popKULTURA

52 książki w rok #Challenge vol. 2

01/04/2016

Mamy kwie­cień, a ten wpis doty­czy lute­go #Taka­Sy­tu­acja. Przez urlop nazbie­ra­ło mi się tro­chę zale­gło­ści, ale osta­tecz­nie lepiej póź­no niż wca­le, co nie? Zanim przej­dzie­my do sed­na przy­po­mi­nam, że cykl “52 książ­ki w rok” to moja publicz­na pró­ba dotrzy­ma­nia nowo­rocz­ne­go posta­no­wie­nia, jakim jest czy­ta­nie jed­nej książ­ki tygo­dnio­wo. Oczy­wi­ście sta­ram się, żeby w tej pogo­ni za ilo­ścią nie zgu­bić przy oka­zji jako­ści, ale osta­tecz­nie to nie do koń­ca zale­ży ode mnie. Wszak jestem tyl­ko czy­tel­ni­kiem, nie auto­rem. Pierw­szą część cyklu znaj­dzie­cie tu KLIK!

Luty

 

552 “Dziew­czy­na z sąsiedz­twa”, Jack Ket­chum 

Moja pierw­sza stycz­ność z Jac­kiem Ketechum’em mia­ła miej­sce kil­ka lat temu, pod­czas nur­ko­wa­nia w koszu z tanią książ­ką w Tesco albo Oszo­ło­mie, nie pamię­tam dokład­nie. Total­nie nie zna­łem gościa, a że pły­wał mię­dzy Har­le­qu­ina­mi, miał drę­twą okład­kę i kosz­to­wał poni­żej 10 zeta, uzna­łem, że to jakiś pisarz gor­sze­go sor­tu i po pro­stu go zla­łem. Jakież było moje zdzi­wie­nie, kie­dy jakiś czas póź­niej po fejs­bu­ku zaczę­ły krą­żyć łań­cusz­ki z reko­men­da­cja­mi czy­tel­ni­czy­mi i kil­ka osób, któ­rych zda­nie nawet tro­chę sza­nu­ję, wymie­ni­ło Ket­chu­ma, jako jed­ne­go ze swo­ich “naj” auto­rów. Uzna­łem, że to nie może być przy­pa­dek. Wygu­glo­wa­łem, co ma naj­lep­sze­go w dorob­ku, dowia­du­jąc się przy oka­zji, że to jeden z naj­bar­dziej cenio­nych auto­rów powie­ści gro­zy i tym spo­so­bem jeste­śmy tu, gdzie jeste­śmy. “Dziew­czy­na z sąsiedz­twa” skla­sy­fi­ko­wa­na jest jako hor­ror, co przy­po­mi­na mi roz­mo­wę z kole­gą za cza­sów liceum. Gada­li­śmy o książ­kach i w temat wciął się inny zio­mek, któ­ry powiedz­my, że z lite­ra­tu­rą żyje w związ­ku na odle­głość, i nie bar­dzo rozu­mie, jak moż­na tra­cić czas na tak mało atrak­cyj­ne roz­ryw­ki? Z resz­tą mniej­sza o to, waż­ny jest moment, w któ­rym zapo­dał mi kli­na, rzu­ca­jąc nastę­pu­ją­cy tekst: 

Ej, ale co wy gada­cie? Wytłu­macz­cie mi, jak książ­ka może być hor­ro­rem? Jak kur­wa moż­na prze­stra­szyć się cze­goś, o czym się czy­ta? Tak bez obra­zu i dźwię­ku. Nie, nie kupu­je tego”.

