popKULTURA

Co oglądać, czyli pandemiczna ściąga serialowa

03/04/2020

Kwa­ran­tan­na, dzień **uj wie któ­ry. Prze­sta­łem liczyć. Cał­kiem moż­li­we, że na tym eta­pie izo­la­cji kon­tent z Net­fli­xa i HBO GO wyssa­li­ście już do cna, i ten wpis oka­że się darem­ny. Z dru­giej stro­ny zawsze są szan­se, że kwa­ran­n­ta­nę spę­dza­cie z “bom­bel­ka­mi”, co ozna­cza tyle, że o bin­go­wa­niu seria­li, podob­nie jak o sika­niu przy zamknię­tych drzwiach, może­cie tyl­ko poma­rzyć. Z kolei wie­czo­ra­mi, kie­dy macie tę upra­gnio­ną godzin­kę luzu, czy­li w sam raz na epi­zo­dzik, mar­nu­je­cie ją na bez­sen­sow­ne błą­dze­nie po biblio­te­ce, bo jakoś nic wam nie sia­da. No i wła­śnie do takich osób skie­ro­wa­ny jest dzi­siej­szy pościk. Wymie­nię tutaj seria­le, któ­re aktu­al­nie oglą­dam / dopie­ro co obej­rza­łem i gene­ral­nie prop­su­ję. Jed­nak co reko­men­da­cja, to reko­men­da­cja. BTW tytu­ły podzie­li­łem na trzy kate­go­rie: 1. Relak­su­ją­ce (czyt. seria­le kome­dio­we) 2.  Guil­ty Ple­asu­re (czyt. przy­jem­ne paź­dzie­rze) 3. Pozo­sta­łe (czyt. pozo­sta­łe). Leci­my.

Co oglądać, czyli pandemiczna ściąga serialowa -> Relaksujące

The Offi­ce (Ama­zon Pri­me) —  naj­lep­szy serial kome­dio­wy w histo­rii świa­ta, do któ­re­go żad­ni Przy­ja­cie­le,  żad­ne Teo­rie Wiel­kie­go Pod­ry­wu ani How I met Your Mother nie mają pod­jaz­du. Fakt, nie opi­nia. Każ­dy odci­nek to „nie­zwy­kły” (XD) dzień z życia pra­cow­ni­ków pen­syl­wań­skiej fir­my papier­ni­czej Dun­dler Muf­fin, na cze­le któ­rej stoi nie­ogar­nię­ty, acz­kol­wiek prze­ko­na­ny o swo­jej ponad prze­cięt­nej inte­li­gen­cji i prze­ni­kli­wo­ści, kie­row­nik regio­nal­ny Micha­el Scott (kla­syk, pew­nie też tak macie w robo­cie). Serial jest tzw. moc­ku­men­tem, czy­li uda­je doku­ment. No wie­cie, coś jak w Trud­nych Spra­wach -> naj­pierw jest sce­na, a póź­niej boha­te­ro­wie tłu­ma­czą swo­je zacho­wa­nie do kame­ry. Zresz­tą oba for­ma­ty łączy jesz­cze humor bazu­ją­cy na nie­zręcz­no­ści. Róż­ni­ca jest taka, że w The Offi­ce crin­ge jest zamie­rzo­ny. Cięż­ko oddać epic­kość tego tytu­łu w kil­ku sło­wach, ale gwa­ran­tu­ję, że to naj­czyst­sze zło­to, wróć to pla­ty­na, wróć to płyn odka­ża­ją­cy od Orle­nu (aktu­al­nie naj­droż­sza sub­stan­cja na świe­cie). Dosko­na­le napi­sa­ni boha­te­ro­wie, genial­ne gagi (cza­sa­mi z podwój­nym dnem) i do tego Dwi­ght Schrutt, któ­ry zasłu­gu­je na osob­ną wzmian­kę. Kochom <3. Milion/10. Sma­czek: Moż­na zoba­czyć Joh­na Kra­sin­skie­go z cza­sów, kie­dy miał jesz­cze zapad­nię­tą kla­tę.

