma odszu­kać naukow­ców zagi­nio­nych pod­czas pro­wa­dze­nia misji badaw­czej. Mid­ga­ard roz­wo­jo­wo jest na eta­pie śre­dnio­wie­cza, nato­miast Vuko bli­żej do Neo z Matrik­sa. Na zie­mi prze­szedł spe­cjal­ne szko­le­nia bojo­we, a gdy­by to wciąż nie wystar­cza­ło, w gło­wie ma wsz­cze­pio­ne­go cyfra­la, paso­żyt­ni­cze­go grzy­ba przy­spie­sza­ją­ce­go reak­cje orga­ni­zmu i uspraw­nia­ją­ce­go mózg, czy­li jest na więk­szym dopin­gu niż Lan­ce Arm­strong na Tour de Fran­ce. Szu­ka­jąc bada­czy, Vuko wpad­nie w nie­jed­no guano i nie raz cyfral ura­tu­je mu dupę. Pomysł i wyko­na­nie rześ­kie. “Pan lodo­we­go ogro­du” to dru­ga naj­waż­niej­sza pol­ska saga fan­ta­sy i kolej­ny goto­wy mate­riał na seria­lo­wy hit dla HBO.

 
“Złap mnie jeśli potra­fisz”, Frank Wil­liam Aba­gna­le, Stan Red­ding — kto widział film z DiCa­prio ten wie, o co cho­dzi. Praw­dzi­wa histo­ria Fran­ka Aba­gna­le­’a, któ­ry kradł kasę i kan­to­wał wiel­kie kor­po­ra­cje, zanim w ogó­le Wilk z Wall Stre­et nauczył się korzy­stać z noc­ni­ka. W dodat­ku robił to tak kre­atyw­nie i sty­lo­wo, że zamiast go potę­piać, trzy­ma się za nie­go kciu­ki. Może i nie jest to naj­wy­bit­niej­sza książ­ka ever, ale who cares? Mam do niej sła­bość, bo zaje­bi­ście zazdrosz­czę Fran­ko­wi życio­ry­su i podzi­wiam za fan­ta­zję, nawet jeśli poło­wa opi­sa­nych wyda­rzeń to buj­da na reso­rach.

 
“Dal­las ‘63”, Ste­phen King — wie­lu hej­tu­je “Dal­las” twier­dząc, że jest to nie­uda­ny eks­pe­ry­ment Kin­ga z nowym gatun­kiem lite­rac­kich. Cóż, dla mnie to była uczta. Głów­ny boha­ter korzy­sta­jąc z tajem­ni­cze­go por­ta­lu, cofa się w cza­sie do roku 1958, gdzie pró­bu­je nie dopu­ścić do zama­chu na pre­zy­den­ta Joh­na F. Ken­ne­dy­’e­go. Książ­ka jest gru­ba jak Gry­can­ka, akcja momen­ta­mi stoi w miej­scu jak ruch na auto­stra­dzie A1 w środ­ku lip­ca, ale kli­mat jest tak hip­no­ty­zu­ją­cy, że nie mogłem się ode­rwać. King świet­nie przy­bli­ża czy­tel­ni­kom kolo­ryt Sta­nów Zjed­no­czo­nych z lat ’60 i oko­licz­no­ści zama­chu na Ken­ne­dy­’go, a do tego mamy motyw podró­ży w cza­sie oraz kon­se­kwen­cje, jakie powsta­ją w przy­szło­ści, gdy “grze­bie się” w prze­szło­ści. Lek­tu­ra cud mali­na.

