„Noc szpilek” Santiago Roncagliolo

Ocena Pigouta:

„Przeczytałem peruwiański thriller, bardzo polecam!”

Czy zdanie może brzmieć bardziej hipstersko i snobistycznie? Nie sądzę. Niemniej fakty są takie, że bardzo mi się podobał i gdzieś tam w głębi duszy czuję się wyrafinowanie, wszak prosty chłop here, tymczasem liznąłem innej kultury/mentalności i ten eksperyment skończył się sukcesem.

Jest tylko jedno „ale” przy tej książce -> szachowanie słowem „thriller”, które z miejsca ustawia czytelnika w określonych ramach i oczekiwaniach po tej książce, tymczasem w rzeczywistości więcej tu obyczaju. Absolutnie nie jest to problem na etapie czytania, bo jak już się zacznie, ta historia pochłania. Bardziej chodzi o świadomość po co sięgamy.

Już punkt startu jest intrygujący, bo zaczyna się niczym film dokumentalny w stylu jordanowego „Last Dance”, czyli gadające głowy wspominają, jak to było, z tym że głównych bohaterów trzeba do nagrania tego filmu przymuszać szantażem.

Mamy czterech typów -> Beto, Moco, Carlosa i Manu, którzy kolejno wchodzą do pokoju z ustawioną kamerą i mają opowiedzieć, co wydarzyło się 20 lat temu. Nie wiemy, kto ich o to prosi, ani dlaczego, ale z kontekstu domyślamy się, że historia, którą opowiedzą, prawdopodobnie nigdy nie wyszła na jaw, albo nie została wyjaśniona w szczegółach -> jeden z nich rzuca: „Nie po to 20 lat trzymałem gębę na kłódkę, żeby teraz o tym mówić”.

Że historia jest z kategorii grubszych -> „Nie byliśmy przecież żadnymi potworami. Możliwe, że trochę…. przeholowaliśmy”. I wiemy również, że robią tę spowiedź wbrew sobie -> „Skoro już mnie zmuszasz, żebym to opowiedział, to zostaw mnie przynajmniej samego w pomieszczeniu”.

Wstęp jest z kategorii łapiących za mordkę. Na dzień dobry zgarnia naszą uwagę, obiecuje pi***olnięcie, ale też kompulsywnie człowiek zaczyna snuć teorie, cóż takiego mogło się stać, skoro taka zmowa milczenia nastąpiła, ale równocześnie są na wolności. A może już swoje odsiedzieli?

I tu zaczyna się historia właściwa, czyli chłopaki zaczynają opowiadać o wydarzeniach z lat 90., kiedy chodzili do męskiej szkoły prowadzonej przez jezuitów. Każdy rozdział to fragment opowieści jednego z nich. Na początku rzucają trochę tła na okres, w którym dorastali, jak się wtedy żyło, z jakich domów pochodzą, jakie były racje między nimi oraz innymi uczniami, aż w końcu docierają do dnia, kiedy jedna sytuacja zmieniła wszystko. Była jak przewrócenie kostki domina, która to zaczęła przewracać inne kostki. Wszystko zmierza do jebitnej katastrofy i nie widać sensownego wyjścia, a jednak chłopaki podejmują desperackie ruchy, żeby minimalizować straty. Problem polega na tym, że desperackie ruchy często tylko pogarszają sprawę.

Obserwowanie, jak to wszystko puchnie, totalnie mnie pochłonęło. Jup to jest jedna z tych książek, gdzie w wersji audiobookowej siedzisz pół godziny w samochodzie pod domem i czekasz aż rozdział się skończy. Ale tak jak wcześniej zaspoilerowałem, zanim to wszystko eskaluje, bardzo dobrze poznamy tych chłopaków i ludzi z ich otoczenia, zrozumiemy, jakie życiowe konsekwencje wywoła ta potencjalna katastrofa i ta wiedza sprawia, że siedzimy w tym jeszcze mocniej. Mamy swoje sympatie i antypatie, widzimy okoliczności łagodzące, ale też idiotyczne ruchy. No generalnie wkręcamy się i przeżywamy to. No i poza samą inbą, to jest książka o przyjaźni, dorastaniu, trudnym starcie, braku wsparcia, przeżywaniu jakiegoś guna w czterech ścianach, które po wyjściu z domu trzeba schować do kieszeni i grać normalnego nastolatka.

Jestem bardzo na tak dla tej książki, ale też dla Wydawnictwa Art Rage https://www.facebook.com/bookrage , które nadal wierzy, że na polskim rynku jest miejsce nie tylko na mainstream i selekcjonuje te perełki z całego świata i nam podrzuca, wierząc, że kiedyś się na nich poznamy i w końcu będą mieli miesiąc bez martwienia się o płynność finansową. Bardzo was zachęcam, żeby im zaufać i wesprzeć, bo świetną robotę robią.