Tatuażysta z Auschwitz- Hit czy Kit?

Od kilku miesięcy TOP listy książkowych bestsellerów w Polsce, okupuje… Blanka Lipińska #Auć. Na drugim miejscu jest biografia Kuby Wojewódzkiego #Auć2, a tuż zanim "Tatuażysta z Auschwitz", czyli spowiedź byłego więźnia obozu koncentracyjnego, spisana przez nowozelandzką scenarzystkę, Heather Morris. Wydawnictwo Marginesy reklamuje tytuł, jako oparty na faktach i porównuje z "Listą Schindlera" oraz "Chłopcem w pasiastej piżamie". Bardzo mocna rekomendacja, a do tego jest to rzekomo jedyna tego typu historia, opowiedziana z perspektywy obozowego tatuażysty. Tyle mi wystarczyło, żeby wziąć lekturę na warsztat.

Tatuażysta z Auschwitz – o czym to?

Głównym bohaterem książki jest 24-letni Lale Sokołow (prawdziwe nazwisko Ludwig Eisenberg), Żyd słowackiego pochodzenia, który w celu ratowania starszego brata (mąż, ojciec, żywiciel rodziny), dobrowolnie oddaje się w ręce nazistów. W wagonach przeznaczonych do przewozu bydła i w warunkach urągających człowiekowi, Lale wraz z tysiącami rodaków, zostaje przetransportowany do Auschwitz-Birkenau, gdzie za sprawą znajomości kilku języków oraz niesamowitego farta, obejmuje posadę obozowego tatuażysty. Praca, która została mu przypisana, sprawia, że żyje mu się znacznie lżej niż pozostałym więźniom. Nie zajeżdża się fizycznie, nie marznie, przysługuje mu osobna cela oraz większe racje żywnościowe. Ponadto może swobodnie poruszać się po obozie. Lale mógłby robić, co trzeba, żeby przeżyć, czyli tatuować nowo przybyłych skazańców, po czym zamykać się w celi i w miarę wygodnie egzystować, licząc, że prędzej, czy później zostanie uwolniony. Cóż, to nie w jego stylu. Lale jest szlachetny na maksa i wykorzystuje swoje przywileje, aby pomagać innym osadzonym, niejednokrotnie narażając przy tym własne życie. Przemyca jedzenie, załatwia przydziały do lżejszej pracy, a jak trzeba, to znajduje nawet sposób, żeby przetransportować więznia skazanego na śmierć, do innego ośrodka. Jednak obozowe dramaty, stanowią w książce tylko drugi plan. Głównym wątkiem jest romans między Lalem, a słowacką więźniarką, Gitą. Lale zakochuje się od pierwszego wejrzenia, czyli w momencie, kiedy dziara Gicie więzienny numer. Korzystając z "uprzejmości" strażnika SS-mana, zaczyna wysyłać jej wiadomości, a jak dostaje odpowiedź, że Gita też jest na tak, korumpuje tabliczką czekolady kapo z oddziału kobiecego, dzięki czemu udaje mu się urządzać regularne schadzki ze swoją lubą. Lale i Gita zazwyczaj siedzą sobie za budynkiem administracji, trzymają za ręce i snują wizje, jak potoczy się ich życie po opuszczeniu obozu, a od czasu do czasu odbywają spontaniczne zbliżenia. Historia ich miłości to powtórka z Titanica, tyle, że zamiast góry lodowej, mamy obóz koncentracyjny w tle. No i w finale brakuje motywu z tratwą. #BiednyLeoś

Tatuażysta z Auschwitz – Jak wyszło?