 
“Cykl ksią­żek o Hani­bal­lu Lec­te­rze”, Tho­mas Hariss — Tho­ma­sa Haris­sa trze­ba sza­no­wać, bo jest auto­rem, któ­ry dał świa­tu postać Hani­bal­la Lec­te­ra i pośred­nio, dosko­na­ły film “Mil­cze­nie owiec”. Cykl ksią­żek o kani­ba­lu — Hani­bal­lu poko­cha­łem jesz­cze za cza­sów liceum i do dzi­siaj jest dla mnie punk­tem odnie­sie­nia w kate­go­rii “thril­ler”. Trzy­ma­ją­ce w napię­ciu fabu­ły, moc­ne posta­ci i bły­sko­tli­we dia­lo­gi. Histo­ria o seryj­nym mor­der­cy, któ­ry ludz­kie mię­so popi­ja kie­lisz­kiem Chian­ti to nie w kij dmu­chał. Tak się kuź­wa pisze książ­ki, a nie jakieś pier­do­lo­lo o bro­ka­to­wych wam­pi­rach. Chy­ba zno­wu wezmę Haris­sa na warsz­tat. Oczy­wi­ście odsy­łam rów­nież do fil­mów z genial­ną kre­acją Antho­ny­’e­go Hop­kin­sa w roli Hani­bal­la Lec­te­ra.

 

Lubię

 
“Grin­go wśród dzi­kich ple­mion”, Woj­ciech Cej­row­ski — Cej­row­skie­go moż­na nie lubić za bez­kom­pro­mi­so­we biczo­wa­nie “lewac­twa” (moż­na go też za to lubić jesz­cze bar­dziej), ale trze­ba mu oddać, że w kwe­stii publi­cy­sty­ki podróż­ni­czej wymia­ta. Poza genial­nym cyklem doku­men­tal­nym “Boso przez świat”, ma też w CV kil­ka uda­nych ksią­żek, a wśród nich mój fawo­ryt, “Grin­go wśród dzi­kich ple­mion”. “Grin­go” to nie­sa­mo­wi­cie lek­ka w odbio­rze, sar­ka­stycz­no-iro­nicz­na opo­wieść o życiu dzi­kich ple­mion. Jej siła tkwi w cel­nym wypunk­to­wa­niu róż­nić w poj­mo­wa­niu i odbio­rze rze­czy­wi­sto­ści przez “bia­łych” i “dzi­kich”. Absur­dy jak w “Misiu”. Nie bra­ku­je też aneg­do­tek, przy któ­rych zda­rzy­ło mi się publicz­nie par­sk­nąć śmie­chem #ztm. Ta typo­wa dla Cej­row­skie­go non­sza­lan­cja w nar­ra­cji, zde­cy­do­wa­nie do mnie prze­ma­wia. Gdy­by Cej­row­ski uczył mnie geo­gra­fii w pod­sta­wów­ce, dzi­siaj pew­nie był­bym naczel­nym Natio­nal Geo­gra­phic.

Cie­ka­wost­ka: Wie­dzie­li­ście, że Cej­row­ski był mężem Paw­li­kow­skiej? Dopó­ki Beata sie­dzia­ła w kuch­ni, wszyst­ko było cacy. Nie­ste­ty pozaz­dro­ści­ła Wojt­ko­wi zaje­bi­sto­ści i posta­no­wi­ła, że też napi­sze książ­kę. Po dru­gim roz­dzia­le Cej­row­ski zło­żył pozew roz­wo­do­wy i dał nogę do Mek­sy­ku.

 
“Zdol­ny uczeń”, Ste­phen King — King po raz dru­gi, ale tym razem w for­mie opo­wia­da­nia. Nasto­la­tek odkry­wa, że na jego uli­cy miesz­ka hitle­row­ski zbrod­niarz, ukry­wa­ją­cy się pod zmie­nio­nym nazwi­skiem. Nie wyda­je go poli­cji, ale “wspól­nej tajem­ni­cy” uży­wa do szan­ta­żu i zmu­sza star­sze­go czło­wie­ka do dzie­le­nia się wspo­mnie­nia­mi z cza­sów woj­ny. Począt­ko­wa cie­ka­wość nasto­lat­ka prze­ra­dza się w nie­zdro­wą fascy­na­cję nazi­zmem, a do byłe­go ofi­ce­ra “SS” wra­ca­ją demo­ny prze­szło­ści, o któ­rych przez lata pró­bo­wał zapo­mnieć. Moc­na opo­wieść o utra­cie empa­tii i czło­wie­czeń­stwa, któ­ra docze­ka­ła się rów­nie uda­nej ekra­ni­za­cji, z lek­ko pod­ra­so­wa­nym tytu­łem, “Uczeń sza­ta­na”. W roli eme­ry­to­wa­ne­go SS-mana wystą­pił Gan­dalf, czy­li Ian McKel­len. Opo­wia­da­nie znaj­dzie­cie w zbio­rze “Czte­ry pory roku”, któ­ry zawie­ra rów­nież “Ska­za­nych na Shaw­shank”.

