popKULTURA

Wilk z Wall Street

05/01/2014

W cią­gu tygo­dnia nasłu­cha­łem się tyle ochów i achów na temat “Wil­ka z Wall Stre­et”, że posze­dłem spraw­dzić na wła­snej skó­rze. Potwier­dzam, film bar­dzo dobry. W moim przy­pad­ku tyl­ko ból poślad­ka i pęcherz spuch­nię­ty do roz­mia­rów pił­ki do kosza (po wypi­ciu litro­wej coli) przy­po­mi­nał, że spę­dzi­łem w kinie ponad 3h (z rekla­ma­mi). Fabu­ła cały czas szła do przo­du i nie zosta­wia­ła mar­gi­ne­su na nudę. Film skla­sy­fi­ko­wa­ny jako dramat/kryminał, a pozio­mem humo­ru bije wszyst­kie kome­die z ostat­nich lat. Of cour­se było też spo­ro na poważ­nie, więc pro­por­cje zacho­wa­ne. Scor­se­se i DiCa­prio potwier­dza­ją, że są w for­mie, a Jonah Hill odkuł się po gów­nia­nym „This is the End” (cho­ciaż momen­ta­mi pozio­my fil­mów były podob­ne, ale w Wil­ku przy­naj­mniej jest jakiś kon­tekst) i ofi­cjal­nie zdej­mu­je mu bana. 

Jak zwy­kle przy oka­zji wpi­su pozwo­li­łem sobie na wycią­gnię­cie kil­ku wnio­sków. 

Po pierw­sze „Wilk z Wall Stre­et” oba­la tezę, że pirac­two zabi­ja sze­ro­ko rozu­mia­ną kul­tu­rę – film, muzy­ka, książ­ki. Kino było wypeł­nio­ne po brze­gi i to w tak zwa­nych godzi­nach szczy­tu, czy­li naj­droż­szej tary­fie bile­to­wej. Żad­ne tam śro­dy z Oran­ge, wtor­ki z Kin­der Bueno, czy wyciecz­ki kla­so­we tyl­ko sobot­ni wie­czór w cenie 30 zł od łeb­ka, a mimo to wyprze­da­ne wszyst­kie miej­sca. Moż­na? Moż­na! Pirac­two zabi­ja tyl­ko mar­ne pro­duk­cje. Przy­spie­sza pój­ście w świat famy o chu­jo­wej jako­ści „dzie­ła” XYZ. Dobry mate­riał się obro­ni, a pira­ci, zwłasz­cza Ci naj­tward­si, któ­rzy men­tal­nie i tak nie są goto­wi do wyda­nia pie­nię­dzy nawet jak­by im zamknąć tor­ren­ty i cho­mi­ki, za dar­mo­chę zro­bią dodat­ko­wą rekla­mę. Sam pla­no­wa­łem iść na coś inne­go, ale te zachwy­ty docie­ra­ją­ce z każ­dej stro­ny spra­wi­ły, że zmie­ni­łem zda­nie. 

Po dru­gie ludzie łyka­ją wszyst­ko bez wery­fi­ka­cji. Po pro­jek­cji chcia­łem dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Jor­da­nie Bel­for­cie (głów­ny boha­ter) i o dzi­wo, więk­szość pol­skich źró­deł poda­wa­ła mi bio­gra­fię jota w jotę iden­tycz­ną z fil­mem. Za dłu­go sie­dzę w tym biz­ne­sie, żeby łykać taki bul­l­shit. Poszu­ka­łem tu i tam, i zgod­nie z przy­pusz­cze­nia­mi, oka­za­ło się, że począt­ki karie­ry Jor­da­na i jej dal­szy ciąg były, że tak powiem, „trosz­kę” bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne i mniej zabaw­ne. Nie zmie­nia to fak­tu, że histo­ria Scor­se­se jest napraw­dę efek­tow­na i przy­jem­nie się ją oglą­da. Mimo to war­to spraw­dzić czy ktoś Cię nie ładu­je w kaka­owe oko. I mam tu na myśli szer­szą per­spek­ty­wę niż kino, w koń­cu przez naj­bliż­sze dwa lata trze­ba będzie kil­ka razy iść do urny, if U know what I mean. 

