popKULTURA

Batman v Superman, czyli co poszło nie tak

06/04/2016

Ist­nie­je duże praw­do­po­do­bień­stwo, że nale­żę do gro­na osób, któ­rym mogło się zda­rzyć pusz­cze­nie deli­kat­nej wią­zan­ki, kie­dy świat obie­gło info o anga­żu Bena Afflec­ka, do roli nowe­go Bat­ma­na. Nie pamię­tam dokład­nie, ale bio­rąc po uwa­gę trau­ma­tycz­ne wspo­mnie­nia po kino­wym Dare­de­vi­lu, taki odruch był­by jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­ły. Pierw­sza reak­cja to strach przed powtór­ką z roz­ryw­ki, no i w sumie byli­śmy wte­dy świe­żo po zakoń­cze­niu bar­dzo dobrej nola­now­skiej try­lo­gii, któ­ra pozo­sta­wi­ła wyide­ali­zo­wa­ne wspo­mnie­nie Chri­stia­na Bale’a, jako Mrocz­ne­go Ryce­rza. Na szczę­ście taki stan nie trwał dłu­go. Wraz z wycie­kiem do sie­ci pierw­szych zdjęć z pla­nu i póź­niej­szym tra­ile­rem, gdzie Nie­to­perz zapo­da­je do Sup­cia: „Ej, krwa­wisz? … bo będziesz!”, wszyst­kie uprze­dze­nia poszły się chę­do­żyć i co tu dużo gadać, zaja­ra­łem się, jak sprzę­gło w Volks­wa­ge­nie. Rów­no­le­gle czu­łem już prze­syt kolo­ro­wy­mi, hehesz­ko­wy­mi fil­ma­mi ze staj­ni Marve­la, więc na mrocz­ny kli­mat DC cze­ka­łem niczym na wypła­tę pod koniec mie­sią­ca. Zawód, któ­ry mnie spo­tkał jest gor­szy niż prze­gra­na Bar­cy w El Cla­si­co… przed wła­sną publicz­no­ścią… w meczu, któ­ry miał być hoł­dem dla Joha­na Cruyf­fa… ehhhh to nadal boli.


#SPOILERY #SPOILERY #SPOILERY

Po inter­ne­cie krą­ży mit o rze­ko­mym ukrzy­żo­wa­niu „Świ­tu spra­wie­dli­wo­ści” przez kry­ty­ków i rów­no­cze­snych spa­zmach zachwy­tu ze stro­ny fanów. Oba­lam. Jestem fanem, znam komik­sy, ogar­niam uni­wer­sum, a mimo to, uwa­żam, że film ssie. Może nie jest tak tra­gicz­ny, jak „Fan­ta­stycz­na czwór­ka”, roz­cza­ro­wa­nie bar­dziej wyni­ka z nie­wy­ko­rzy­sta­ne­go poten­cja­łu i zaplą­ta­nia się w zbyt dużej ilo­ści wąt­ków, ale jak­by nie patrzeć, ssie. Zacznij­my jed­nak od począt­ku, któ­ry był cał­kiem obie­cu­ją­cy. Akcja zaczy­na się pod­czas fina­ło­wej wal­ki z „Man of Ste­el”. Z per­spek­ty­wy Bruce’a Way­na obser­wu­je­my, jak Super­man napa­rza się z gene­ra­łem Zodem, demo­lu­jąc przy oka­zji pół mia­sta, w wyni­ku cze­go giną set­ki nie­win­nych cywi­lów. Dzię­ki takiej zagryw­ce już na dzień dobry dosta­li­śmy dobre wytłu­ma­cze­nie, skąd nie­chęć Nie­to­per­ka do Super­ma­na. Nie­ste­ty im dalej w las, tym gorzej. Kolej­na godzi­na była już z dupy i cał­ko­wi­cie popsu­ła nie­złe otwar­cie. Zack Sny­der zaczął zasy­py­wać nas nie­zli­czo­ną ilo­ścią wąt­ków i posta­ci, przez co powstał jeden wiel­ki cha­os. Akcja ska­cze mię­dzy umę­czo­nym życiem Bru­cem Way­nem aka Bat­ma­nem, zaszczu­tym przez spo­łe­czeń­stwo Clar­kiem Ken­tem aka Super­man, któ­ry jeśli nie ma aku­rat jakieś roz­ter­ki moral­nej to wbi­ja w butach do wan­ny Loise Lane. Zresz­tą Lois wca­le nie jest lep­sza. Mio­ta się bez więk­sze­go sen­su, jak nie po Afry­ce w celu zro­bie­nia rese­ar­chu do arty­ku­łu (któ­ry nigdy nie powsta­nie), to po Waszyng­to­nie z nabo­jem zawi­nię­tym w wore­czek folio­wy i zamę­cza ran­do­wo­wych ludzi tek­sta­mi w sty­lu: „Ej obczaj ten nabój”, „Ej z tym Super­ma­nem to nie jest tak jak myślisz”. Nie tyl­ko nic z tego nie wyni­ka, ale wręcz wszy­scy mają to w dupie. Go home Loise! Następ­ny w kolej­ce jest Joker wan­na­be, czy­li Piotr Sta­rak Lex Luthor. Da się wyczuć, że Jes­sie Eisen­berg chciał stwo­rzyć kul­to­wą rolę, ale spiął się tak bar­dzo, że osta­tecz­nie wyszła mu kary­ka­tu­ra. Dobrze, że Heath Led­ger już nie żyje, bo gdy­by to zoba­czył i tak by umarł, i to nawet dwa razy. Naj­pierw ze śmie­chu, a póź­niej z zaże­no­wa­nia. Lex z tym swo­im beł­ko­ta­niem jest nawet bar­dziej iry­tu­ją­cy niż Lois, za co sza­cun, bo prze­bić dno wca­le nie jest tak hop siup. Do tej weso­łej gro­mad­ki dołą­cza jesz­cze Won­der Woman i tu cie­ka­wost­ka. Otóż twór­cy posta­no­wi­li tysięcz­ny raz ura­czyć świat sce­ną, z któ­rej dowia­du­je­my się, w jakich oko­licz­no­ściach mło­dy Bru­ce Way­ne zosta­je sie­ro­tą (no kto by przy­pusz­czał, że rodzi­ce giną pod­czas napa­du? Chy­ba tyl­ko śmierć wuja Bena w Spi­der­ma­nie jest bar­dziej tajem­ni­cza), a Won­der Woman, czy­li jed­na z bar­dziej niszo­wych posta­ci ever, zosta­ła wpro­wa­dzo­na bez żad­nej gry wstęp­nej. Kto nie liznął w życiu komik­sów, nie dowie się skąd się foczy­sko wzię­ło i jakie są jej super­mo­ce. Ot po pro­stu się poja­wia i wyma­chu­je ogni­stym las­so. Tak wiem, będzie o niej w osob­nym fil­mie, ale przez takie kwiat­ki, fabu­ła jest nie­spój­na. Gdy­by ktoś już na tym eta­pie miał pro­blem, o co wła­ści­wie się roz­cho­dzi, dalej już total­nie się zamo­ta. Twór­cy od cza­su do cza­su wpla­ta­ją w histo­rię sce­ny z nar­ko­tycz­ny­mi wizja­mi Bat­ma­na i Super­ma­na, któ­re nie mają żad­ne­go logicz­ne­go uza­sad­nie­nia. Ten pierw­szy śni o świe­cie rzą­dzo­nym przez Sup­cia i jego faszy­stow­ską armię, dru­gi z kolei cho­dzi po górach, gdzie wpa­da w jakiś total­nie od cza­py dia­log ze swo­im #nie­ży­ją­cym sta­rusz­kiem. Sce­nę, w któ­rej Kevin Cost­ner stoi na Mount Eve­re­ście i pie­przy jak potłu­czo­ny, rów­nie dobrze moż­na zastą­pić rekla­mą tuń­czy­ka Rio Mare, w któ­rej brał udział. Było­by rów­nie absur­dal­nie, ale przy­naj­mniej odro­bi­nę zabaw­niej.