 
“Mar­sja­nin”, Andy Weir — histo­ria astro­nau­ty, któ­ry w wyni­ku wypad­ku zosta­je sam na Mar­sie i musi cze­kać aż 4 lata na pomoc, dys­po­nu­jąc przy tym tyl­ko rocz­ny­mi zapa­sa­mi żyw­no­ści. Przed nim spo­ry pro­blem, czy­li prze­trwa­nie nad­pro­gra­mo­wych 3 lat. Zale­ty: bar­dzo cie­ka­wy pomysł, lek­kie pió­ro, dużo smacz­ków nauko­wych poda­nych w przy­stęp­nej for­mie i nie­prze­cięt­ne poczu­cie humo­ru. Książ­ka war­ta pole­ce­nia nawet jeśli widzia­ło się film i ma się co do nie­go mie­sza­ne uczu­cia. Tu i tu dosta­je­my zupeł­nie inny kli­mat. Wię­cej o książ­ce pisa­łem tu klik!

 
“Tor­til­la flat”, John Ste­in­beck — nie potra­fię wytłu­ma­czyć dla­cze­go wła­ści­wie lubię tę książ­kę, ale jakimś cudem sie­dzi mi w gło­wie, odkąd ją prze­czy­ta­łem. Opo­wia­da o włó­czy­ki­ju Dan­nym i grup­ce jego przy­ja­ciół, lek­ko­du­chach gar­dzą­cych pra­cą, któ­rzy każ­dy dzień spę­dza­ją na leże­niu, zale­ca­niu się do zamęż­nych babek i piciu wina lub kom­bi­no­wa­niu jak owe wino zdo­być. Jest to pro­sta histo­ria o wol­no­ści, napi­sa­na w bar­dzo dobrym sty­lu, z lek­kim humo­rem i “nie­ty­po­wym” sys­te­mem war­to­ści głów­nych boha­te­rów. Po pro­stu lubię.

 
“Cykl inkwi­zy­tor­ski”, Jacek Pie­ka­ra — seria ksią­żek, w któ­rych głów­nym boha­te­rem jest Inkwi­zy­tor Jego Eks­ce­len­cji bisku­pa Hez-Hezro­nu, Mor­di­mer Mad­der­din. W mojej opi­nii jest to dru­gi, zaraz po Geral­cie z Rivii, naj­lep­szy książ­ko­wy boha­ter ever i wła­śnie w tej posta­ci tkwi siła ksią­żek. Mor­di­mer uwa­ża się za czło­wie­ka gor­li­wej wia­ry i gorą­ce­go ser­ca, Słu­gę Boże­go, Młot na cza­row­ni­ce i Miecz w rękach Anio­łów. Jest czło­wie­kiem inte­li­gent­nym, spryt­nym, sumien­nie wyko­nu­ją­cym swo­je obo­wiąz­ki i pozor­nie skrom­nym, ale kie­dy nikt nie patrzy, kup­czy i mata­czy lepiej niż pol­scy poli­ty­cy, z tą róż­ni­cą, że do wszyst­kie­go potra­fi dopo­wie­dzieć dobre wytłu­ma­cze­nie. Fabu­lar­nie seria prze­ży­wa wzlo­ty i upad­ki, ale pod wzglę­dem dia­lo­gów i nie­kon­wen­cjo­nal­nych roz­wią­zań kolej­nych śledztw Mor­di­me­ra, nie ma sobie rów­nych. Pole­cam rów­nież w audio­bo­oku.