Park and Recre­ations (Ama­zon Pri­me) — a co, kie­dy doje­dzie­cie do koń­ca The Offi­ce i będzie­cie na delir­ce? Wte­dy cały na bia­ło wjeż­dża Park and Recre­ations. Guess what? Ten serial stwo­rzy­li ci sami ludzie, co The Offi­ce, więc to nie mogło się nie udać. Róż­ni­ca jest taka, że boha­te­ra­mi są pra­cow­ni­cy Wydzia­łu Par­ków i Rekre­acji z mia­stecz­ka Pawee w sta­nie India­na (któ­rzy są rów­nie krej­zi, jak ich ziom­ko­wie ze Scran­ton). Tu rów­nież mamy do czy­nie­nia z moc­ku­men­tem, ale spo­koj­nie, serial szyb­ko wyra­bia wła­sny rytm i styl, więc nie ma stra­chu, że po każ­dym odcin­ku będzie­cie mówić: „Łeee, Biu­ro lep­sze”. Baaa cał­kiem moż­li­we, że Rona Swan­so­na poko­cha­cie nawet bar­dziej niż Dwi­gh­ta Schrut­ta. Sma­czek: Moż­na zoba­czyć Chri­sa Prat­ta z cza­sów, kie­dy był jesz­cze gru­by.

Bonus: Na Ama­zo­nie znaj­dzie­cie rów­nież wszyst­kie sezo­ny Dwóch i Pół (oczy­wi­ście te z Ash­to­nem odpusz­cza­my, wia­do­mix), Świa­ta według Bun­dych (<3) i Com­mu­ni­ty (lada dzień wpad­nie też na Net­fli­xa).

Doli­na Krze­mo­wa (HBO GO) — to z kolei mój ulu­bio­ny „współ­cze­sny” serial kome­dio­wy. Opo­wia­da o ban­dzie ner­dów, któ­rym marzy się stwo­rze­nie war­te­go miliar­dy dola­rów star­tu­pu i zyska­nie sta­tu­su następ­ców Steve’a Job­sa. Mają nawet goto­wy algo­rytm, ale jak wia­do­mo, bied­ne­mu zawsze wiatr w oczy, więc jeśli nie wal­czą aku­rat z pro­ble­ma­mi natu­ry tech­nicz­nej, to poja­wia­ją się kom­pli­ka­cje per­so­nal­ne i logi­stycz­ne. Serial w zeszłym roku doje­chał do fina­łu, dzię­ki cze­mu mogę was zapew­nić, że wszyst­kie sezo­ny trzy­ma­ją bar­dzo wyso­ki poziom, a nie­któ­re ske­cze i insajd dżoł­ki to taki sztos, że twór­com nale­żą się co naj­mniej takie okla­ski, jak pilo­tom Ryana­ira po uda­nym lądo­wa­niu.

Co robi­my w ukry­ciu (HBO GO) — koja­rzy­cie film Taiki Waiti­tie­go o czwór­ce nie­sfor­nych wam­pi­rów, któ­re uak­tyw­nia­ją się noca­mi  i pró­bu­ją pro­wa­dzić rów­nie przy­ziem­ne życie, jak “nor­mal­ni” ludzie? Faj­ny był co nie? No to chcia­łem wam tyl­ko donieść, że jakiś czas temu film został roz­bu­do­wa­ny o rów­nie śmiesz­niut­ki serial (2 sezo­ny), któ­ry wła­śnie wpadł na HBO GO. Czy war­to? A czy wybo­ry pre­zy­denc­kie odbę­dą się mimo pan­de­mii? No rej­czel. Co robi­my w ukry­ciu to takie odszko­dwa­nie za roz­pier­dol na wam­pi­rzym wize­run­ku, któ­re­go doko­nał Zmierzch. I jest to odszko­do­wa­nie wypła­co­ne z odset­ka­mi.  Brać, nie gadać. Sma­czek: Serial jest moc­ku­men­tem XD

