popKULTURA

American Assassin. Iść, czy nie iść?

18/09/2017
american-assassin-1-full

Umówmy się, że wrze­śniowy reper­tuar kinowy dupy nie urywa. Niby mamy “To”, czyli muro­wany hicior fre­kwen­cyjny, sequel “King­smana”, któ­rego pierw­sza część została bar­dzo dobrze przy­jęta przez publikę, remake “Linii życia”, czyli hiciora z 1990 z tłu­ściutką obsadą (Kefir Suther­land, Julia Roberts, Kevin Bacon — oczy­wi­ście cho­dzi o ory­gi­nał), czy choćby nowe dzieło Par­tyka Vegi “Botoks”, które zapewne okaże się mega padaką i zlep­kiem nie­po­wią­za­nych ze sobą sce­nek, ale swoje i tak zarobi — popły­nie na fali popu­lar­no­ści “Pit­bulla”, poza tym wul­gar w pol­skim fil­mie zawsze dobrze się sprze­daje. Nie­mniej patrząc cało­ściowo, szału ni ma, ot pra­wie same powtórki z roz­rywki. Mimo wszystko liczy­łem, że jeden tytuł zasko­czy. Mam tu na myśli “Ame­ry­kań­skiego Zabójcę” (Ame­ri­can Assas­sin), czyli ekra­ni­za­cję książki Vince’a Flynna, z dość cie­kawą obsadą — Dylan O’Brien (“Wię­zień Labi­ryntu”), Tay­lor Kitsch (“John Car­ter”) i Michael Keaton (chyba nie muszę wymie­niać). Co prawda z książką nigdy nie mia­łem do czy­nie­nia, ale za to jakiś czas temu widzia­łem tra­iler filmu i muszę przy­znać, że zro­bił na mnie duże wra­że­nie — ter­ro­ry­ści zabiją mło­demu typ­kowi żonę dziew­czynę, na co ten z deczka się wkzde­ne­ro­wo­wał i zaczyna krwawą ven­dettę, ser­wu­jąc przy tym wyso­ko­ga­tun­kowe łama­nie krę­go­słu­pów i skrę­ca­nie kar­ków. Zajawka sprze­da­wała obiet­nicę, że oto objawi się godny następca “Upro­wa­dzo­nej” (pierw­sza część of course) i “Johna Wicka”, a tak się składa, że aktu­al­nie jestem w nastroju na dokład­nie takie kino.

 

Hmmm…

Cóż moja wizja nie do końca się spraw­dziła. Miało być mało gada­nia i jesz­cze mniej pro­ble­mów moralno-egzystencjonalnych, za to dużo kil­lo­wa­nia. I co? I jajco. Wyszło tro­chę ina­czej. Mitch (O’Brien), czyli gostek, który stra­cił “pra­wie żonę”, fak­tycz­nie się zago­to­wał i chce w rewanżu spu­ścić łomot ter­ro­ry­stom, ale spo­sób, w jaki pla­nuje to zro­bić, wywo­łuje już uśmiech poli­to­wa­nia. Otóż zamyka się na pół­tora roku na cha­cie, za dnia uczy karatę z jutuba, a wie­czo­rami cza­tuje sobie na fej­sie z ter­ro­ry­stami, wkrę­ca­jąc im ściemę, że Allah rulez i że chciałby dołą­czyć do Al-Qaidy. Oczy­wi­ście ter­ro­ry­ści ot tak zapra­szają go do sie­bie na roz­mowę rekru­ta­cyjną, na co ten jedzie z nie­cnym pla­nem, żeby powy­bi­jać ich gołymi rękami, jed­nego po dru­gim, a póź­niej… a póź­niej się zoba­czy co dalej… i ta kome­dia absur­dów trwa­łaby w naj­lep­sze, gdyby do akcji nie wkro­czyło CIA, nie zwer­bo­wało Mit­cha i nie wysłało na tre­ning do Micha­ela Keatona, wete­rana, który dora­bia zmie­nia­jąc mło­dych chłop­ców z nad­mia­rem testo­ste­ronu w maszyny do zabi­ja­nia. Ten oczy­wi­ście tem­pe­ruje cha­rak­te­rek mło­dego i prze­kie­ro­wuje jego gniew na eli­mi­no­wa­nie praw­dzi­wych zaka­pio­rów, któ­rzy fak­tycz­nie zagra­żają światu, a nie jakiś przy­pad­ko­wych bro­da­czy w ara­fat­kach, pasą­cych kozy na afgań­skim polu (w tym miej­scu film z “Upro­wa­dzo­nej” zmie­nia się w “Toż­sa­mość Bourne’a”, tylko takiego z pamię­cią). Cał­kiem przy­pad­kowo takim bad guyem oka­zuje się Ghost (Kitsch), który jest byłym uczniem Keatona, ale ma na niego focha, bo Michael zosta­wił go samego pod­czas jed­nej misji, przez co wpadł w ręce wroga, wróg pobił go smy­czą i teraz Ghost ma pręgi na ple­cach. W akcie zemsty Ghost kupuje na war­szaw­skim bazarku plu­ton, następ­nie pod­naj­muje jakie­goś fizyka, który  skręca z plu­tonu bombę ato­mową, dzięki czemu Ghost na końcu będzie mógł wysa­dzić Ame­rykę… bo wie­cie, jest obra­żony na Miche­ala Ketona. I w tym miej­scu film zmie­nia się z “Toż­sa­mo­ści Bourne’a” w “2012”, a ja zaczą­łem maso­wać sobie skro­nie. Aaa zapo­mnia­łem jesz­cze powie­dzieć, że jedyną osobą, która może powstrzy­mać Gho­sta jest Mitch, ale tego pew­nie już się domy­śli­li­ście.