 
“Kłam­ca”, Jakub Ćwiek — lek­tu­ra łatwa, lek­ka i przy­jem­na, w któ­rej autor peł­ny­mi gar­ścia­mi czer­pie z popkul­tu­ry, mitów i reli­gii, a następ­nie wszyst­kie te skład­ni­ki wrzu­ca do blen­de­ra, dopra­wia sar­ka­stycz­nym humo­rem i mik­su­je jak­by był pie­przo­nym Davi­dem Guet­tą. Głów­nym boha­te­rem jest Loki (tak, brat Tho­ra), patron oszu­stów i zdraj­ców, któ­ry przy­po­mi­na tro­chę “Mło­de wil­ki” z “Kil­le­rów dwóch”, czy­li jak trze­ba to wymu­si okup, ścią­gnie haracz i jeb­nie ze łba, ale głów­nie wyko­nu­je brud­ną robo­tę dla anio­łów, wkra­cza­jąc do akcji, kie­dy trze­ba odstrze­lić jakie­goś poga­ni­na. Dobry humor, lek­kie pió­ro i faj­na zaba­wa kon­wen­cją. Ide­al­na do czy­ta­nia w auto­bu­sie.

 
“Gra Ende­ra”, Orson Scott Card — jed­na z naj­lep­szy ksią­żek ever w gatun­ku sci-fi, o czym może świad­czyć wie­le pre­sti­żo­wych nagród. Akcja roz­gry­wa się w odle­głej przy­szło­ści. Nad Zie­mią wisi wizja zagła­dy z powo­du woj­ny pro­wa­dzo­nej z obcą cywi­li­za­cją (roba­li). Jedy­ną nadzie­ją dla ludz­ko­ści jest Ender, mło­dy, nie­prze­cięt­nie inte­li­gent­ny chło­piec, któ­ry prze­cho­dzi spe­cja­li­stycz­ne szko­le­nie, aby pokie­ro­wać ziem­ski­mi siła­mi w decy­du­ją­cym star­ciu z kosmicz­ny­mi roba­la­mi. Wiem, wiem, z opi­su zapo­wia­da się więk­szy kicz niż “Power Ran­gers”, ale to tyl­ko złu­dze­nie. Książ­ka wymia­ta i przy oka­zji jest jak Shrek i cebu­la — ma war­stwy, w któ­rych ukry­tych jest wie­le smacz­ków. “Ender” docze­kał się tez ekra­ni­za­cji fil­mo­wej z Har­ri­so­nem For­dem w jeden z ról, ale dupy nie ury­wa. Książ­ka znacz­nie lep­sza.

 
“Mil­le­nium”, Stieg Lars­son — kul­to­wa try­lo­gia, któ­ra ostat­nio zosta­ła wzbo­ga­co­na o czwar­tą cześć, napi­sa­ną przez auto­ra “z dru­gie­go tło­cze­nia”. Ja odno­szę się tyl­ko do ory­gi­nal­nych trzech tomów. Na wstę­pie muszę powie­dzieć, że śred­nio jaram się skan­dy­naw­ski­mi kry­mi­na­ła­mi, jak dla mnie wszyst­kie są iden­tycz­ne, ale “Mil­le­nium” to napraw­dę kawał solid­nej lek­tu­ry. Żeby zbu­do­wać taką intry­gę, tyle powią­zań i zwro­tów akcji, trze­ba (było) mieć łeb jak sklep. Nie podej­mu­ję się nawet zaja­wie­nia fabu­ły, bo wąt­ków jest tak dużo, że nie skoń­czył­bym do jutra. Po pro­stu lek­tu­ra do bra­nia w ciem­no. Jest tajem­ni­ca, śmierć, szan­ta­że, prze­moc fizycz­na, mole­sto­wa­nie, ata­ki hac­ker­skie, śledz­two, brud­ny szmal, służ­by wywia­dow­cze, trój­ką­ty i cyc­ki. Jest wszyst­ko.

