popKULTURA

3 rzeczy, których nie wiedziałeś o polskiej mafii

03/11/2014

Mafia. Pola­cy nie gęsi i swój epi­zod z mafią mają. Może nigdy nie był to poziom i styl gang­ster­ki, jaki zna­my z “Ojca Chrzest­ne­go”, ale też umie­li wyjść na swo­je. Zamiast odpi­co­wa­nych w gar­ni­tu­ry cyn­gli, mie­li­śmy zmon­to­wa­ne na pod­war­szaw­skich siłow­niach ban­dy kok­sów, któ­re począt­ko­wo para­ły się cink­ciar­stwem za dnia i krę­ce­niem dymu w sto­łecz­nych dys­ko­te­kach noca­mi. Czas pro­fe­sjo­na­li­za­cji przy­szedł wraz ze wzro­stem wpły­wów i docho­dów. Ban­dy ufor­mo­wa­ły się w orga­ni­za­cje z usta­lo­ną hie­rar­chią, a ciu­ła­nie gro­si­ków zastą­pio­no biz­ne­sa­mi z “wido­ka­mi” na poważ­ny hajs, czy­li hazard, prze­myt, koks, dziw­ki i hara­cze. Do tego doli­czyć trze­ba kil­ka egze­ku­cji, pobić, gwał­tów i pod­pa­leń. Ogól­nie dzia­ło się.

Pol­ska mafia to bar­dzo cie­ka­wy epi­zod z lat 90′, któ­ry docze­kał się dwóch rewe­la­cyj­nych seria­li: “Alfa­bet mafii” i “Odwró­ce­ni” oraz kil­ku­na­stu pozy­cji książ­ko­wych. Ta ostat­nia kate­go­ria zosta­ła ostat­nio wzbo­ga­co­na o kolej­ne wydaw­nic­two i to nie byle jakie, bo rela­cję z pierw­szej ręki — roz­mo­wy z byłym człon­kiem gan­gu prusz­kow­skie­go. Oso­bą tą jest Jaro­sław Soko­łow­ski, pseu­do “Masa”. Nie­gdyś jed­na z głów­nych per­son świat­ka prze­stęp­cze­go, a obec­nie bene­fi­cjent uro­czej insty­tu­cji zwa­nej świad­kiem koron­nym. Wywia­dy z “Masą” skła­da­ją się z dwóch czę­ści, ale już zapo­wie­dzia­no kolej­ne.

Polska Mafia. Masa

Pierw­szy tom, “Masa o kobie­tach” trak­tu­je głów­nie o tym, jak Prusz­ków woził się po War­sza­wie, Pol­sce i świe­cie. Jak trwo­nił zde­frau­do­wa­ną kasę i “dojeż­dżał” kon­ku­ren­cję. Kil­ka smacz­ków o usta­wio­nych kon­kur­sach miss polo­nia i pusz­czal­skich paniach, któ­re chcia­ły łatwo usta­wić się na życie. Były gale­rian­ka­mi zanim sta­ło się to mod­ne. Tak na wszel­ki wypa­dek, żeby czy­tel­nik nie zapa­łał do mafii taką sym­pa­tią, jak do “Wil­ka z Wall Stre­et”, dorzu­co­no parę moc­niej­szych opi­sów pobić i gwał­tów. Za to nie­wie­le znaj­dzie­my o samych cyn­glach i prak­tycz­nie zero sen­sa­cji, któ­re mogły­by pogrą­żyć jakieś zna­ne i wpły­wo­we oso­by z aktu­al­ne­go świecz­ni­ka. Pod­su­mo­wu­jąc, cie­ka­wa lek­tu­ra, ale dupy nie ury­wa. Dru­gi tom w zasa­dzie utrzy­ma­ny jest w tej samej tona­cji, zawie­ra jed­nak kil­ka fak­tów, któ­re mogą wyda­wać się inte­re­su­ją­ce. Oto moje Top 3.

3. May­bach ks. Jan­kow­skie­go był kra­dzio­ny. Prusz­kow­scy zała­twi­li. Nie­miec pła­kał jak sprze­da­wał zgła­szał kra­dzież.

2. Ceza­ry Pazu­ra praw­do­po­dob­nie wcią­gał koks. Są 2 opcje, albo poniż­szy frag­ment jest o Kile­rze, albo jest total­nie zmy­ślo­ny. Nikt inny nie pasu­je.

 “Przy­po­mi­nam sobie pew­ne­go cele­bry­tę, któ­ry grzał tro­chę ostrzej niż inni. Miesz­kał w moich oko­li­cach, pod War­sza­wą, i był wybred­ny – tyl­ko koka, a i to naj­lep­szej jako­ści. Jako że miał na kon­cie wie­le ról w kaso­wych fil­mach – tak napraw­dę na począt­ku lat 90. nie było fil­mu bez jego udzia­łu – mógł sobie pozwo­lić na towar pri­ma sort. Zda­rza­ło się, że jęczał mi do tele­fo­nu „Jaruś, kur­wa, już nie mogę, przy­wieź mi tro­chę prosz­ku”. Wte­dy wysy­ła­łem do nie­go chło­pa­ków. Pła­cił bez zająk­nie­nia. Cho­ciaż spe­cja­li­zo­wał się w rolach kome­dio­wych, na gło­dzie bar­dziej paso­wał do kina moral­ne­go nie­po­ko­ju; był jak zbi­ty pies. Jak tyl­ko wcią­gnął kre­skę, od razu odzy­ski­wał dobry humor i śmiał się tym swo­im słyn­nym na całą Pol­skę śmie­chem.

1. Na pierw­szym miej­scu mój ulu­bio­ny motyw. Masa wraz ze zna­jo­mym posta­no­wi­li wejść w legal­ny biz­nes, sprze­daż soków owo­co­wych. Tak powsta­ła mar­ka o egzo­tycz­nej nazwie “Patryk”. Jed­nak inte­res szedł na tyle kiep­sko, że pano­wie zmu­sze­ni byli odbyć nara­dę i ponow­nie prze­my­śleć stra­te­gię. Prze­pro­wa­dzi­li burzę mózgów i jed­no­gło­śnie stwier­dzi­li, że z tym “Patry­kiem” to tro­chę strzał w kola­no. Wypo­zy­cjo­no­wał ich jako napój dla pleb­su. Wymóż­dży­li, że trze­ba to zmie­nić, naj­le­piej tak żeby brzmia­ło zagra­nicz­nie i świa­to­wo, co przy oka­zji uza­sad­nia­ło­by wyż­szą cenę. I tak naro­dził się Dr Witt (inspi­ra­cją był Dr Oet­ker).

Przy­zna­ję, że tu mnie zasko­czył. Raz, że nie mia­łem o tym poję­cia. Dwa, że też dałem się wkrę­cić. Swe­go cza­su te soki sta­ły na naj­wyż­szej pół­ce w skle­pie i w dodat­ku sprze­da­wa­li je w takich fiku­śnych (jak na lata 90-te) butel­kach, że serio myśla­łem o nich jako o mar­ce pre­mium. I trzy, wycho­dzi na to, że moja bab­cia finan­so­wa­ła mafię.

BTW Nie­któ­re fir­my powin­ny wziąć sobie ten roz­dział do ser­ca i poważ­nie pomy­śleć nad rebran­din­giem. Np. jak moż­na nazwać wafel­ka Anu­sie Kakao?

A to widziałeś?