Jak dla mnie mnie Net­flix nie ma aż takich kome­dio­wych petard, jak kon­ku­ren­cja, ale ma za to tytu­ły, w któ­re bar­dzo łatwo się wkrę­cić. Na przy­kład taki Bro­oklyn 9–9 o fajt­ła­po­wa­tych poli­cjan­tach z ADHD albo The Ranch — Ash­ton Kut­cher po śred­nio uda­nej karie­rze fut­bo­lo­wej wra­ca na rodzin­ne ran­czo, gdzie musi uże­rać się z ojcem męczy­bu­łą i wylu­zo­wa­nym bra­cho­lem, wyzna­ją­cym laj­fstajl Sno­op Doga, czy­lismo­ke weed eve­ry­day. Te seria­le mają na tyle pro­sty i prze­wi­dy­wal­ny humor, że oglą­dam je z poker fej­sem, ot raz na jakiś czas lek­ko unie­sie mi się kącik ust, ale wkrę­ci­łem się na tyle, że jeśli codzien­nie nie zassę przy­naj­mniej jed­ne­go epi­zo­du, to od razu dosta­je syn­dro­mu nie­spo­koj­nych nóg. Poza tym bar­dzo dobrze obie­ra się przy nich ziem­nia­ki. Sma­czek: Nigdy nie obie­ra­łem ziem­nia­ków. Sma­czek 2: W The Ranch poza Ash­to­nem i Dan­nym Master­so­nem, prze­wi­ja się jesz­cze kil­ku zna­jom­ków z Różo­wych lat ’70.

Co oglądać, czyli pandemiczna ściąga serialowa -> Guilty Pleasure

Oczy­wi­ście muszę zacząć od Love is Blind (Net­flix), o któ­rym już kil­ka razy pisa­łem na fejs­bucz­ku. Ten pro­gram to mix Ślu­bu od pierw­sze­go wej­rze­nia z Love Island, tyle że tysiąc razy bar­dziej uza­leż­nia­ją­cy. Jup, to zło w naj­czyst­szej posta­ci. Wiesz, że jest poeba­ny jak Lato z Radiem, ale nie możesz prze­rwać, bo chcesz wie­dzieć, jak dale­ko zabrnie jesz­cze Jes­si­ca w swej #Bar­net­to­wej obse­sji. Nie­zo­rien­to­wa­ni mogą poczy­tać wię­cej TU i TU. Ja oczy­wi­ście gar­dzę tym pro­gra­mem nie­mal tak samo moc­no, jak cze­kam na dru­gi sezon.

Dwó­jecz­ka na liście Guil­ty Ple­asu­re to serial Ty (YOU), któ­ry nie­daw­no wpadł na Net­fli­xa z dru­gim sezo­nem. Long sto­ry short -> Głów­ny boha­ter wyry­wa lacho­ny, uda­jąc roman­ty­ka, tym­cza­sem w rze­czy­wi­sto­ści jest stal­ke­rem i kie­dy lacho­ny wycho­dzą do robo­ty, wła­mu­je się do ich miesz­kań, wącha ich strin­gi, czy­ta ich pamięt­nicz­ki, insta­lu­je plu­skwy, ukry­te kamer­ki, etc. I wła­śnie dzię­ki takim zagryw­kom dosko­na­le wie, jak podejść swo­je wybran­ki, żeby stra­ci­ły dla nie­go gło­wę (dosłow­nie i w prze­no­śni). Oczy­wi­ście słod­ko jest tyl­ko na począt­ku, a póź­niej typ odpły­wa w swo­ich psy­cho­zach, co gene­ru­je moc­no popier­ni­czo­ne akcje. Moż­na powie­dzieć, że ten serial to taki Dexter dla gim­ba­zy (głu­piut­ki, naiw­ny, prze­ry­so­wa­ny), ale nie będę ukry­wał, że go uwiel­biam. Im bar­dziej akcja sta­je się absur­dal­na i zagma­twa­na, tym przy­jem­niej mi się go oglą­da.… a tak się skła­da, że dru­gi sezon to już gro­te­ska na mak­sa (czy­li zaje­bi­ście). Nie mogę się docze­kać trze­cie­go.