Po trze­cie, kolej­ny rok z rzę­du pro­du­cen­ci fil­mo­wi udo­wod­ni­li, że spi­na­ją pośla­dy tyl­ko kie­dy przy­cho­dzi czas nomi­na­cji do Osca­rów. Już mia­łem pisać hej­ta, jaki to 2013 był żało­sny dla X muzy, ale rzu­tem na taśmę uda­ło się tro­chę popra­wić sta­ty­sty­ki. Po świę­tach 2012 wyszedł Hob­bit, w poło­wie stycz­nia Djan­go i dłu­go, dłu­go nic. Na szczę­ście w cza­sie posu­chy moż­na było prze­trwać delir­kę wcią­ga­jąc seria­le. „Gra o tron”, „Wal­king Dead” i „Bre­aking Bad” ura­to­wa­ły sezon wio­sna-lato. Drgnę­ło lek­ko w paź­dzier­ni­ku przy zaska­ku­ją­co dobrym „Labi­ryn­cie” i kie­dy już się wyda­wa­ło, że to koniec, nie­mal w jed­nym cza­sie wypły­nę­ły: rewe­la­cyj­ny „Wyścig”, „Gra­wi­ta­cja” (któ­rej, co praw­da nie widzia­łem, ale chce wie­rzyć, że Inter­net w tym wypad­ku się nie myli), dru­ga cześć „Hob­bi­ta” no i „Wilk z Wall Stre­et”. Tytuł Man of The Year zgar­nia Leoś, któ­ry wymiótł w Djan­go i Wil­ku (Wiel­ki Gats­by to nie mój kli­mat. Uśpił mnie lepiej niż audio­bo­oki Woło­szań­skie­go, ale aktor­sko trzy­mał poziom). Zesta­wie­nie nie obej­mu­je fil­mów prze­cięt­nych i popraw­nych. Liczą się tyl­ko bar­dzo dobre i ury­wa­ją­ce dupę. 

I na koniec jesz­cze apel do dys­try­bu­to­rów fil­mo­wych – ogar­nij­cie się! W „Wil­ku z Wall Stre­et” jest naj­wię­cej cyc­ków i blow­jo­bów od cza­su „Pira­nii 3D”, a wy nada­je­cie mu PEGI-15? Bit­ches, ple­ase. Na moim sean­sie, kie­dy na ekra­nie zosta­ła zro­bio­na pią­ta lacha i czter­dzie­ste trze­cie zbli­że­nie na boob­sy, pew­na mat­ka nie wytrzy­ma­ła pre­sji i w pośpie­chu wypro­wa­dza­ła swo­je dzie­cia­ki z sali. Jak moż­na pod­sta­wiać takie świ­nie? Pomy­śl­cie o tych dzie­ciach. Jak bar­dzo musia­ły czuć się zaże­no­wa­ne oglą­da­niem cyc­ków w towa­rzy­stwie swo­jej mamy? Do takich scen potrze­ba kom­for­tu psy­chicz­ne­go i rodzi­ciel­ka nie powin­na być w pobli­żu. A do tego jesz­cze to pośpiesz­ne prze­py­cha­nie się przez ludzi (wie­le popcor­nów się posy­pa­ło, wie­le coli się pola­ło) i spa­cer wsty­du przez salę kino­wą. Powin­ni was pozwać.

BTW zna­la­złem rec­kę do tego fil­mu, zaty­tu­ło­wa­ną „Wilk z Wall Stre­et ta histo­ria nie mogła­by zda­rzyć się w Pol­sce” klik. O RLY? Od razu widać, że autor nie inwe­sto­wał w Amber Gold. Pola­cy nie gęsi i swo­je­go Gor­do­na Gekk­ko mają. Tyl­ko cze­kać, aż Sma­żow­ski weź­mie bio­gra­fię Plich­ty na warsz­tat.

A to widziałeś?