Niby strze­lił z dupy, ale w sumie tra­fił w sed­no. Zabra­kło mi argu­men­tów, żeby go prze­ko­nać. Prze­mie­li­łem sobie w gło­wie wszyst­kie prze­czy­ta­ne hor­ro­ry i fak­tycz­nie, nie mia­łem nigdy uczu­cia stra­chu. Ot po pro­stu kolej­na wcią­ga­ją­ca fabu­ła, z tym, że zgi­nie kil­ka osób wię­cej niż zwy­kle. Jack Ket­chum rów­nież mnie nie prze­stra­szył, przy­naj­mniej nie tak, jak moż­na tego ocze­ki­wać po hor­ro­rze, ale zde­cy­do­wa­nie mnie poru­szył i spra­wił, że poczu­łem dys­kom­fort. “Dziew­czy­na z sąsiedz­twa” opo­wia­da o mło­dym chło­pa­ku, któ­ry jest świad­kiem pato­lo­gicz­no-sady­stycz­nych prak­tyk, mają­cych miej­sce w domu sąsia­dów. Otóż pew­ne­go dnia, rodzi­na miesz­ka­ją­ca przez płot, przyj­mu­je pod swój dach dwie sio­stry, któ­re na sku­tek wypad­ku rodzi­ców zosta­ły sie­ro­ta­mi. Dziew­czy­ny mimo, że tra­fia­ją do swo­ich krew­nych, trak­to­wa­ne są gorzej niż uchodź­cy w Pol­sce (gdy­by ich wpusz­czo­no). Zaczy­na się od igno­ro­wa­nia, narzu­ca­nia prze­sad­nych zaka­zów i nad­mier­ne­go wyko­rzy­sty­wa­nia przy obo­wiąz­kach domo­wych, a z cza­sem docho­dzi jesz­cze prze­moc fizycz­na i psy­chicz­na, ale tak hard­co­ro­wa, że w pew­nym momen­cie nawet ja mia­łem dość. “Dziew­czy­na z sąsiedz­twa” to nie jest książ­ka, któ­rą się prze­ska­ku­je po 10 stron, bo nuda. Nic z tych rze­czy.  Wcią­ga od począt­ku i niko­go nie pozo­sta­wi obo­jęt­nym. Pod­czas czy­ta­nia wie­lo­krot­nie łapa­łem się na tym, że jestem wkur­wio­ny na głów­ne­go boha­te­ra, bo ten nie tyl­ko nie reago­wał, ale też przy­kład rękę do cho­rych zabaw sąsia­dów. Jesz­cze bar­dziej byłem wkur­wio­ny na Jac­ka Ket­chu­ma, któ­ry nie miał ani tro­chę lito­ści dla tych bied­nych dziew­czyn. Ser­wo­wał im tak maka­brycz­ne prze­ży­cia, że  gło­wie poja­wia­ła mi się myśl “Ok Jack, udo­wod­ni­łeś, że jesteś cho­rym poje­bem, ale koń­czy­my już. To za dużo. One mają już dość”. Nie­ste­ty Jack nie słu­chał, tyl­ko jesz­cze bar­dziej dokrę­cał śru­bę. Pierw­szy raz w życiu zda­rzy­ło mi się tak bar­dzo wczuć się w fabu­łę. Książ­kę jak naj­bar­dziej pole­cam. Jest rewe­la­cyj­na, ale opo­wia­da tak “paskud­ną” histo­rię, że zro­bi wam się nie­do­brze. Gwa­ran­tu­ję.