Co oglądać, czyli pandemiczna ściąga serialowa -> Pozostałe

The Stran­ger (Net­flix) — serial na pod­sta­wie powie­ści Har­la­na Cobe­na, któ­ry tak BTW pod­pi­sał z Net­fli­xem deala na zekra­ni­zo­wa­nie 14 ksią­żek, więc tro­chę nas pomę­czą. Sytu­acja wyglą­da nastę­pu­ją­co -> serial odpa­li­łem total­nie nie­świa­do­my co to, o czym to i z obsa­dy też niko­go nie koja­rzy­łem. Ot wysko­czył mi aku­rat, kie­dy robi­łem czwar­tą rund­kę po net­fli­xo­wym menu. Dałem mu odci­nek szan­sy, no i kur­ła wcią­gnął. Spodo­bał mi się punkt wyj­ścia, czy­li w małym mia­stecz­ku poja­wia się focz­ka w czap­ce z dasz­kiem i zdra­dza nie­zna­jo­mym tajem­ni­ce, któ­re wywra­ca­ją ich życia do góry noga­mi. A póź­niej zro­bi­ło się jesz­cze cie­ka­wiej, bo nagle ktoś zagi­nął, ktoś inny zapadł w śpiącz­kę, a komuś jesz­cze inne­mu się umar­ło. Ogól­nie nic wybit­ne­go, ale jako jed­no­ra­zo­wa przy­go­da spraw­dził się bar­dzo dobrze.

The Sin­ner (Net­flix) — adap­ta­cja powie­ści o tym samym tytu­le, autor­stwa nie­miec­kiej pisar­ki Petry Ham­mes­fahr. Pierw­szy sezon opo­wia­da histo­rię prze­cięt­nej mat­ki i żony (Jes­si­ca Biel), któ­rej pew­ne­go dnia na chwi­lę prze­sta­je coś sty­kać w gło­wie i ni z tego, ni z owe­go, żeni z kosą total­nie przy­pad­ko­we­go czło­wie­ka. Babecz­ka tra­fia za kra­ty, po czym Bill Pul­l­man odpa­la śledz­two, mają­ce dać odpo­wiedź, co się wła­ści­wie wyda­rzy­ło i dla­cze­go? Z kolei w sezo­nie numer dwa, Bill musi roz­gryźć spra­wę podwój­ne­go mor­der­stwa, o któ­re został oskar­żo­ny 13-let­ni bom­be­lek. Myk w tym seria­lu pole­ga na tym, że od pierw­sze­go odcin­ka wyda­je się, że wszyst­ko wia­do­mo, do tego spraw­ca został już uję­ty, więc w sumie nie ma o czym gadać, tym­cza­sem Bill zaczy­na drą­żyć temat i oka­zu­je się, że spa­wy mają podwój­ne dno. Bar­dzo wat­cha­ble pro­duk­cja, ponad­to sezo­ny powią­za­ne są tyl­ko posta­cią Bil­la, więc nie trze­ba zaczy­nać od począt­ku.

