„Ostatnia przysługa” Dennis Lehane

Ocena Pigouta:

A film „Rzeka tajemnic” z Kevinem Baconem, Laurencem Fishburnem, Seanem Pennem i Timem Robbinsem kojarzycie? Zresztą dwaj ostatni dostali za swoje role Oscary.

A „Wyspę tajemnic” z Leosiem Di Caprio znacie?

A o „Gdzie jesteś, Amando?” z Caseyem Affleckiem, Morganem Freemanem i Edem Harrisem słyszeliście?

Co łączy te filmy poza tym, że były opór dobre i tak angażujące, że żodyn podczas oglądania nawet nie pomyślał o przescrollowaniu Instagrama? Ano to, że są to adaptacje książek Dennisa Lehane, który całkiem przypadkowo jest bohaterem dzisiejszego wpisu, gdyż ponieważ właśnie ukazała się jego najnowsza książka -> „Ostatnia przysługa”

Powiem krótko, chłop nadal jest w formie olimpijskiej i zapodał nam kolejne dzieło, które w stylu jest surowe jak tatar, emocjonalnie ciężkie jak kowadło, a fabularnie gęste jak smoła.

Lehane znowu zabiera nas do Bostonu, do irlandzkiej dzielni, gdzie ponownie będziemy obserwować życiowy dramat jednostki. Konkretnie Pat Fannessy. Kobiety, która zebrała już kilka ciosów od życia, tracąc mężów i syna. A teraz zaginęła jej 17-letnia córka, Jules, czyli ostatni powód, dla którego wstaje rano i nadal ciągnie to wszystko.

Jules ostatni raz była widziana na nocnej imprezie, z której już nie wróciła. Wszelki ślad po niej zaginął, a znajomi, którzy byli tam z nią, doznają dziwnej amnezji i nie potrafią pomóc. Podejrzana sprawa, a jeszcze bardziej podejrzana robi się, kiedy wychodzi na jaw, że tej samej nocy zginął czarnoskóry nastolatek (zginął w sensie nie żyje). Czy te sprawy się łączą? Być może, ale dla Pat najważniejsze jest odnalezienie córki. Jest w tym naprawdę zdeterminowana i zrobi wszystko co w jej mocy, a nawet więcej. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że w Bostonie policja jest mniej więcej tak skuteczna, jak polska repka na Euro 2024. Nie pomagają też reguły rządzące na irlandzkiej dzielni, gdzie niepisany kodeksów głosi -> nie gadamy z psiarnią, nie zwracamy na siebie uwagi i trzymamy ze swoimi. Jej drążenie i zadawanie niewygodnych pytań, dostarczy kolejnych komplikacji i zatargów, a musicie wiedzieć, że to nie jest ten typ książki, w której główna bohaterka ma skilla karate na poziomie Liama Neesona i Johna Wicka razem wziętych. Nope, Pat jest zwykłą śmiertelniczką z ograniczoną mocą sprawczą, ale w tym momencie jest zdesperowana.

Ciężko mi znaleźć odpowiednie słowo, żeby podsumować tę książkę. Klimatyczny thriller zajawkowo brzmi dobrze, ale tu jest coś więcej. To jest jedna z tych historii, które wchodzą pod skórę podczas czytania. Bardzo autentyczna, przez co wizualizujemy sobie, co by było gdyby nas coś takiego spotkało. Jest poczucie dyskomfortu psychicznego, ale to chyba najlepszy dowód, że Lehane znowu dostarczył mocną rzecz. Przy „Rzece tajemnic” i „Gdzie jesteś Amando” miałem ten sam stan. Warto.

Uprzedzając komentarze -> Kiedy to wszystko czytać? Mordeczki, jestem tylko posłańcem. Co ja poradzę, że pisarze zamiast scrollować Tik Toki, piszą, jakby jutra miało nie być?