 

No, ale co? Warto iść, czy nie?

Wbrew pozo­rom film oglą­dało mi się cał­kiem przy­jem­nie, a już na pewno o niebo lepiej niż ostat­niego “Jasona Bourne’a”. Nie da się jed­nak ukryć, że jest to kino klasy B, pełne baboli i idio­tycz­nych sche­ma­tów. Z “Ame­ry­kań­skim zabójcą” jest tro­chę jak z filami z Van Dam­mem, Sta­tha­mem, czy choćby Seaga­lem (prze­szar­żo­wa­łem), czyli jak się czło­wiek wkręci, to kła­dzie lachę na poboczne bzdurki i jakiś tam fun z oglą­da­nia ma. Ja mia­łem. Jed­nak ludzie, któ­rzy każdy film oce­niają pod wzglę­dem logiki i spój­no­ści, powinni trzy­mać się z daleka, bo z seansu zapewne wyjdą z odci­skiem dłoni na czole. Na plus zali­czam bar­dzo udany występ Miche­ala Keatona, który total­nie kasuje mło­dzia­ków, do tego docho­dzą nie­złe sceny bitek i strze­la­nek. Szkoda tylko, że jest ich mniej niż można było przy­pusz­czać po tra­ile­rze, ale osta­tecz­nie gdzieś te pro­blemy moralno-egzystencjonalne trzeba było zmie­ścić. Na minus taniość — widoczne foto­mon­taże oraz fuc­kupy castin­gowe. Aktor gra­jący Mit­cha, wygląda jak stu­dent dru­giego roku prawa i admi­ni­stra­cji, do tego ewi­dent­nie bra­kuje mu masy, więc mimo całej sym­pa­tii (przy­po­mina mi z pysia Paula Wal­kera), nie prze­ko­nał mnie w roli zabi­jaki (cho­ciaż jesz­cze go nie skre­ślam). Tay­lor Kitsch może by się nawet wybro­nił, gdyby nie to, że jego postać miała moty­wa­cję z dupy, przez co tro­chę bolą zęby od patrze­nia, ale w sumie tu też jestem w sta­nie prze­żyć. Jed­nak zaan­ga­żo­wa­nie Scotta Adkinsa do mało zna­czą­cej roli dru­go­pla­no­wej było już strza­łem w kolano i tego nie wyba­czę. Wia­domo, że film jest adre­so­wany do fanów sen­sa­cji i mor­do­bić, a tacy koja­rzą Adkinsa z roli Yuriego Boyki, czyli prze­ko­zaka w spusz­cza­niu wpier­doli. Tym­cza­sem w “Ame­ri­can Assas­sin” Adkins jest naj­więk­szą cipą ever i … no dobra nie spo­ile­ruję, ale fani będą buczeć i tupać nóż­kami. Wspo­mnę jesz­cze tylko, że akcja filmu roz­grywa się w kilku kra­jach — USA, Tur­cja, Pol­ska, Wło­chy, ale twórcy się nie przy­ło­żyli i poje­chali ste­reo­ty­pami: Wło­chy - łań­cu­chy i Lam­bor­ghini, Tur­cja — kebaby i owło­sione plecy, Pol­ska — piź­dzi, smutni ludzie z wąsem i ide­alne miej­sce do kupie­nia plu­tonu. Cie­szy za to, że pol­scy poli­cjanci fak­tycz­nie mówią po pol­sku, a nie po rusku. Miła odmiana. Gdyby jesz­cze War­szawy nie uda­wała ran­do­mowa loka­li­za­cja w Anglii, byłoby nie­mal per­fek­cyj­nie. Dobi­ja­jąc do brzegu, oso­bi­ście nie żałuję, że posze­dłem i wyce­niam film na cał­kiem solidną szó­steczkę, baaa chęt­nie obej­rzał­bym drugą część, która jest kwe­stią czasu, ale świa­domy non­sen­sów i nie­do­ró­bek, osta­teczną decy­zję pozo­sta­wiam wam #dyplomacja.

A to widziałeś?