Bro­ad­church (Net­flix) — prawd­po­dob­nie zna­cie już ten serial, co bar­dzo uła­twia spra­wę, bo nie muszę tłu­ma­czyć, że Bro­ad­church to takie angiel­skie mia­stecz­ko w sty­lu San­do­mie­rza (tyle, że ład­niej­sze, bo z kli­fa­mi), czy­li na pierw­szy rzut oka małe i spo­koj­ne, tym­cza­sem jak się lepiej przyj­rzeć, oka­zu­je się, że miesz­kań­cy mają bar­dzo dużo bru­du pod paznok­cia­mi i co chwi­le, ktoś kogoś kil­lu­je, szan­ta­żu­je albo … gwał­ci. Nie­daw­no na Net­fli­xa wpadł trze­ci sezon, w któ­rym detek­ty­wi Alec Har­dy i Ellie Mil­ler pro­wa­dzą śledz­two wła­śnie w spra­wie gwał­tu, doko­na­ne­go na pew­nej star­szej pani i ponow­nie zaglą­da­ją pod pie­rzy­nę wszyst­kim miesz­kań­com, odkry­wa­jąc przy oka­zji wie­le nie­wy­god­nych sekre­ci­ków. Co praw­da Net­flix kazał nam cze­kać na ten sezon ponad 2 lata, pod­czas któ­rych Oli­via Col­man (Ellie Mil­ler) zdą­ży­ła zdo­być Osca­ra, stać się super­gwiaz­dą i prze­trans­fe­ro­wać do seria­lu The Crown, ale zde­cy­do­wa­nie war­to go odpa­lić.  Sku­ba­ny nadal ma to coś. Sma­czek jest taki, że w Bro­ad­church moż­na ustrze­lić dwóch Dok­to­rów Who (taki tam kul­to­wy serial na BBC). Byłe­go -> David Ten­nant i obec­ne­go -> Jodie Whit­ta­ker.

Suk­ce­sja (HBO GO) — w tym momen­cie jest to mój abso­lut­nie uko­cha­ny serial. Taki mix Gry o tron, z House of Cards i PSL-em, czy­li pato­lo­gie rodzin­ne prze­pla­ta­ją się ze spi­ska­mi, zdra­da­mi, mata­cze­niem i nepo­ty­zmem. A to wszyst­ko pod­ra­so­wa­ne jest ćpa­niem, hej­to­wa­niem, lob­bo­wa­niem i zako­py­wa­niem tru­pów w ogród­ku. Plot leci tak: Miliar­der i wła­ści­ciel impe­rium medial­ne­go pla­nu­je przejść na eme­ry­tu­rę i zasta­na­wia się, któ­re­mu z czwor­ga dzie­ci prze­ka­zać wła­dzę. Nie­ste­ty nie prze­wi­dział, że bom­bel­ki są sępa­mi i aby zapo­biec sytu­acji, że ste­ry tra­fią w ręce któ­re­goś z rodzeń­stwa, zawcza­su zaczy­na­ją pod­kła­dać sobie świ­nie #Samo­Żyć­ko. Kocham <3. Na razie wyszły dwa sezo­ny, ale na koniec poszedł taki clif­fhan­ger-petar­da, że nie ma bata, żeby nie poja­wił się trze­ci. Sma­czek: Sło­wo Fuck pada mniej wię­cej 350 razy w każ­dym epi­zo­dzie.

When They See Us (Net­flix) — tro­chę jestem w szo­ku, że ten mini serial (4 odcin­ki) prze­szedł w Pol­sce prak­tycz­nie bez echa, bo jak dla mnie, był to dru­gi naj­moc­niej­szy tytuł w 2019 roku. Zaraz po Czar­no­by­lu. Opar­ty jest na praw­dzi­wej histo­rii, któ­ra swe­go cza­su wywo­ła­ła w USA spo­re trzę­sie­nie zie­mi. Kon­kret­nie odkry­wa kuli­sy słyn­nej spra­wy “Piąt­ki z Cen­tral Par­ku”, czy­li gru­py czar­no­skó­rych nasto­lat­ków, któ­rzy zosta­li ska­za­ni za gwał, któ­re­go nie popeł­ni­li. Ot byli w nie­od­po­wied­nim miej­scu w nie­od­po­wied­nim cza­sie i tyle wystar­czy­ło, żeby doje­cha­ła ich rasi­stow­ska poli­cja. Serial jest cięż­ki, brud­ny, nie­wy­god­ny i wywo­łu­je dys­kom­fort, co z punk­tu widze­nia widza ozna­cza, że jest bar­dzo dobry. Pole­cam, Żanet­ka Lyta. P.S. Czar­no­byl (HBO GO) oczy­wi­ście też pro­po­su­ję, ale wysze­dłem z zało­że­nia, że wszy­scy już widzie­li.

