„Kłamca” Steve Cavanagh

Ocena Pigouta:

Jeśli Coben niczym już was nie zaskakuje, czas, żebyście poznali się ze Stevem. Stevem Cavanaghem. Facetem, który jest jak… żuramen. Yyy ostatnio byłem w Żabce i, jak gdyby nigdy nic, oglądam sobie kanapeczki, wtem moim oczom ukazuje się pojemnik z napisem „żuramen” – czyli połączenie naszego żurku z japońskim ramenem. Krejza. Tymczasem ludzie w necie piszą, że w pytkę.

Ale wracając do brzegu, Steve Cavanagh jest jak połączenie Harlana Cobena z Johnem Grishamem. Wziął co najlepsze od obu, czyli dynamiczne, wciągające thrillery oraz efektowne dramy sądowe, połączył to w całość i wrzucił na wyższy level.

Głównym bohaterem jego najpopularniejszej serii jest Eddie Flynn – były kanciarz, obecnie adwokat, aczkolwiek nadal zdarza mu się zagrać nieczysto <powiedzenie o starym koniu i nowych sztuczkach, welcome to>. Można powiedzieć, że kodeks karny zna równie dobrze jak ciemne zaułki Nowego Jorku, a z kastetem w kieszeni czuje się równie pewnie, jak na sali sądowej.

I myk jest taki, że Steve Cavanagh popełnił już bodajże siedem tomów z Eddiem, które zagranicą cieszą się większą popularnością niż paczka paluszków na domówce, ale w Polsce mamy lekkie opóźnienie i właśnie dotarliśmy do trzeciej części, pt. „Kłamca”.

W przeszłości Eddie trochę dram już przeżył – porwanie córki, walka o życie z ruską mafią, etc., ale jak dobrze wiemy, bohaterowie thrillerów miewają co najwyżej krótkie przerwy pomiędzy kolejnymi kataklizmami, więc nikogo nie powinno zdziwić, że nowa inba is coming. Tym razem do Eddiego przychodzi stary znajomy, któremu całkiem przypadkowo też porwali córkę, ale on ma plan, jak ją odzyskać… jednak jest to plan dość kreatywny pod względem prawa, więc już zawczasu chce sobie przyklepać papugę. Eddie wie, że wchodzenie w ten układ to nie jest dobry pomysł, ale jako ojciec, który przechodził porwanie bombelka, odczuwa empatię i przyklepuje. A później sprawy tak się komplikują, że Eddie będzie musiał skorzystać ze swojego skilla „w ryj dać, mogę dać” oraz wejść w tryb Saula Goodmana z Better Call Saul i wykazać się na sali sądowej.

Oglądaliście Jacka Reachera i widzieliście masę filmów, w których rozprawa sądowa zmienia się w szoł – prawnicy wyciągają gejmczendżerowe dowody z rękawów, jak dzieci stare kanapki z plecaków, a mowy końcowe są tak przejmujące, że pozostaje tylko zrobić drop the mic. Połączcie to w całość i macie „Kłamcę”. Jest dynamicznie, brawurowo, efekciarsko i ze srogim napięciem.

A realizm? – zapyta ktoś. Skoro już na dzień dobry powiedziałem, że Cavanagh to Coben 2.0, to wiadomo, że bywa naciągany niczym stare dresy po czterech praniach, ale plizz – to chyba oczywiste, że jesteśmy w gatunku „złapać czytelnika za gardło na pierwszej stronie i nie puścić aż do ostatniego zdania”. Tu się nie drąży, w to się wchodzi bez zadawania pytań.

I co ważne – cykl z Eddiem jest świeży, jeśli chodzi o formułę. Są nowe pomysły, zaskakujące twisty i niekonwencjonalne zagrywki. Na etapie trzech tomów nie ma tu jeszcze powtarzalnego schematu. Steve i Eddie dają radę.