 
“Pieśń lodu i ognia”, George’a R.R. Mar­tin — kul­to­wa saga, któ­rej seria­lo­wa ekra­ni­za­cja, “Gra o tron”, pod­bi­ła milio­ny serc na całym świe­cie, a w Pol­sce to już w ogó­le poza­mia­ta­ła. Podob­no zaj­mu­je­my dru­gie miej­sce na świe­cie pod wzglę­dem pira­ce­nia tego tytu­łu #całe­ży­cie­dru­gi. “Pieśń lodu i ognia” to epic­ka opo­wieść o kró­lach, rycer­zach, kur­wach i zło­dzie­jach, prze­peł­nio­na bru­tal­ny­mi mor­der­stwa­mi, pikant­ny­mi orgia­mi, poli­tycz­ny­mi sza­cha­mi, ostry­mi jak brzy­twa dia­lo­ga­mi i nagły­mi zwro­ta­mi akcji. Boha­te­rów są dzie­siąt­ki, ale nie war­to się do nich zbyt­nio przy­wią­zy­wać, bo Geo­r­ge Mar­tin prę­dzej czy póź­niej i tak wszyst­kich uśmier­ci. Saga dłu­go była w dzia­le “kocham”, ale nie­ste­ty zali­czy­ła spa­dek do “lubię”, kie­dy gdzieś w oko­li­cach 6 tomu stra­ci­ła impet i zaczę­ła ostro męczyć bułę, mimo to wciąż zasłu­gu­je na reko­men­da­cję.

 
Ste­ve Jobs, Wal­ter Isa­ac­son — nie jestem fanem Apple, cho­ciaż nie moż­na powie­dzieć, że nie pró­bo­wa­łem. Mia­łem kie­dyś iPho­ne­’a, ale ten zamknię­ty sys­tem tak mnie wkur­wiał, że pra­wie wyrzu­ci­łem go przez okno, z resz­tą to samo prze­ra­biam, kie­dy pró­bu­ję zdzia­łać coś na Madzi Macu. Nie, po pro­stu to nie moja baj­ka. Mimo to, bio­gra­fię Job­sa uwa­żam za naj­lep­szą, jaką kie­dy­kol­wiek czy­ta­łem. Jej siłą jest fakt, że poza chro­no­lo­gicz­nym przy­to­cze­niem kolej­nych losów, dosko­na­le rysu­je przed czy­tel­ni­kiem cha­rak­ter sza­leń­stwo Job­sa. Nie jest to laur­ka, wręcz prze­ciw­nie, w więk­szo­ści czy­ta­my o jego ciem­nej stro­nie. Napraw­dę kawał solid­nej lek­tu­ry o nie­tu­zin­ko­wym czło­wie­ku, któ­ry poza stwo­rze­niem bez­na­dziej­ne­go sprzę­tu #tro­lo­lo­lo, doło­żył cegieł­kę do cudow­ne­go pro­jek­tu, jakim bez wąt­pie­nia jest Pixar. Za to sza­cun.

 

Sza­nu­ję

 
“Nie tyl­ko w Ravens­bruck”, Michał Pio­trow­ski — teraz lecę nepo­ty­zmem jak “czło­nek” PSL‑u, bo tak się skła­da, że książ­ka jest autor­stwa moje­go śp. wuj­ka, ale ani tro­chę nie umniej­sza to jej war­to­ści histo­rycz­nej. W cza­sie II woj­ny świa­to­wej wujek brał udział w obro­nie War­sza­wy, a po kapi­tu­la­cji dołą­czył do ruchu opo­ru. W wie­ku 17 lat został aresz­to­wa­ny przez gesta­po, któ­re ode­sła­ło go pierw­szym war­szaw­skim trans­por­tem do KL Auschwitz. Stam­tąd prze­no­szo­no go kolej­no do obo­zów w Neu­en­gam­me, Ravens­bruck i Sachen­hau­sen. 2 maja 1945 roku został wyzwo­lo­ny przez woj­ska ame­ry­kań­skie. Książ­ka jest zbio­rem wstrzą­sa­ją­cych wspo­mnień z lat spę­dzo­nych w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Moc­ny mate­riał.