652 “Oskar i Pani Róża”, Eric-Emma­nu­el Schmitt

Mam kum­pla, takie­go tro­chę moc­niej stą­pa­ją­ce­go po zie­mi, któ­ry co jakiś czas pró­bu­je dać mi do zro­zu­mie­nia, że życie to nie tyl­ko bur­ge­ry, hehesz­ki i fil­my na kan­wie komik­sów Marve­la, ale też coś wię­cej i coś waż­niej­sze­go. Oczy­wi­ście nie mówi tego wprost, tyl­ko pod­stęp­nie pod­pusz­cza do prze­czy­ta­nia książ­ki X, albo obej­rze­nia fil­mu Y, przy­kład: “Uda­jesz takie­go znaw­cę popkul­tu­ry, a nie znasz kla­sy­ki w posta­ci X. Wstyd!”. Zawsze się na to nabie­ram, zawsze! Jeśli wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z jego pla­nem, zare­ko­men­do­wa­ny mate­riał powi­nien uru­cho­mić w mojej gło­wie zapad­kę, a ta, poprzez rek­cję łań­cu­cho­wą, osta­tecz­nie dopro­wa­dza do głęb­szej reflek­sji. Jego ostat­nim pomy­słem było pod­rzu­ce­nie mi książ­ki “Oskar i Pani Róża”. Przy­zna­ję, tym razem się uda­ło, ska­la­łem się myślą. “Oskar i Pani Róża” na pierw­szy rzut oka to książ­ka laj­to­wa. Led­wo 70 stron, w dodat­ku tytuł i okład­ka suge­ru­ją, że to coś w sty­lu “Przy­gód Miko­łaj­ka”, ale to tyl­ko pozo­ry. Otwie­rasz, zaczy­nasz czy­tać i już po chwi­li dosta­jesz z pół­ob­ro­tu tema­tem, któ­re­go nikt sam z sie­bie nie chce podej­mo­wać. “Oskar i Pani Róża” to książ­ka o cho­ro­bie i to tej naj­gor­szej z naj­gor­szych, nie­wy­tłu­ma­czal­nej i naj­bar­dziej nie­spra­wie­dli­wej, czy­li cho­ro­bie dziec­ka. Nie jakieś tam prze­zię­bie­nie, któ­re moż­na zwal­czyć Mar­sjan­ka­mi, tyl­ko napraw­dę gru­by kali­ber — bia­łacz­ka. Czy­ta­nie o śmier­ci zde­cy­do­wa­nie nie jest naj­lep­szą opcją, jaką możesz sobie zafun­do­wać przed snem, ale mimo to zachę­cam. Na zale­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach i przy uży­ciu pro­ste­go języ­ka, auto­ro­wi uda­ło się zro­bić coś, na czym wcze­śniej wyło­ży­ło się wie­le mądrych głów, czy­li poka­zać cho­ro­bę z dwóch per­spek­tyw — cho­re­go oraz jego bli­skich, a tak­że tro­chę ją “oswo­ić”. Gdzieś mię­dzy wier­sza­mi ukry­te jest prze­sła­nie, że posta­wa, jaką każ­dy odru­cho­wo przy­bie­ra w zetknię­ciu z nie­ule­czal­ną cho­ro­bą, czy­li nie przyj­mo­wa­nie jej do wia­do­mo­ści, zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści i uni­ka­nie roz­mów na jej temat, to naj­gor­sza rzecz jaką moż­na zro­bić w takiej sytu­acji. Nie jest to książ­ka, któ­rą oce­nia się w kon­tek­ście “urwa­nej dupy” albo “zmar­no­wa­ne­go cza­su”. To po pro­stu zaska­ku­ją­co mądre opo­wia­da­nie (jak na uży­te środ­ki), któ­re fun­du­je huś­taw­kę emo­cjo­nal­ną i pro­wo­ku­je do reflek­sji na nie­wy­god­ne tema­ty. Tyl­ko tyle i aż tyle.

752 “Poko­le­nie Ikea”, Piotr C.

