„Uczeń seryjnego mordercy. Historia nastolatka, który został prawą ręką bestii z Houston” Katherine Ramsland, Tracy Ullman

- Tytuł:"Uczeń seryjnego mordercy. Historia nastolatka, który został prawą ręką bestii z Houston"
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
True crime ma się w Polsce doskonale i nawet z tym nie handluje (sprawdźcie topkę podcastów). Ludzie z jakiegoś powodu lubią ten gatunek i ja też mam ciągoty, więc nie oceniam. Ale był taki moment po “fali popularności Teda Bundy’ego”, kiedy można było odnieść wrażenie, że true crime zmienia się w wyścig pt. kto znajdzie jeszcze bardziej zwyrolskiego mordercę, z jeszcze większą liczbą ofiar i jako pierwszy opowie jego historię. Oczywiście z detalami każdej zbrodni. A jak będzie narracja pierwszoosobowa, to już w ogóle wygryw. Dodaj do tego tekst na okładkę -> “Ted Bundy przy naszym mordercy to był harcerzyk” i masz bestseller.
Krzywość tej akcji polegała na tym, że true crime od przystani “ale jak to możliwe, że taki psajko-killer tak długo pozostawał nieuchwytny, zjednywał sobie ludzi i w ogóle wszyscy w szoku, bo dzień dobry zawsze powiedział?”, zaczęło dryfować do “wincyj brutalności i krwi”, bo ludzie mają znieczulice i trzeba naprawdę mocnego towaru, żeby ich rozruszać.
I dlatego, jak zobaczyłem pierwszy raz książkę “Uczeń seryjnego mordercy”, poczułem lekki niepokój. Który to będzie kejs? Jeśli ten drugi, to I’m out. Na szczęście jest to kejs nr 1. Dostajemy tu rzetelny reportaż, który możne dla kogoś być nawet zbyt rzetelny. Dlaczego? Ano dlatego, że choćby nie wiem co się działo, narratorka ani przez moment nie ocenia kolesi, o których opowiada książka. Nope, cały czas na chłodno podaje fakty. Jak czytałem, to miałem takie -> Ale potęp ich! No weź, bo się stresuje!
Na ten przykład Ann Rule, czyli autorka książki o Tedzie Bundym, znała Bundy’ego osobiście, więc co chwile nadpisywała poszczególne rozdziały -> “Jak usłyszałam, że podejrzanym jest Ted, nie wierzyłam, przecież znałam go, on taki nie jest”. A tu cały czas bez zaangażowania emocjonalnego.
Druga rzecz jest taka, że książka opowiada o seryjnym mordercy Deanie Corlli, który grasował w latach 70’ w Houston w USA i udowodniono mu 28 zabójstw. Miał ksywkę Candy Man, bo polował na młodych chłopców, którym dawał cukierki. Jednak książka nie skupia się na statystyce -> “no ten to ma tyle żyć na sumieniu, że to się na bank świetnie sprzeda”.
Tutaj motywem przewodnim jest manipulacja, gdyż Deanowi Corlli “jakimś cudem” udało się uczynić dwóch nastolatków swoimi wspólnikami. Nie tylko pomagali mu w zabójstwach, ale też w typowaniu i zwabianiu ofiar, a także ukrywaniu ciał. Jednym z tych chłopaków był Elmer Wayne Henley Jr. Młodzian, który nie miał zbyt kolorowo w domu, życiowo też trochę bez sensu się kręcił, aż tu pewnego dnia poznał Dean Corllę. Elmer nie był głupi i intuicyjnie wyczuwał, że chłop jest trochę śliski, więc sobie ustalił, że w momencie, kiedy Corlla wyskoczy z jakimiś dziwnymi prośbami, albo zrobi coś podejrzanego, to on się z tego układu momentalnie wymiksuje, bo nie szuka kłopotów… a chwilę później pomagał mu przy morderstwie. I to trwało kolejne lata, a liczba ofiar rosła.
Elmer sam oddał się w ręce policji i opowiedział całą historię, która dała potężnego klina psychologom kryminalnym -> czy z dziecka da się zrobić mordercę? Czy można tak zmanipulować człowieka, żeby przesunął swoje granice moralności? I czy taka osoba jest oprawcą czy ofiarą?
Autorki, Katherine Ramsland i Tracy Ullman, próbują odpowiedzieć na te i więcej pytań, przytaczając nie tylko całą chronologię zdarzeń, ale powołując się również na różne badania i publikacje, więc od czasu do czasu padają tu zdania w stylu “Zwiększony wyrzut dopaminy w układzie limbicznym zmniejsza aktywność kory mózgowej” / “Ciało migdałowate coś tam coś tam”.
Kawał dobrego reportażu m.in. o ludzkiej psychice. Ta sama półka, co “Mindhunter”.
Tłumaczenie: Łukasz Hajdrych