 
“Czy­ta­dła” Dana Brow­na — seria ksią­żek, gdzie głów­nym boha­te­rem jest histo­ryk Robert Lang­don, któ­ry w każ­dej czę­ści obo­wiąz­ko­wo musi się wpier­do­lić w sam śro­de­czek spi­sku maso­nów i ilu­mi­na­tów (bo to dwie róż­ne dru­ży­ny, praw­da?). Lek­tu­ry Dana Brow­na z jed­nej stro­ny są naiw­ne i prze­peł­nio­ne bul­l­shi­tem, ale rów­no­cze­śnie mega wcią­ga­ją­ce i lek­kie w odbio­rze. Czy­ta się jed­nym tchem i trze­ba je doce­nić za szcze­gó­ło­wy rese­arch histo­rycz­ny (zawsze spraw­dzam w necie, czy mnie nie wkrę­ca). Nie jest to pisar­skie mistrzo­stwo świa­ta, ale dosko­na­le się spraw­dza jako chwi­la odde­chu mię­dzy kolej­ny­mi tysiąc+ stro­ni­co­wy­mi kni­ga­mi fan­ta­sy. Nic mniej, nic wię­cej. BTW: Dan Brown stwo­rzył postać bla­de­go popa­prań­ca zanim sta­ło się to mod­ne #Edward

 
“Ja, Ozzy”, Ozzy Osbo­ur­ne, Chris Ayres — (auto)biografia woka­li­sty kul­to­we­go Black Sabath, iko­ny i legen­dy roc­ka. W środ­ku mnó­stwo tzw. “mię­cha” i zabaw­nych aneg­do­tek. Ozzy, że tak powiem, nie pier­do­li się w tań­cu i wykła­da na ławę wszyst­ko, co ma. Są opi­sy orgii z fan­ka­mi, oko­licz­no­ści słyn­ne­go odgry­zie­nia gło­wy nie­to­pe­rza, eks­ce­sy nar­ko­ty­ko­we i kuli­sy powsta­wa­nia jego naj­więk­szych hicio­rów. Bio­gra­fia kom­plet­na. Jed­na z lep­szych jakie w życiu czy­ta­łem i auten­tycz­nie zabaw­na.

 
“Czy­ta­dła” Joh­na Gri­sha­ma — nie wiem cze­mu, ale mam sła­bość do powie­ści praw­ni­czych spod pió­ra Gri­sha­ma. Spra­wa tym bar­dziej dziw­na, bo jak prze­czy­ta się jed­ną to tak, jak­by prze­czy­ta­ło się wszyst­kie. Zazwy­czaj jego fabu­ły spro­wa­dza­ją się do wal­ki mię­dzy bied­nym praw­ni­kiem z małej kan­ce­la­rii a zastę­pem reki­nów adwo­ka­tu­ry repre­zen­tu­ją­cych boga­tą kor­po­ra­cję. Z góry wia­do­mo jaki będzie finał, ale i tak przy­jem­nie się to czy­ta. Jeśli tra­fi­ła­by mi się jakaś nie­spo­dzie­wa­na podróż i miał­bym na szyb­ko kupić książ­kę na dwor­cu, celo­wał­bym wła­śnie w Gri­sha­ma i to bez spraw­dza­nia okład­ko­wych reko­men­da­cji, bo tam i tak zna­la­zł­bym tyl­ko tekst “naj­lep­sza powieść Gri­sha­ma od cza­sów Fir­my”. Gri­sham to lite­rac­ki pew­niak, któ­ry mimo iż prze­wi­dy­wal­ny, nie scho­dzi poni­żej pew­ne­go pozio­mu. Być może moja sym­pa­tia wyni­ka też z dużej ilo­ści bar­dzo dobrych fil­mów, któ­re powsta­ły na bazie jego ksią­żek, m.in. “Fir­ma”, “Klient”, “Raport Peli­ka­na” i “Czas Zabi­ja­nia”.

