„Krzyk Orła” Smirnoff Karin

Ocena Pigouta:

A pamiętacie jeszcze „Millenium” Stiega Larssona? Jaki był szał w Polsce na tę trylogię? Gdzie się nie poszło, wszyscy o tym gadali -> „Ale ten Stieg wymiata co nie?”, a cały ten szum, przerodził się w wielką falę popularności skandynawskich kryminałów. Empik nafaszerowany był książkami, które szczuły tekstami z okładek -> „Godny następna Stiega Larrsona”, „Mocniejsze niż Millenium”, bla bla bla.

Oesu, ale to było męczące. Nie wiem w sumie, dlaczego, ale jak coś staje się ultra popularne, załącza mi się odruch obronny i mam ochotę iść pod prąd (chyba jestem prawdziwym Polakiem). Ludzie wychwalali, a ja gadałem, że „przehajpowane”. A później przeczytałem i kurde stałem się ultrasem Larrsona.

To były naprawdę konkretne, wielowątkowe thrillery, w których przewijało się wiele nieszablonowych postaci, każda z nich prowadziła swoje życie, oderwane od reszty bohaterów, ale na końcu, te wszystkie losy splatały się w ramach jednej intrygi i bardzo satysfakcjonująco zostały domknięte. Naprawdę byłem pełen podziwu nad rozmachem oraz skalą skomplikowania „Millenium”, bo to był poziom, na którym autor na bank musi zawiesić na ścianie tablicę korkową i zacząć łączyć pinezki kolorowymi nitkami, żeby nie pokręcić, kto z kim ma sztamę, a z kim kosę.

A później wyszła kontynuacja „Millenium” spod pióra nowego autora -> Davida Lagercrantza. Już na dzień dobry byłem bardzo na NIE, uważając, że to komercyjne świętokradztwo i seria nie powinna być przedłużana w taki sposób… ale ostatecznie ten pierwszy tom przeczytałem. Dziś go totalnie nie pamiętam pod względem fabuły, ale w głowie przebija się wspomnienie, że książka nawet mi się podobała i to moje podejście z każdą stroną zmieniało się z NIE, na „No w sumie, w tym wszystkich chodzi o fajne spędzenie czasu i poznanie ciekawej historii, a to, o dziwo się udało”.

A teraz, po latach „Millenium” dostaje tom siódmy i znowu nastąpiła zmiana autora. Tym razem jest to Karin Smirnoff, której osobiście totalnie nie kojarzę, ale z riserczu wynika, że w Szwecji robi karierę. Ot jej poprzednie książki są bestsellerami, ma przetarcie dziennikarskie + jakieś sukcesy w biznesie. Uznano, że jest godna, aby pociągnąć dalej ten cykl.

Dziś to odświeżanie serii w ogóle mnie nie rusza. Hajp na „Millenium” dawno mi uleciał, a w międzyczasie widziałem w popkulturze tyle ordynarnych skoków na kasę, że moją jedyną reakcją jest „aha ok, w ten sposób”. Znowu podszedłem do tego na zasadzie -> jeśli książka dowiezie, to spoczko, a jeśli nie, to jutro o niej zapomnę i skupię się na czymś innym.

W „Krzyku Orła”, bo tak się nazywa ten tom, dostajemy typowe dla Millenium naszpikowanie bohaterów, którzy początkowo mają swoje sprawy i ich losy rozwijają się równolegle. Mikael Blomkvist na dzień dobry musi przyjąć do wiadomości, że era prasy drukowanej się skończyła i jeśli chce zostać w obiegu, musi przerzucić się na podcast. Ponadto jego córka się hajta, więc jedzie do niej na wioskę, a na miejscu odkrywa, że przyszły zięciu jest zamieszany w podejrzane interesy z jeszcze bardziej podejrzanymi ludźmi. W tym samym czasie na Lisbeth Salander spadają życiowe komplikacje – zostaje tymczasową opiekunką dla siostrzenicy, bo matka dziewczynki zaginęła w dziwnych okolicznościach, a poza Lizabeth, nie ma kto się nią zająć. Oczywiście okaże się, że to zaginięcie, to też grubsza sprawa i wymaga prześwietlenia. Jest jeszcze złol z aspiracjami złoli z Bonda, wątek kryzysu energetycznego, który jest aktualnym problemem dla świata. Baa nawet Greta Thunberg się przewija.

„Krzyk orła” można ocenić dwupoziomowo. Jeśli podejdziemy do niego, jak do thrillera niepowiązanego z kultowym „Millenium”, to jest bardzo dobrze. Fajnie rozwija postaci, intryga wciąga, jest to dręczące pytanie, co swoimi działaniami chce ugrać złol i jak to wszystko się splecie? No generalnie chce się progressować tę historię. Ale jest jedno ALE. Minaowicie, że to jednak jest powiązane ze starym „Millenium”, co z automatu oznacza, że mamy jakieś oczekiwania i wyobrażenia. I tutaj niestety widzę dwa słabe punkty.

Pierwszy to ospały Mikael Blomkvist, którego pamiętam, jako przenikliwego skurczybyka, a teraz trochę się snuje i emanuje pasywnością.

Dwa -> za mało pieprzu. Oryginalne „Millenium” lokowało wulgaryzmy, przemoc, mocne sceny seksu, bohaterowie szli taranem, hackowali, szantażowali i mataczyli. Tutaj jest bezpiecznie, niby są różne rzeczy, ale bez przesadnego podkręcenia. Trochę tego Larrsonowego pazura brakuje.

Podsumowując -> książka solidna, w którą spokojnie można się wkręcić i docenić, bo jednak wielowątkowość > fabuły z jednym bohaterem, który idzie po sznurku. ALE. Ale to, co jest jej potencjalnym wabikiem, czyli koneksja z bestellerowym „Millenium”, jest równocześnie jej krzyżem, bo nie da się uciec od porównania, co było wtedy, co jest teraz. Identyko, jak z nowym „Indiana Jonesem”