popKULTURA

Underdog. Iść czy nie iść?

12/01/2019

Wbi­łem wczo­raj na pre­mie­rę fil­mu “Under­dog”, czy­li pierw­szej pol­skiej pro­duk­cji z gatun­ku mor­do­bi­cia. Już sam ten opis zwia­sto­wał, że wyj­dę z kina z licz­ny­mi rana­mi kłu­ty­mi. I dobrze, bo po cichu liczy­łem, że film oka­że się mega gnio­tem, dzię­ki cze­mu zacznę rok od dobre­go roł­sta. Tym­cza­sem szok, bo po obej­rze­niu ani nie mia­łem odru­chu wymiot­ne­go (nie­po­trzeb­nie tar­ga­łem wia­dro), ani teraz nie chce mi się jakoś szcze­gól­nie psio­czyć. Wręcz prze­ciw­nie, oglą­da­ło mi się cał­kiem przy­jem­nie i to pomi­mo iż był kiczo­wa­ty, prze­wi­dy­wal­ny, poskle­ja­ny z klisz i napier­da­lał pro­dakt plej­smen­tem, jak sza­lo­ny. Myk jest taki, że ja po pro­stu mam sła­bość do kina w sty­lu Roc­ky­’e­go, a aku­rat w tym aspek­cie twór­cy “Under­do­ga” bar­dzo dobrze odro­bi­li lek­cje.

Bo wie­cie, jaki jest sche­mat w takich fil­mach? Bie­rze­my figh­te­ra zni­kąd i pcha­my go na szczyt, po czym go z nie­go zrzu­ca­my na samo dno. Niech gość wpad­nie w naj­gor­szą pato­lę, alko­ho­lizm, nar­ko­ma­nię, etc., a jak już niżej spaść się nie da, to damy mu szan­sę odku­pie­nia, czy­li poja­wia się ofer­ta wal­ki o mistrzo­stwo, w któ­rej poza pasem, może wygrać jesz­cze dziew­czy­nę i napra­wić wszyst­kie swo­je błę­dy.


Dokład­nie tak jest w “Under­do­gu”. Na dzień dobry dosta­je­my Bory­sa “Kosę” Kosiń­skie­go, czy­li Ery­ka Lubo­sa, któ­ry wal­czy w KSW z Mame­dem o tytuł mistrzow­ski. Wygry­wa, ale jesz­cze tego same­go wie­czo­ru oka­zu­je się, że był na dopin­gu, w związ­ku z czym, w mig tra­ci pas i sta­je się per­so­na non gra­ta w świe­cie MMA. Musi wró­cić do rodzin­ne­go Ełku, gdzie podej­mu­je się pra­cy ochro­nia­rza na bram­ce noc­ne­go klu­bu, nad­uży­wa alko, popa­da w leko­ma­nię i gene­ral­nie prze­gry­wa życie. Tak mniej wię­cej mija­ją mu dwa lata, po czym poja­wia się świa­teł­ko w tune­lu. Kosa pozna­je panią wete­ry­narz, na któ­rej widok od razu pło­nie mu konar. Żeby dobrać się do jej maj­tek, posta­na­wia odsta­wić dra­gi i tro­chę się ogar­nąć. Rów­no­le­gle pod­bi­ja do nie­go Mamed z tek­stem, że koń­czy karie­rę w KSW i chciał­by wła­śnie z nim zawal­czyć w ostat­nim star­ciu. Kosa odma­wia, tłu­ma­cząc, że to już nie jego baj­ka, bla bla bla, ale chwi­lę póź­niej zno­wu wszyst­ko mu się sypie — dziu­nia wyko­pu­je go z domu, brat i ojciec mają jakieś żale, a do tego prze­śla­du­je go ruska mafia. Kumu­la­cja złej kar­my spra­wia, że Kosa zmie­nia zda­nie i przyj­mu­je wyzwa­nie Mame­da, licząc po cichu, że powrót na ring pozwo­li mu na odku­pie­nie grze­chów. I w tym momen­cie zaczy­na się to, co tygry­sy lubią naj­bar­dziej, czy­li sekwen­cja tre­nin­gu -> bie­ga­nie w desz­czu, pod­cią­ga­nie się na gałę­zi, pomp­ki, brzusz­ki i wal­ki z cie­niem. Oczy­wi­ście wszyst­ko w sloł­moł­szyn i w rytm zaje­bi­ste­go sound­trac­ku. To jest wła­śnie ta zagryw­ka, po któ­rej czło­wiek ma ocho­tę wstać z kana­py, wysy­pać chip­sy do kibla i zapi­sać się na sił­kę. Na mnie zawsze to dzia­ła i nie ina­czej było w przy­pad­ku “Under­do­ga”.