 
“Che­mia śmier­ci”, Simon Bec­kett — pierw­sza i zara­zem jedy­na cześć sagi o przy­go­dach antro­po­lo­ga sądo­we­go, Davi­da Hun­te­ra, któ­ra wykra­cza pozio­mem poza prze­cięt­ność. Fabu­ła niczym w “Ojcu Mate­uszu”, czy­li akcja roz­gry­wa się w małej, zabi­tej decha­mi pipi­dó­wie, ale za to trup ście­le się gęsto, jak­by był to co naj­mniej Nowy Jork. Książ­ko­wa poli­cja oka­zu­je się rów­nie bez­rad­na jak ta z naszych ulic, więc w akcje roz­pa­czy, o pomoc w śledz­twie zwra­ca się wła­śnie do dok­to­ra Hun­te­ra, któ­ry godzi się dopie­ro, kie­dy porwa­na zosta­je jego zna­jo­ma. Ele­men­tem odróż­nia­ją­cym “Che­mię śmier­ci” od milio­na innych ksią­żek w tym sty­lu, jest bar­dzo uda­ne przy­bli­że­nie codzien­nej pra­cy antro­po­lo­ga sądo­we­go (książ­ka była wcze­śniej niż serial “Kości”), dużo smacz­ków i intry­ga, któ­ra nie pozwa­la prze­rwać lek­tu­ry zanim nie dowie­my się, kto zabił. Nie­ste­ty kolej­ne tomy to już nie ta liga. Mor­der­cę odga­dy­wa­łem w poło­wie fabu­ły.

 
“Sejf”, Tomasz Sekiel­ski — podob­nie jak sam autor, książ­ka oka­za­ła się duuuużą .….. nie­spo­dzian­ką. Ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy o niej z kum­plem i zgo­dzi­li­śmy się, co do tego, że Sekiel­skie­mu nie uda­ło się stwo­rzyć posta­ci, któ­re zapa­dły­by w pamięć i za któ­re trzy­ma się kciu­ki, ale sam pomysł miał przed­ni i wykre­owa­ny świat też daje radę. Faj­nie, że książ­ko­we loka­li­za­cje mają odnie­sie­nie w rze­czy­wi­sto­ści. Wyda­je się, że pró­bo­wał stwo­rzyć pol­skie “Mil­le­nium” i fak­tycz­nie mamy gru­bą intry­gę zło­żo­ną z kil­ku wąt­ków, któ­re osta­tecz­nie połą­czą się w jed­ną całość, ale z każ­dym kolej­nym tomem, wszyst­ko coraz bar­dziej się roz­jeż­dża i zaczy­na pękać w szwach. Mimo to, pierw­szy tom wspo­mi­nam dobrze, utkwił mi w pamię­ci. Smacz­kiem jest, że nie­któ­rzy boha­te­ro­wi są wyraź­nie wzo­ro­wa­ni na praw­dzi­wych oso­bach z naszej sce­ny dzien­ni­kar­sko-poli­tycz­nej i nie­trud­no zga­dać, o kogo cho­dzi.

 
“Kowal. Praw­dzi­wa histo­ria” / “Sza­mo”, Krzysz­tof Sta­now­ski — dwie książ­ki w jed­nym punk­cie, bo raz, łączy je ten sam autor i dwa, są bar­dzo podob­ne, opo­wia­da­ją o karie­rach eme­ry­to­wa­nych pił­ka­rzy, w zasa­dzie zla­ły mi się w jed­ną całość. W świe­cie poważ­nej lite­ra­tu­ry są tro­chę jak “Ona tań­czy dla mnie” w muzy­ce, ale bio­rę to na kla­tę. Sza­nu­ję je, bo dały mi kil­ka chwil roz­ryw­ki i odmóż­dże­nia. Sta­now­ski ma bar­dzo dobre pió­ro, umie wycią­gnąć od pił­ka­rzy śred­nio inte­re­su­ją­cą aneg­dot­kę i opi­sać ją w taki spo­sób, że cięż­ko nie par­sk­nąć śmie­chem. Poza tym moż­na spo­ro się dowie­dzieć o kuli­sach pol­skie­go spor­tu. Napraw­dę dużo “mię­cha”. Wyli­czan­ki po nazwi­sku, kto się upił, kto się sprze­dał, kto prze­krę­cił. Kika godzin relak­su­ją­cej roz­ryw­ki.

A to widziałeś?