„Rumor” Robert Małecki

- Tytuł:"Rumor" Robert Małecki
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
A z nową książką Roberta Małeckiego to powiem wam, że już po okładce wiedziałem, że dzieje się coś nietypowego. Gość z miną, jakby właśnie nadepnął na klocek Lego, stylówka survivalowa, zęby jak z reklamy Colgate, a w tle las – czyli jeśli była to wycieczka na grzyby, coś ewidentnie poszło nie halo. Myślę sobie: Małecki coś kombinuje. I bingo. „Rumor” to nie klasyczny kryminał z detektywem alkoholikiem i trupem pod tapczanem, tylko pełnoprawny akcyjniak. Robert zrobił przesiadkę z mrocznej prozy w stylu noir na coś, co spokojnie mogłoby mieć hasło promocyjne: „ale urwał!”.
Trochę zaskakujący transfer, bo chyba się zgodzimy, że Małecki siedzi sobie wygodnie na tronie polskiego kryminału i wszyscy biją pokłony, a tu nagle – eksperyment i wyjście że strefy komfortu. To tak, jakby Chmielarz porzucił Mortkę i zaczął pisać historie o bezimiennym typie, który rachuje kości lepiej niż księgowi VAT… oh wait.
Książka rozpoczyna się od sceny, w której policja wjeżdża z koparką na jakąś działkę i zaczyna „drążyć”. Przez szparę w żaluzjach cała sytuację obserwuje Andrzej „Rumor” Rumowski, który mieszka po sąsiedzku. Kiedy widzi, ze policja na coś trafiła, głośno przełyka slinę i nastawia się psychicznie, aby za chwilę wiarygodnie odegrać scenę pt. „Ludzkie szczątki za moim płotem? Nie może być, szok”. Równolegle poznajemy postać Marcina Zgonowicza, znanego dziennikarza i podcastera true crime, a drzewiej znajomego Rumora. Zgonowicz szybciutko wyczuwa nośny kątęt w sprawie odnalezionych zwłok i robi z niej serię materiałów, wyciągając przy okazji nieznane fakty i docierając do świadków, którzy dają ciekawe konteksty. Już na tym etapie wygląda to na grubszą intrygę, tymczasem do gry włącza się jeszcze ex gangster.
Dalej to już leci na łeb, na szyję. Sytuacja napięta jak plandeka na żuku, teorie zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Małecki nie zwalnia ani na sekundę i tylko dorzuca do pieca. Rozrywkowo naprawdę wysoka półka. Zacząłem czytać o 7 rano na lotnisku, kontynuowałem w samolocie, skończyłem o 3 w nocy w hotelu. Strony znikały jak złe, a ja byłem w tym stanie, wiecie – „Nie no, teraz nie mogę skończyć. Jeszcze jeden rozdział. Tylko jeden…”
Fajne. A jednak nie powiem, że to moja ulubiona książka Małeckiego. I nie chodzi o żadne pisarskie wpadki, tylko o moje prywatne zajawki. Bliżej mi do purystycznego kryminału, gdzie wszystko jest depresyjne, powolne i zostawia cię na koniec z uczuciem, jakby ktoś rzucił ci 5-tonowe kowadło na bary.
Tymczasem „Rumor” to akcyjniak, który – owszem – żre, ale nie da się nie zauważyć kilku wygodnych dla fabuły zbiegów okoliczności. W książce to działa, nie robię z tego wielkiego halo, ale jak w głowie zwizualizowałem sobie serial, to wiem, że w paru miejscach zadałbym twórcom trudne pytania, zaczynające się od: „Niby jak?”
Niemniej rozumiem, że Małecki mógł potrzebować przewietrzyć głowę, napiąć mięśnie w innym kierunku, spróbować się w nowej formule. I ani trochę się nie zdziwię, jeśli „Rumor” okaże się jego największym bestsellerem – to książka bardziej uniwersalna, otwierająca się na nowych czytelników. A jeszcze Empik zrobił z tego superprodukcję audio – z dźwiękami, muzyką, narracją – więc tym bardziej.
I jest jeszcze smaczek – akcja „Rumoru” częściowo rozgrywa się na dzielni Katarzyny Puzyńskiej – Brodnica, jezioro Bachotek. Byłem tam kiedyś u Kasi i śmialiśmy się, że pod ziemią, tą ziemią, po której chodzimy, jest więcej ciał niż gwiazd na niebie… przynajmniej w jej książkach. A tu psikus – Małecki zrobił jej +1 w statystykach zgonów. #kolega