Jack Ryan (Ama­zon Pri­me) — a gdy­by komuś zama­rzył się dobry serial szpie­gow­ski, to odsy­łam do Ama­zon Pri­mie, gdzie cze­ka­ją dwa sezo­ny przy­gód naj­bar­dziej kozac­kie­go ana­li­ty­ka CIA ever -> Jac­ka Ryana. O ile Ryan ostat­ni­mi cza­sy moc­no się sto­czył w wyda­niu kinowym(Chris Pine nie dowiózł), to w wer­sji seria­lo­wej odkuł się z nawiąz­ką. Trzy­ma­ją­ca za mord­kę fabu­ła, home­lan­do­wy kli­mat, z cza­sów, kie­dy tytuł dawał jesz­cze radę i god­ny budżet, dzię­ki cze­mu wizu­al­nie nie ma wsty­du. W roli głów­nej John Kra­siń­ski, któ­ry nie jest już tym chu­cher­kiem z The Offi­ceNope, teraz zde­cy­do­wa­nie bli­żej mu do Wolve­ri­na (Hej­tu­ję cię Joh­nie Kra­sin­ski). Ten serial serio wart jest wyku­pie­nia abo­na­men­tu w Ama­zon Pri­mie… ale nie musi­cie tego robić, jeśli jeste­ście w Play. Abo­nen­ci Play dosta­li z oka­zji pan­de­mii trzy mie­chy dar­mo­we­go dostę­pu… i mogą po cichu się nim podzie­lić z abo­na­men­ta­mi Plu­sa, Oran­ge, T‑Mobile i Heay­ah. Just say­in’.

For­mu­ła 1. Jaz­da o życie (Net­flix) — pew­nie nie wie­cie, ale daw­no daw­no temu, byłem fan­ty­kiem F1 (całe miesz­ka­nie zaje­ba­ne poste­ra­mi Rober­ta). Serio, nawet wybra­łem się na wyścig na legen­dar­ną Mon­zę pod Medio­la­nem i mia­łem far­cik, bo Kubi­ca zajął aku­rat 3 miej­sce. Póź­niej był ten nie­szczę­sny wypa­dek i wszyst­ko się posy­pa­ło… łącz­nie z moją zajaw­ką. Jed­nak net­fli­xo­wy doku­ment For­mu­ła 1. Jaz­da o życie, spra­wił, że F1 sta­ło się Gre­at Aga­in. To było tak dobre, że nawet Madzia się wkrę­ci­ła. Powiem wam na czym pole­ga myk. Przy­kła­do­wo sto­isz sobie przy pło­cie na Mon­zie i sły­szysz tyl­ko wziu wziu, po czym podmuch zwie­wa ci grzyw­kę i to w sumie tyle, jeśli cho­dzi o dozna­nia z wyści­gu. Boli­dy tak pru­ją, że nawet nie zdą­żysz im się przyj­rzeć, a tym bar­dziej nie wiesz, kto aktu­al­nie pro­wa­dzi. Z kolei w doku­men­cie wszyst­ko było poka­za­ne w 4K i slo­mo­tion, do tego uję­cia z pado­ków, szcze­gó­ło­we omó­wie­nie, kto z kim ma kosę, kto kogo wydy­mał na hajs, a tak­że skru­pu­lat­ne uka­za­nie jak stra­te­gie poszcze­gól­ny teamów bra­ły w łeb pod­czas wyści­gów, bo nagle zaczę­ło padać, albo ktoś w kogoś wje­chał. Ten doku­ment dla F1 jest czymś takim jak Roc­ky dla bok­su. Esen­cją i począt­kiem wiel­kiej namięt­no­ści! Prop­su­ję. Do oblo­oka­nia dwa sezo­ny.

