Tomasz Żak „Dwudziestka”

Dwudziestka

Tomasz Żak to taki trochę oszust matrymonialny. Póki co znamy się tylko internetowo, ale już tyle wiadomości wymieniliśmy, że nie będzie nadużyciem, jeśli powiem o nim ZIOM. ALE! Ale jak pierwszy raz do mnie napisał grubo ponad rok temu i gadaliśmy o książkach, od słowa do słowa wyszło, że on też coś tam pisze na boczku i szykuje się do debiutu. A mówił o tym taaaak skromnie i nieśmiało, że wyobraziłem sobie chłopaka, który żyje marzeniem o pisarstwie, ale nie ma zaplecza, więc zrobiło mi się żal, że to marzenie rozbije się o górę lodową zwaną „polskim rynkiem wydawniczym” i kompulsywnie napisałem -> To jak skończysz, ślij do mnie egzemplarz na beta testy i zobaczymy (w domyśle -> może załatwię ci 10-ciu czytelników).

Minęło kilka tygodni, w sumie zapomniałam o sprawie, wtem na PigOutowe ranczo wbija kurier i wręcza mi paczuchę. Otwieram, a tam Tomasz Żak „Trzydziestka” z dedykacją. Ale nie jakaś bida wersja z okładką wypoconą w paincie, tylko legitny egzemplarz z logo Wydawnictwo W.A.B., czyli topka, zwłaszcza jak się jest debiutantem, a do tego blurb od Marcin Meller… i jak się później okazało, Meller trafił kiedyś na teksty Tomka, dostrzegł potencjał i zmotywował do pójścia krok dalej -> Boom, „Trzydzieska”, która w moim prywatnym rankingu trafiła do TOP10 książek przeczytanych w 2021 wraz z dopiskiem „niespodzianka roku”.

I nie trafiła tam bez przyczyny. Nope, okazało się, że Tomek ma łeb jak sklep, umie czytać popkulturę, wie jakie motywy działają, jakie nie, umie też w storytelling i koniec końców wysmażył kryminał w stylu KFC, czyli palce lizać. Roboczo sklasyfikowałem go jako mix „Plebanii” z „Quentinem Tarantino”, bo akcja zaczyna się w zapomnianej przez Boga pipidówie, gdzie rządzi burmistrz, który w oczach mieszkańców jest zarąbiście obrotnym i efektywny gospodarzem, ale tak naprawdę to Janusz Tracz w wersji 2.0, który kręci lepsze lody niż ̶A̶l̶g̶i̶d̶a̶ Ekipa, a jak trzeba kogoś dojechać, to też dojedzie.

Już brzmi groźnie, tymczasem ktoś nierozważny morduje temu burmistrzowi syna, co sprawia, że Janusz Tracz się wk**** i przechodzi w wersje 3.0. Sami rozumiecie, że miło i przyjemnie nie będzie. A żeby było lepiej, w tej samej miejscowości mieszka jeszcze kilku śliskich typów, którzy też lubią patrzeć, jak świat płonie… i właśnie w tym momencie zaczyna się Quentin Tarantino.

„Trzydziestka” była bardzo dobra, tymczasem właśnie wyszła kontynuacja -> „Dwudziestka” i okazało się, że jest jeszcze lepsza. Tomek zrobił taki progress pisarski, że ja nawet nie. Fabuła kolejny raz jest satysfakcjonująco przekminiona i przynajmniej 10 razy robi czytelnika w konia. Co prawda tym razem prowincja została zastąpiona wielkomiejskimi klimatami, ale nadal są szaleni ludzie i tarantinowski sznyt, aczkolwiek plot twisty to nie wszystko, co książka ma do zaoferowania. Nope, na osobne propsy zasługuje styl. Językowo to jest petarda. To jest ostre, sarkastyczne, z odniesieniami do bieżących wydarzeń i zaczepkami do osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, a miejscami też…. hmm jakby to powiedzieć… przyżulczykowane, czyli trafiają się tak krzepko brzmiące i przy okazji celnie uchwycone myśli, że aż chce się zrobić printscreena, nauczyć tych cytatów na pamięć i udawać na mieście, że sami na nie wpadliśmy.

„Dwudziestka” jest w pytkę i śmiało bierzcie ją na warsztat… podziękujecie później. Temat tym przyjemniejszy, bo kilka dni temu dałem wam kody na darmowy miesiąc w Empik Go (nadal aktualne) i tam znajdziecie wersje ebookową oraz audio zarówno do „Dwudziestki”, jak i do „Trzydziestki”, więc bezkosztowe testy #najlepiej. A kto już zna Tomka i wie, że jaki to poziom, cyk link do wersji papierowej -> https://tiny.pl/9pvvd

P.S. Mordo cieszę się, że to dowiozłeś i nie musimy robić Friendship Over za rołstującą reckę. Minus jest taki, że zrobiłeś sobie konkretny pressing na kolejną książkę. Nie zazdroszczę