Tak jak wspo­mi­na­łem na wstę­pie, wyszło nawet spo­ko. Może nie aż tak, żebym napi­sał: “Kur­ła rzuć­cie wszyst­ko, co robi­cie i bie­gnij­cie szyb­ciut­ko do kina”, ale w mojej opi­nii plu­sy przy­kry­wa­ją minu­sy.

Minu­sy:

Dłu­ży­zny — twór­com zabra­kło wyczu­cia w pro­wa­dze­niu poszcze­gól­nych wąt­ków. Naj­pierw przez godzi­nę katu­ją nas upad­kiem “Kosy”, a kie­dy chło­pa­czy­na już odbi­ja się od dna i dosta­je­my tę wycze­ki­wa­ną sekwen­cję tre­nin­gu… to ta cią­gnie się przez ponad pół godzi­ny. Za dłu­go! To powin­ny być szyb­kie pił­ki, a nie takie koby­ły.

Ełk, kur­wa! — pro­dakt plej­sment w fil­mie jest napraw­dę sro­gi. Co rusz prze­wi­ja się logo KSW, Jeepa, jakieś wód­ki i innych pomniej­szych spon­so­rów, ale cre­me de la cre­me sta­no­wi Ełk. Ełk wyło­żył kasę na film, więc w zamian Eryk Lubos nosi koszul­ki z napi­sem Ełk, sie­dzi na leża­ku z napi­sem Ełk, wycie­ra się ręcz­ni­kiem z napi­sem Ełk i tre­nu­je na sali, gdzie zga­daj­cie, co jest napi­sa­ne na ścia­nie? Jup, Ełk. Ełk kur­ła evry­łer!

Ruska mafia — wątek ruskiej mafii jest total­nie od cza­py i cał­ko­wi­cie psu­je zakoń­cze­nie. Poza tym na cho­le­rę ruska mafia sie­dzi w Ełku? Nie lepiej w Łomian­kach? Nie dość, że jest McDo­nald, to i do War­sza­wy znacz­nie bli­żej.

Romans Ery­ka Lubo­sa z Mame­dem — to jest moje naj­więk­sze roz­cza­ro­wa­nie, bo po zajaw­ce spo­dzie­wa­łem się, że Mamed będzie zaka­pio­rem w sty­lu Bolo Yeun­ga. Będzie łamał krę­go­słu­py kole­gom Ery­ka i dzię­ki temu spro­wo­ku­je go do wal­ki, w któ­rej wszy­scy będzie­my trzy­mać kciu­ki, żeby Mamed odkle­pał. Taki wał! Eryk i Mamed sa kole­ga­mi, sza­nu­ją się, wysła­ją sobie życze­nia na świę­ta i po pro­stu chcą się zmie­rzyć w uczci­wym poje­dyn­ku, żeby spraw­dzić, kto jest lep­szy. Bez sen­su. W ogó­le weź­cie daj­cie sobie buzi i nie zawra­caj­cie gło­wy.

Mało walk — jeśli ktoś myśli, że idzie do kina na mor­do­bi­cie, to może się zdzi­wić, bo “Under­dog” to dra­mat oby­cza­jo­wy. W pierw­szej kolej­no­ści trak­tu­je o wycho­dze­niu z życio­we­go gów­na, a MMA to tyl­ko wisien­ka na tor­cie. Praw­dzi­wa wal­ka jest tyl­ko jed­na -> w fina­le. To na począt­ku, to bar­dziej cut scen­ki. Tro­chę ubo­go.