A teraz tytu­ły, któ­re aktu­al­nie mam roz­grze­ba­ne (czyt. wła­śnie oglą­dam)

The Affa­ir (HBO GO, Net­flix) — jestem na trze­cim sezo­nie (z pię­ciu) i sam nie wiem, dla­cze­go nadal w to brnę. Oso­ba, któ­ra mi pole­ci­ła, obie­cy­wa­ła, że to dobry thril­ler, że ma tajem­ni­cze mor­der­stwo w tle i coraz bar­dziej zaci­ska­ją­ce pętle śledz­two… tym­cza­sem to oby­czaj, w dodat­ku bar­dziej pokrę­co­ny niż Moda na Suk­ces. Powiedz­my, że jest tu kil­ka posta­ci, któ­re cią­gle się scho­dzą, roz­cho­dzą i bzy­ka­ją w róż­nych kon­fi­gu­ra­cjach. No jebla idzie dostać od tej pato­lo­gii. Co odci­nek myślę sobie “Dość kur­ła, koń­czę z tym bagnem”, po czym wcho­dzi taki clif­fhan­ger, że po chwi­li doda­ję: “Albo dobra, jesz­cze jeden epi­zo­dzik wcią­gnę”. No i tak to się krę­ci. Czy pole­cam? Owszem 🙂

The Mor­ning Show (Apple TV) — to aku­rat serial, któ­ry miał być koniem zaprzę­go­wym Apple TV, jed­nak Apple nie dowio­zło innych tytu­łów, więc śmia­ło moż­na odpa­lić dar­mo­wy tydzień, przy­słu­gu­ją­cy nowym użyt­kow­ni­kom, wcią­gnąć The Mor­ning Show i Joke­ra (jup, tego z Joaqu­inem), po czym bez żalu cof­nąć suba. Wra­ca­jąc jed­nak do clue, serial opo­wia­da o kuli­sach powsta­wa­nia ame­ry­kań­skie­go odpo­wied­ni­ka Dzień Dobry TVN i już na star­cie poja­wia się pro­blem, bo na jaw wycho­dzi, że ame­ry­kań­ski Mar­cin Pro­kop (w tej roli Ste­ve Carell) mole­sto­wał współ­pra­cow­ni­ce #MeToo. Wokół spra­wy roz­no­si się spo­ry smro­dek, któ­ry musi prze­wie­trzyć ame­ry­kań­ska Kin­ga Rusin (Jenif­fer Ani­ston). Nie jest to jakaś wybit­na pro­duk­cja, ale wcho­dzi cał­kiem przy­jem­nie. Poza tym Madzi bar­dzo dobrze sia­dła, więc nie mam nic do gada­nia 😉

Kali­fat (Net­flix) — robo­czo nazwa­łem go szwedz­kim, low budże­to­wym “Home­lan­dem”, bo pri­mo jest pro­duk­cji szwedz­kiej i dru­gie pri­mo #ter­ro­ryzm.  Ot mamy poli­cjant­kę, z któ­rą kon­tak­tu­je się żona dzi­ha­dzi­sty i ofe­ru­je infor­ma­cje o zama­chu orga­ni­zo­wa­nym w Szwe­cji przez ziom­ków jej męża, w zamian za udzie­le­nie azy­lu. Po pierw­szym odcin­ku wiem tyl­ko tyle, ale zapo­wia­da się bar­dzo dobrze.

