„Zła przeszłość” Mieczysław Gorzka

Ocena Pigouta:

Jak pierwszy… i drugi… i trzeci raz czytałem Mieczysława Gorzkę, byłem święcie przekonany, że zanim został pisarzem, pracował w jakichś służbach mundurowych i generalnie leci z własnego doświadczenia. A później się spotkaliśmy na żywo i mu to mówię, na co on, że XD, bo z zawodu jest księgowym. Księgowym, któremu pisanie grało w duszy, aż w końcu z tej duszy się wylało i powstał “Martwy Sad”.

Czacie, chłop wydaje pierwszą książkę i od razu trafia z postacią komisarza Marcina Zakrzewskiego, która jakby nie patrzeć, łapie się w topkę ulubionych gliniarzy w polskim kryminale. Przecież gdyby to przełożyć na uniwersum NBA, to Gorzka byłby randomowym człowiekiem z widowni, którego wytypowano, aby w przerwie meczu wziął udział w czelendżu “Traf do kosza z połowy boiska i zgarnij 100 tysięcy dolców”. I on wychodzi na parkiet, chwyta piłkę, bierze rozbieg i rzuca na dwie ręce spod cojones, bo daleko… i trafia takiego czyściocha, że nawet siatka nie drgnie. Aż chce się rzucić klasykiem -> #skubaniutki

Od tamtej pory Gorzka napisał sporo książek, czasem zmieniając konwencję i eksperymentując z formą, ale nie ma co się oszukiwać – Zakrzewski to jego największy banger. Jak “Małgośka” dla Rodowicz. Jak “Kobiety są gorące” dla Norbiego. Jak “Jestem Macho, niech kobiety mi wybaczo” Dla K.A.S.Y. Dlatego nie powinno dziwić, że przy każdej premierze spoza cyklu, pierwsze pytanie od publiki na spotkaniach autorskich brzmi: „Wszystko super, ale kiedy wróci Zakrzewski?”.

Mówicie i macie. Zakrzewski wrócił. W „Złej przeszłości”. I jest to powrót w stylu Wojtka Szczęsnego, czyli ściągają go z emerytury, żeby zagrał jeszcze jeden sezon. Co prawda jego odejście nie do końca wyglądało tak, jak u naszego golkipera, raczej związane było z różnymi krzywymi akcjami na komendzie, ale nie drążmy — wrócił, bo musiał. A musiał, bo na ulicach znowu pojawił się „Prorok” – seryjny morderca, którego Zakrzewski ścigał lata temu, ale ostatecznie nie dorwał. “Prorok” nagle zapadł się pod ziemię i słuch o nim zaginął. Sprawa pozostała otwarta, nierozwiązana i siedziała, jak drzazga w sumieniu Zakrzewskiego.

I nagle boom, „Prorok” znów się uaktywnia. Modus operandi identyczny jak za pierwszym razem, czyli zaczepia kobiety w przestrzeni publicznej i szepcze im do ucha coś w stylu: „Dzień dobry pani, przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę panią poinformować, że niestety pani umrze.” Kobiety w szoku, myślą, że to jakiś nieszkodliwy świr, więc reagują nerwowym śmiechem i tekstem-wytrychem: „Oj tam oj tam wszyscy kiedyś umrzemy”. Na co ten się odwija tak creepowo, że nawet mnie ścięło: „Ale pani umrze raczej szybciej niż później. Do widzenia.” I co? I kilka dni później kobiety faktycznie giną. Co jak co, ale bardziej adekwatnej ksywki nie mógł dostać.

W każdym razie skoro wrócił “Prorok”, wraca też Zakrzewski, dla którego to już sprawa osobista. Co prawda policja ma już nowych śledczych, młodszych i nawet ogarniętych, ale kto lepiej zna „Proroka” niż gość, który już raz się za nim uganiał i nigdy nie przestał o nim myśleć? I tak mniej więcej wygląda główny plot fabularny, ale kto już miał przelot z książkami Gorzki, ten dobrze wie, że dla niego jeden wątek to za mało. Jak tylko zaczyna się grzebanie w starych aktach i dowodach, pojawiają nowe tropy, sekrety, ukryte powiązania i zmowy milczenia. Tytuł “Zła przeszłość” jest tu bardzo zasadny, gdyż odkopywanie starych rzeczy to pierwszy krok do nowych problemów. Czasami lepiej nie dotykać, aczkolwiek im gorzej dla bohaterów, tym lepiej dla nas, bo nudy nie ma.

Osobiście słuchałem wersji audiobookowej na Storytel i muszę przyznać, że tercet Gorzka-Zakrzewski-Kosior to moje drugie ulubione trio. Zaraz po Messim, Neymarze i Suarezie. Kosior robi tu mega klimacik, Zakrzewski to nadal ten Zakrzewski, a Gorzka był niezbędny, żeby puścić to w ruch.

Ale przywalę się dla zasady i powiem to, co już mówiłem Mieczysławowi na żywo, czyli że obserwuje go od dawna i widzę, że jest już bardziej Mr Hollywood niż purystą kryminalnym, wszak jego książki od jakiegoś czasu gęsto lokują seryjniaków ze skomplikowanym logistycznie planem, wybuchy, pościgi, strzelaniny, tykające zegary, etc. Intencjonalnie to rozumiem, bo wiadomo, że wzrasta dynamizm i dramaturgia, czyli teoretycznie większy nerw podczas lektury, aczkolwiek mój umysł nie potrafi takich akcji osadzić w polskich warunkach i często reaguje na tego typu wstawki -> “Taaa od razu! We Wrocławiu, mieście sympatycznych krasnali i Marii Radosz takie rzeczy? Plizz”. Ale w sumie dobrze mi Gorzka wtedy odparował na ten zarzut, że ja szufladkuje autorów i zakładam, że jak ktoś napisał jedną książkę w konkretnym tonie, to z urzędu już wszystkie kolejne będą w takich samych klimatach, tymczasem autorzy eksperymentują, ewoluują, chcą iść tam, gdzie ich jeszcze nie było i co najważniejsze, nie chcą się nie nudzić się przy pisaniu, bo to pierwszy krok, żeby czytelnik usnął w pierwszym rozdziale, a tak się składa że go morderstwa pijanych szwagrów nie kręcą. Przyjmuje to, chociaż część mnie krzyczy “Ale pijanych szwagrów z siekierą to ty szanuj”.

Podsumowując -> Zakrzewski is back i nadal jest upartym, nieugiętym skurczybykiem + dzieje się, jak w Kryminalnych Zagadkach Miami + Kosior król.