Zna­cie blog “Poko­le­nie Ikea”? Na pew­no, w koń­cu ma jakieś milion laj­ków na fej­sie, któ­re nie wzię­ły się z księ­ży­ca. Ja też zna­łem, ale tyl­ko ze sły­sze­nia. Wie­dzia­łem mniej wię­cej o czym koleś pisze i nie­raz widzia­łem, jak zna­jo­mi udo­stęp­nia­ją kolej­ne jego posty, ale jakoś nigdy nie chcia­ło mi się tam wcho­dzić. Jak byłem młod­szy czy­ty­wa­łem CKM i Komin­ka, więc wyda­je mi się, że tema­ty życia w wiel­kim mie­ście i rela­cji dam­sko-męskich mam już odha­czo­ne, a w kor­po sam pra­cu­ję, tak­że znam z autop­sji. Na książ­kę jed­nak się sku­si­łem, bo dosta­łem faj­ną reko­men­da­cję w PigO­ut’o­wych kom­ciach. Przejdź­my zatem do wra­żeń. Cóż, muszę przy­znać, że mam nie lada pro­blem z oce­ną tej pozy­cji. Niby odna­la­złem w niej kil­ka faj­nych tek­stów i cel­nych szy­der z róż­nych zja­wisk spo­łecz­nych, ale to były tyl­ko momen­ty. Jako całość mi nie pode­szła. To tro­chę jak z Make Life Har­der, któ­rych krót­kie fejs­bu­ko­we wpi­sy są abso­lut­nie genial­ne, ale w wer­sji książ­ko­wej bio­rą z poły­kiem i męczą. Z “Poko­le­niem Ikea” jest jesz­cze gorzej, bo wyda­je mi się, że mamy tro­chę podob­ny styl pisa­nia — obaj nad­uży­wa­my wul­ga­rów, pró­bu­je­my rzu­cić nie­sza­blo­no­wym porów­na­niem i od cza­su do cza­su sto­su­je­my slang, więc kry­ty­ku­jąc go, kry­ty­ku­ję przy oka­zji sie­bie. No, ale co zro­bić, takie fak­ty. Być może pro­blem jest we mnie, bo żyję na prze­ciw­nym bie­gu­nie niż autor i raczej nie jestem w tar­ge­cie. Wyszu­mia­łem się, ustat­ko­wa­łem i obec­nie nie ma dla mnie więk­sze­go kosz­ma­ru niż wyj­ście do klu­bu, a myśl, że musiał­bym wró­cić do rand­ko­wa­nia przy­pra­wia o dresz­cze. Takie podej­ście do życia spra­wia, że total­nie nie czu­ję tych histo­rii o ura­bia­niu lasek w noc­nych loka­lach. Może gdy­bym był 10 lat młod­szy, albo w trak­cie poszu­ki­wań dru­giej połów­ki, bar­dziej bym się utoż­sa­miał i czy­tał z wypie­ka­mi na twa­rzy, ale jest jak jest. Poza tym, tak jak prze­wi­dy­wa­łem, przy każ­dej histo­rii mia­łem wra­że­nie, że już to znam. Przy­ja­cie­le, Dwóch i pół, How I Met Your MotherKomi­nek i inne tego typy blo­gi, prze­mie­li­ły te tema­ty już tysią­ce razy. Pod­su­mo­wu­jąc, za styl i poczu­cie humo­ru daje 4 (było 3, ale histo­ria o Bru­tu­sie peda­le pod­bi­ła do 4), za treść 2 na szy­nach. Gene­ral­nie nie pole­cam, ale potra­fię sobie wyobra­zić, że komuś może się podo­bać. Na począ­tek zacznij­cie jed­nak od blo­ga, bo w krót­kich for­mach autor pre­zen­tu­je się o nie­bo lepiej.

