Wysypisko

Prolog powieści dla grażynek, której nigdy nie ukończę

23/05/2019

 

“Fejk love”

PROLOG

 

War­szawa, Dwo­rzec Zachodni

“Na peron trzeci pod­je­dzie auto­bus do Rucho­cic. Pasa­że­ro­wie pro­szeni są o zaj­mo­wa­nie miejsc. Pla­no­wany odjazd o godzi­nie 11:55″

O maj gad, to mój auto­bus. Jest godzina 11:50, co ozna­cza, że nie ma już odwrotu i zostało mi ostat­nie pięć minut, aby nasy­cić oczy war­szaw­ską pano­ramą i powspo­mi­nać, jak wspa­niale było mi w tym mie­ście. Jed­nak cofam to o pano­ra­mie. Z miej­sca, w któ­rym sie­dzę, widzę tylko sypiącą się zajezd­nię auto­ka­rową i chyba naj­bar­dziej oble­śny budy­nek, jaki w ogóle stoi w War­sza­wie, czyli Hostel Zachodni. Sze­ścio­pię­trowa, zapo­mniana przez Boga kon­struk­cja, która wygląda, jakby żyw­cem została wycią­gnięta z serialu “Czar­no­byl”. W sen­sie, że staro, brzydko i  na bank pro­mie­niuje jakimś radio­ak­tyw­nym syfem. Nor­mal­nie przez więk­szość roku, ele­wa­cję “Zachod­niego” przy­kry­wają bil­l­bo­rady i jest to chyba jedyny taki przy­pa­dek w histo­rii, kiedy zasło­nię­cie okien i odcię­cie ludzi od świa­tła sło­necz­nego, spo­tyka się ze spo­łecz­nym aplau­zem, a nie hej­tem. Nie­stety z moim far­tem, tra­fi­łam aku­rat na ten rzadki moment, kiedy hostel jest nie­obran­downy. Po pro­stu obraz smutku i roz­pa­czy, czyli dokład­nie tak jak moje aktu­alne życie. Łzy same cisną się do oczu, kiedy pomy­ślę, że jesz­cze nie­dawno o tej porze, prze­wra­ca­łam się na drugi bok, na moim nie­przy­zwo­icie wiel­kim łóżku, ulo­ko­wa­nym w moim dizaj­ner­skim, 150-metrowym, dwu­po­zio­mo­wym pen­tho­usie na Wila­no­wie. Oczy­wi­ście zawi­nięta w jedwabną pościel Seiden­we­ber, a nie w jakieś tanie, syn­te­tyczne gówno z Jysk #Jebać­Biedę. Po roz­pro­sto­wa­niu nóg i nało­że­niu deli­kat­nego mej­kupu a’la Joker z pla­katu “Why so serious”, scho­dzi­łam do usy­tu­owa­nego na par­te­rze Star­bu­nia, zama­wia­łam venti flat white, do tego bez­glu­te­no­wego baj­gla z łoso­siem, ewen­tu­al­nie bru­schettę z awo­kado, po czym zaj­mo­wa­łam sto­lik w rogu sali. Wie­cie, ten z wiod­kiem na Świą­ty­nię Opatrz­no­ści, która ma coś z bar­ce­loń­skiej Sagrady Fami­lii. Też ją budują już od 100 lat i końca nie widać. Przez kawiar­nię, co chwilę prze­ta­cza się twarz znana z Pudelka, albo tele­wi­zji śnia­da­nio­wej. Wszy­scy jacyś tacy ner­wowi, bo nawet nie usiądą, tylko pospie­szają tego bied­nego bari­stę, a kiedy w końcu dostają kubek z cie­płą kapu­cziną, nie­mal wybie­gają z lokalu. Pew­nie spie­szy im się na usta­wiane sesje zdję­ciowe z papa­razzi, wszak cele­brycki świat już tak działa, że jeśli nie ma Cię w rubryce plot­kar­skiej, to zna­czy, że albo nie żyjesz, albo wypa­dłeś z obiegu. To już chyba lepiej nie żyć. Ja tym­cza­sem otwie­ra­łam na total­nym chil­lo­ucie Mac­Bo­oka Air z naj­now­szej serii i odda­wa­łam się pracy, która jest marze­niem dzie­sią­tek tysięcy moich rówie­śni­czek. Tak, byłam znaną insta­gra­merką. Mia­łam wszystko — fejm, pie­nią­dze, zwa­rio­wane przy­ja­ciółki, naj­przy­stoj­niej­szych face­tów na ski­nie­nie palca oraz słi­ta­śne, różowe Mini w cabrio. A teraz? Teraz sie­dzę na obskur­nym dworcu PKS, z walizką, do któ­rej kola­nem upchnę­łam ostat­nie 5 lat mojego życia, popi­jam let­nią lurę, bez­czel­nie nazwaną przez sprze­dawcę w Żabce kawą i słu­cham chra­pa­nia bez­dom­nego, który naj­wy­raź­niej uznał, że ławeczka tuż obok mnie, to ide­alne miej­sce na sie­stę. Nie, żebym miała coś prze­ciwko bez­dom­nym, zwłasz­cza że nie­wiele mi bra­kuje do podzie­le­nia ich losu, ale koc, pod któ­rym leży ten kon­kretny jego­mość, wydziela zapa­chy, które zde­cy­do­wa­nie nie są prze­zna­czone dla nosów przy­zwy­cza­jo­nych do per­fum Diora i świec zapa­cho­wych od Jo Malone. Sie­kiera taka, że oczy wypala. Co cie­kawe, hom­les­sowy śpioch ma na sobie podarty swe­ter i dwa różne buty, ale za to na jego tyłku spo­czy­wają kul­towe Levisy 501. Abso­lut­nie genialny model z 2012. Wiem, bo pozna­łam po prze­szy­ciach. Wsty­dzę się tego, ale przez chwilę nawet pomy­śla­łam, że gdyby je prze­prać, tak z czter­na­ście razy dla pew­no­ści, to w sumie wyglą­da­łyby jak nówki sztuki, wszak to ory­gi­nalne liwajsy, heloł, a na czym jak na czym, ale na ciu­chach to ja się aku­rat znam.  Na OLX spo­koj­nie wycią­gnę­ła­bym za nie dwie stówki, a w mojej obec­nej sytu­acji, to nie w kij dmu­chał suma. Na szczę­ście szybko się z tej myśli otrzą­snę­łam. Może i święta nie jestem, ale skroić bez­dom­nego to za dużo nawet, jak na moje standardy.