Doping? Oj tam oj tam — po fil­mie pozo­sta­je reflek­sja, że doping to w sumie nic strasz­ne­go. Jest nawet sce­na, w któ­rej pro­mo­to­rzy KSW mówią do Mame­da: “Ale Kosę zła­pa­li na dopin­gu!”, na co Mamed: “A kto się dzi­siaj nie szpry­cu­je?”. Nie no luzik.

Tek­sty w sty­lu Pau­lo Coel­ho — ogól­nie dia­lo­gi w fil­mie nie są naj­gor­sze, ale kil­ka razy z ekra­nu pada­ją takie cegły, że klę­kaj­cie naro­dy. Naj­więk­szą puścił Mamed, kie­dy przy­jeż­dza do Kosy, żeby namó­wić go na wal­kę i Kosa rzu­ca tak:

- Ej Mamed, a dla­cze­go w sumie tak ci zale­ży, żebym to aku­rat ja z tobą wal­czył

i teraz się trzy­ma­cie, bo wcho­dzi Mamed:

- Przez całą karie­rę wal­czy­łem z naj­lep­szy­mi zawod­ni­ka­mi na świe­cie, ale tyl­ko u Cie­bie widzia­łem skrzy­dła. Nie bój się ich zno­wu roz­wi­nąć i pole­cieć. Ty nie wal­czysz, Ty latasz. Inni zawod­ni­cy mogą tyl­ko poma­rzyć o takich skrzy­dłach bla bla bla <tu wstaw jesz­cze 10 wzmia­nek o skrzy­dłach> #face­palm

Plu­sy:
Eryk Lubos — bar­dzo dobry występ. Uwie­rzy­łem mu we wszyst­ko i choć­by dla nie­go war­to obej­rzeć. Faj­nie, że w koń­cu tra­fi­ła mu się głów­na rola.

Ścież­ka dźwię­ko­wa — zde­cy­do­wa­nie jeden z więk­szych atu­tów fil­mu. Dobrze sia­da, faj­nie pod­krę­ca poszcze­gó­le sce­ny, a za wrzu­ce­nie kawał­ka Mar­ka Dyja­ka, to już w ogó­le prop­sy na mak­sa.

Fina­ło­wa wal­ka — to praw­da, że wal­ka jest tyl­ko jed­na, ale za to bar­dzo faj­nie zro­bio­na. Gło­wy nie dam, ale wyda­je mi się, że chło­pa­ki tłu­kli się na serio, bo te gry­ma­sy bólu wyglą­da­ły napraw­dę prze­ko­nu­ją­co.

Janusz Cha­bior — Janusz Cha­bior gra tutaj tre­ne­ra z zespo­łem Touret­te­’a i to wca­le nie jest prze­no­śnia. Napraw­dę ma Zespół Touret­te­’a i w poło­wie prze­mo­wy moty­wa­cyj­nej, zda­rza mu się wtrą­cić piz­dę i kuta­sa. Naj­śmiejsz­niej­sze jest jed­nak to, że Janusz Cha­bior gra­ją­cy tre­ne­ra z Touret­tem, prze­kli­na o wie­le mniej niż Janusz Cha­bior gra­ją­cy posta­ci bez Touret­te­’a w fil­mach Patry­ka Vegi. Jak zwy­kle dobry występ tego pana. Jedy­ny aktor, do któ­re­go nigdy nie będę miał pre­ten­sji za blu­zgi. Nikt nimi lepiej nie rzu­ca.

Sły­chać dia­lo­gi — nadal jestem w szo­ku!

Są boob­sy — Alek­san­dra Popław­ska zde­cy­do­wa­nie nie ma pro­ble­mu z nago­ścią. Co film, to świe­ci pośla­da­mi. Trud­no, nie będę z tym wal­czył.

Brak Toma­sza Karo­la­ka i Pio­tra Adam­czy­ka w obsa­dzie - kur­ła, ale to było odświe­ża­ją­ce dozna­nie.

Ode mnie 610. Fani MMA śmia­ło doli­cza­ją dodat­ko­wy punk­cik.

A to widziałeś?