852 “Kobie­ta, któ­rej nikt nie znał”, Chris Pavo­ne

Dla­cze­go aku­rat ta książ­ka? Gdzieś prze­czy­ta­łem, że naj­now­sza powieść Chri­sa Pavo­ne, “Wypa­dek”, to praw­dzi­wy sztos, któ­ry zaje­bi­sto­ścią prze­bi­ja nawet (i tu klu­czo­we sło­wa) rewe­la­cyj­ny debiut auto­ra, czy­li “Kobie­tę, któ­rej nikt nie znał”. Ostro się nakrę­ci­łem na “Wypa­dek”, ale chwi­lo­wo był nie do zdo­by­cia, więc w zastęp­stwie posta­no­wi­łem zado­wo­lić się “rewe­la­cyj­nym” debiu­tem. Nie mam poję­cia, kto debiu­to­wał w 2013 roku, ale kon­ku­ren­cja musia­ła być napraw­dę żenu­ją­ca, sko­ro Chris Pavo­ne oka­zał się naj­lep­szy i za paź­dzierz, jakim jest “Kobie­ta…”, zdo­był nagro­dę Edgar Award. Pamię­ta­cie, jak w zeszłym mie­sią­cu hej­to­wa­łem “Dziew­czy­nę z pocią­gu”? Odszcze­ku­je #who­of #who­of. Na tle “Kobie­ty…” to był hicior. Serio, teraz to widzę. Jestem zły na sie­bie, że nie zasto­so­wa­łem się do mojej zło­tej zasa­dy, czy­li “do kosza, jeśli przez 100 stron nic nie drgnie”. Nie drgnę­ło przez ani jed­ną z 400 stron, a ja stra­ci­łem aż 2 tygo­dnie, żeby prze­brnąć przez tę szmi­rę, co nie tyl­ko total­nie roz­wa­li­ło mi har­mo­no­gram czy­tel­ni­czy, ale co gor­sze, nie­mi­ło­sier­nie umę­czy­ło. “Kobie­ta, któ­rej nikt nie znał” to taki “Pan i Pani Smith” dla ubo­gich. Pozwól­cie, że zaspo­ile­ru­je całą histo­rię, bo jeśli nie jeste­ście fety­szy­sta­mi to i tak po nią nie się­gnie­cie. Głów­ną boha­ter­ką jest Kate Moore, taj­na agent­ka CIA, któ­ra uda­je przed świa­tem nud­ną urzęd­nicz­kę. Pew­ne­go dnia jej mąż Dexter, dosta­je lukra­tyw­ną, ale wyma­ga­ją­cą prze­pro­wadz­ki do Luk­sem­bur­ga, ofer­tę pra­cy w pre­sti­żo­wym ban­ku. Po roz­wa­że­niu za i prze­ciw decy­du­ją się jechać. Na miej­scu zaprzy­jaź­nia­ją się z innym mał­żeń­stwem z USA, Bil­lem i Julią, ale Kate ma czu­ja, że nowi zna­jo­mi nie są tym, za kogo się poda­ją. Wpa­da w para­no­je, że to agen­ci FBI, któ­rzy pro­wa­dzą prze­ciw­ko niej śledz­two i chcą oskar­żyć o mor­der­stwo popeł­nio­ne przed laty, jesz­cze za cza­sów pra­cy w CIA. Kate total­nie odwa­la i aby odkryć praw­dzi­we inten­cje Bil­la i Juli, zaczy­na ostro się mio­tać. W sen­sie, że cho­dzi to tu, to tam i budu­je sobie w gło­wie róż­ne popie­przo­ne sce­na­riu­sze. Ogól­nie jeden wiel­ki cha­os. Po kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach nie­hu­ma­ni­tarn­go męcze­nia buły, gdzie autor ser­wu­je nam sko­ki to w prze­szłość, to w przy­szłość, w dodat­ku bez wyraź­nie zary­so­wa­nej linii cza­su i gene­ral­nie nie wno­sząc nic istot­ne­go do histo­rii, w koń­cu fak­tycz­nie oka­zu­je się, że wspo­mnia­ne mał­żeń­stwo to agen­ci, ale pro­wa­dzą śledz­two nie prze­ciw­ko Kate, a Dexte­ro­wi, któ­ry tak napraw­dę nie pra­cu­je w ban­ko­wo­ści, tyl­ko ją okra­da, bo jest hakje­rem. Na wieść o tym, Kate zno­wu odpier­da­la. Chcąc poznać praw­dę o mężu, zaczy­na go ostro infil­tro­wać. Czo­chra mu komór­kę, cze­sze kie­sze­nie, wła­mu­je do biu­ra, roz­krę­ca nawet szaf­ki w domu, ale koniec koń­ców znaj­du­je dowo­dy na jego winę + odkry­wa, że za całym spi­skiem stoi ta “zaprzy­jaź­nio­na” agent­ka FBI — Julia, któ­ra tak napraw­dę zna Dexte­ra od lat, bo cho­dzi­li razem do liceum i wkrę­ci­ła mu film, że okra­da­ją jakie­goś serb­skie­go gene­ra­ła, któ­ry doko­nał ludo­bój­stwa (w tym jego bra­ta) pod­czas woj­ny na Bał­ka­nach. OMG jakie to było sła­be, nacią­ga­ne i męczą­ce. Naj­chu­jow­szy jed­nak jest finał, gdzie cała czwór­ka sie­dzi w restau­ra­cji i Kate wyska­ku­je z takim tek­stem: “Ok Dexter, Ty kra­dłeś, ja byłam agent­ką CIA, więc w sumie jeste­śmy kwi­ta, zacznij­my od zera, a wy fał­szy­wi zna­jo­mi macie ostat­nią szan­sę, żeby uciec, bo za 5 minut zja­wi się tu CIA” , po czym wszy­scy sobie po pro­stu odcho­dzą, cho­le­ra wie gdzie i na tym koniec. The Fuck? Wal się na ryj Chri­sie Pavon, u mnie jesteś skre­ślo­ny.

Ciąg dalszy nastąpi…

A to widziałeś?