Lektura "Tatuażysty" wywołała we mnie dwa skrajnie różne odczucia. Pierwsze to migrena grymas niesmaku, gdyż książka jest napisana bardzo lekko, wręcz za lekko i zbyt banalnie, jak na tego typu literaturę. Miałem wrażenie, że czytam "Zmierzch" osadzony w realiach Auschwitz, co wydaje się bardzo tanim zagraniem ze strony autorki – "Hej PigOut, chyba mi nie pojedziesz, skoro romans rozgrywa się w obozie koncentracyjnym, co nie? Śmiało, ludzie i tak będą mnie bronić #SzachMat". Z drugiej strony, wydawca w kółko powtarza, że to na fakcie, a chyba by mnie nie okłamał? Jeśli tak do tego podejść, to książka jest mocno krzepiąca, bo wynika z niej, że niektórym się poszczęściło i nie mieli w obozie "aż tak ciężko", jak wynika to z innych relacji. Lale, co rusz spada na cztery łapy, ma lajtowego strażnika, z którym sobie heheszkuje na różne tematy, a po Auschwitz porusza się swobodniej niż ja po własnym osiedlu. W dodatku rozkręca w obozie całkiem sprawny biznes – więźniowie podprowadzają dla niego pieniądze i klejnoty, znalezione w zarekwirowanych przez nazistów rzeczach osobistych, a Lale wymienia je u robotników przychodzących do obozu z zewnątrz, na szamkę i leki. Nawet jak Niemcy przyłapują go na tym procederze, to znowu mu się farci i po kilku dniach sfingowanych tortur, jego życie wraca do normy. Naprawdę budujące i aż się chce, żeby o tej historii usłyszał cały świat, bo takiego pozytywnego świadectwa jeszcze nie mieliśmy… wtem trafiam na artykuł <click>, w którym historycy z Centrum Badań Muzeum Auschwitz twierdzą, że większość opisanych w książce rzeczy, to jeden wielki bullshit. To nie były kolonie, więc nie było opcji, żeby więźniowie poruszali się po obozie według własnego widzi mi się, a tym bardziej urządzali sobie pół-jawne schadzki. Korupcja tabliczką czekolady by nie przeszła, bo za duże ryzyko, poza tym w książce pominięto zwierzchników kapo, a z nimi już by tak łatwo nie poszło. Lale nie mógł zorganizować penicyliny dla Gity, gdyż ponieważ w tamtych czasach trwały dopiero nad nią badania. Nie było też szans, żeby Lale uratował przed egzekucją więźnia, a na pewno nie w taki sposób, jak to zostało opisane. I tak dalej, i tak dalej. Lista grzechów jest naprawdę długa i sprawia, że cała fabuła wali się niczym domek z kart.

Z tej perspektywy uważam książkę za złą, wręcz szkodliwą, bo mogę sobie wyobrazić, że ktoś uzna to za prawdę historyczną, a później pójdzie do "Milionerów" i się zbłaźni przed milionami widzów. Z kolei przekłamywanie obozowej rzeczywistości, aby uatrakcyjnić historię, odbieram za działanie na maksa niskie. Pytanie brzmi, czy autorka zrobiła to w pełni świadoma, bo w takiej formie perspektywy sprzedaży wydawały się lepsze, czy po prostu bez żadnej weryfikacji i refleksji, przyjęła, że to co opowiedział jej Ludwig Eisenberg, to 100% prawdy? W sumie bez różnicy, bo w obu przypadkach dała ciała. Jest jednak jeden szczegół, który wskazywałby, że Morris zrobiła to z premedytacją. Otóż w książce kilkukrotnie jest wzmianka, że Lale obawiał się iż po opuszczeniu obozu, zostanie uznany za kolaboranta nazistów, tymczasem w treści nie ma nic, co mogłoby takie obawy uzasadniać. Wręcz przeciwnie, gość jest bardziej kryształowy niż kula Kamila Stocha. Wszystkie jego działania są zawsze szlachetne i podejmowane w trosce o innych. To wręcz laurka, w którą ciężko uwierzyć nawet bez opinii historyków. Chyba ktoś tu przemilczał niewygodne momenty. Szkoda. W tematyce "obozowej" polecam raczej poszukać czegoś bardziej wiarygodnego niż "Tatuażysta z Auschwitz". No chyba, że prawda historyczna wisi ci i powiewa, grunt, żeby był dobry romans. Wtedy śmiało. Chociaż nie, romans też odwłoka nie urywa.