“Ostat­nie wezwa­nie dla pasa­że­rów podró­żu­ją­cych do Rucho­cic. Auto­bus za chwilę odje­dzie z peronu trzeciego”.

Głos z mega­fonu momen­tal­nie stawa mnie do pionu. Zmu­szam się do wsta­nia, chwy­tam za rączkę walizki, którą dosta­łam w darach losu, czyli za darmo, ale z nadzieją, że ota­guję markę na swoim Insta  i kro­kiem ska­zańca kie­ruję w stronę auto­busu. Wsia­dam, a tam supraj­sik i mnó­stwo  wol­nych miejsc do wyboru. Czyżby for­tuna się do mnie uśmiech­nęła i w tej całej bez­na­dziei, która mnie spo­tkała, będę miała choć tyle szczę­ścia, żeby odbyć podróż do Rucho­cic bez przy­musu dzie­le­nia się pod­ło­kiet­ni­kiem z jakimś pleb­sem? Zajebi… a nie, jed­nak nie. Ledwo auto­bus zaczął koło­wać, a ja przez okno dostrze­gam kopyt­ku­ją­cego na zła­ma­nie karku gru­basa, z gigan­tycz­nymi kołami potu pod pachami.  Z góry wiem, że kie­rowca się nad nim zli­tuje i wpu­ści do środka, po czym typ mając do dys­po­zy­cji w pip wol­nych miejsc, pod­bije aku­rat do mnie i zapoda: “Prze­pra­szam, czy to miej­sce jest zajęte?”. Uwaga, zaczy­nam odli­cza­nie: 5, 4, 3, 2, …

- Prze­pra­szam czy to miej­sce jest zajęte?

Nawet nie jestem w szoku.

- Ależ nie, śmiało, pro­szę — odpo­wia­dam, doda­jąc w myślach “Umrzyj”

Jedyne, nad czym się teraz zasta­na­wiam, to czy zdej­mie buty, czy nie jed­nak nie zdej­mie. 5,4,3,2,1, i cyk, naj­pierw prawy but idzie out, a chwilę póź­niej lewy but. Witaj środ­kowy palcu lewej stopy, kuka­jący na mnie przez dziurę w skar­pe­cie wiel­ko­ści Wiel­kiego Kanionu. Stan­dard. Teraz pozo­stały już tylko kanapki z jaj­kiem na twardo + kimka na moim ramie­niu, naj­le­piej taka ze zwi­sa­jącą z pysia nitką śliny i pol­sko­bu­sowy kla­syk podróż­ni­czy mamy odha­czony. Obsta­wiam, że to się wyda­rzy jesz­cze przed minię­ciem tablicy z prze­kre­ślo­nym napi­sem War­szawa. Naj­gor­sze jed­nak, że sama sobie zapra­co­wa­łam na takie atrak­cje. Nazy­wam się Lenka Klo­now­ska i pozwól­cie, że opo­wiem wam, jak dopro­wa­dzi­łam do wła­snego upadku.

A to widziałeś?