I na koniec dwa doku­men­ty, któ­re moż­na pod­su­mo­wać bon motem: “życie pisze naj­lep­sze sce­na­riu­sze”.

Pierw­szy to McMi­lio­ny (HBO GO), opo­wia­da­ją­cy o prze­krę­cie, któ­re­go ofia­rą padł McDo­nal­d’s. Otóż swe­go cza­su Maczek orga­ni­zo­wał w USA lote­rię Mono­po­ly. Mia­no­wi­cie do każ­de­go zesta­wu doda­wa­no kupon wzo­ro­wa­ny na słyn­nej grze i jak się mia­ło far­ta, moż­na było zgar­nąć spor­to­we bry­ki, albo milion dolców. Prom­ka trwa­ła kil­ka lat, ludzie wygry­wa­li i gene­ral­nie wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem, aż tu nagle ktoś odkrył, że zwy­cięz­cy są ze sobą powią­za­ni. No nie ma bata, żeby to był przy­pa­dek. Momen­tal­nie ruszy­ło śledz­two w trak­cie, któ­re­go usta­lo­no, że scho­dzi gru­by wałek, za któ­rym stoi typ o pseu­do­ni­mie Unc­le Jer­ry. FBI nie wie­dzia­ło jed­nak, na czym kon­kret­nie pole­ga prze­kręt, ani jak dotrzeć do Wuj­ka Jer­re­go, więc zaczę­li wkrę­cać dotych­cza­so­wych zwy­cięz­ców w róż­ne dziw­ne akcje, licząc, że ktoś się wysy­pie. I o tym wła­snie jest serial. Nie chcę spo­ile­ro­wać, ale powiem, że gdy­by ktoś mi sprze­dał  tę histo­rię w for­mie aneg­dot­ki, uznał­bym ją za Urban Legend. Tym­cza­sem pro­szę, to wyda­rzy­ło się napraw­dę.

Dru­ga pro­duk­cja nosi tytuł Król Tygry­sów (Net­flix) i jest jesz­cze bar­dziej nie­wia­ry­god­na niż McMi­lio­ny i jesz­cze bar­dziej pokrę­co­na niż Love is Blind. W zasa­dzie tyle się tam dzie­je, że nawet nie wiem, jak to stre­ścić. Powiedz­my, że serial opo­wia­da o eks­cen­trycz­nych hodow­cach dzi­kich zwie­rząt, o któ­rych powie­dzieć, że mają nie­rów­no pod sufi­tem, to nie powie­dzieć nic. Hodu­ją kocu­ry z zęba­mi wiel­ki­mi, jak Pałac Kul­tu­ry, zaży­wa­ją więcj mety niż w Bre­aking Bad, krę­cą tele­dy­ski a’la Zenek Mar­ty­niuk, gro­żą sobie śmier­cią, ktoś tam ma kil­ka żon, a komuś inne­mu tygrys odgry­za rękę, ale wyje­ban­ko i następ­ne­go dnia, jak gdy­by nigdy nic, zja­wia się w pra­cy. Dopie­ro zaczy­nam, ale czu­ję w kościach, że to będzie naj­bar­dziej pokrę­co­na rzecz, jaką uświad­czę od cza­su “365 dni”. Mówi­łem już, że to na fak­tach?

P.S. No i  oczy­wi­ście dziś sta­ru­je 4. sezon Domu z papie­ru (Net­flix), czy­li seria­lu, któ­ry jak mnie­mam, wszy­scy oglą­da­my tyl­ko po to, żeby zoba­czyć, jak Pro­fe­sor pla­nu­je wydo­stać się z guana, w któ­rym na wła­sne życze­nie sie­dzi po uszy 🙂

A jak nic wam nie sia­dło z powyż­szych, to pole­cam popy­kać na kon­so­li. Aku­rat wpa­dło spo­ro pan­de­micz­nych pro­mek.

#phi­lips #ambi­li­ght #75cali #naj­le­piej

A to widziałeś?