Kie­dy już total­nie stra­ci­łem nadzie­ję, że z tej mąki będzie chleb, nagle nastą­pi­ło prze­ła­ma­nie. W koń­cu docho­dzi do dłu­go wycze­ki­wa­ne­go star­cia mię­dzy Sup­ciem a Nie­to­pe­rzem. Oko­licz­no­ści oczy­wi­ście są idio­tycz­ne. Lex Luthor pory­wa mat­kę Super­ma­na i daje ulti­ma­tum: „jeśli chcesz ją ura­to­wać, w cią­gu godzi­ny przy­nieś mi gło­wę Bat­ma­na”. Super­man, któ­ry z dru­gie­go koń­ca świa­ta potra­fi wyczuć, że Lois Lane jest w nie­bez­pie­czeń­stwie, zała­mu­je tyl­ko ręce, kie­dy w podob­nych tara­pa­tach znaj­du­ję się jego mat­ka. Zapo­mi­na, że ma super słuch, widzi przez ścia­ny i jest szyb­ki jak bły­ska­wi­ca, tyl­ko… Zresz­tą nie­waż­ne. Aku­rat na ten wątek jestem w sta­nie przy­mknąć oko. Każ­dy powód dają­cy wymów­kę do wywo­ła­nia wal­ki wie­czo­ru, to dobry powód. W kwe­stii star­cia głów­nych boha­te­rów, jestem jak naj­bar­dziej na tak. Dla tego 10-minu­to­we­go roz­pier­do­lu war­to było pójść do kina, cho­ciaż umów­my się, że jest on sztucz­nie wydłu­żo­ny. Gdy­by Bat­man od razu wysko­czył z kryp­to­ni­tem, Kal-El odkle­pał­by szyb­ciej niż Naj­man w poje­dyn­ku z Pudzia­nem, ale i w tym przy­pad­ku finał wal­ki pozo­sta­wia nie­smak. Pano­wie w pele­ry­nach, zamiast skoń­czyć to raz na zawsze, posta­na­wia­ją się zazio­mo­wać. Punk­tem zwrot­nym w ich rela­cjach oka­zał się fakt, że ich sta­re mają tak samo na imię – Mar­tha (w wol­nej chwi­li muszę spraw­dzić, jak się nazy­wa­ją mat­ki Iron Mana i Kapi­ta­na Ame­ry­ki). Kie­dy Bat­man i Super­man są już BFF, wspól­nie rusza­ją wpier­do­lić Lexo­wi, ale ten w mię­dzy­cza­sie bawił się w Boga i stwo­rzył Dooms­daya, czy­li skrzy­żo­wa­nie Golu­ma z Marit Bjor­gen. W tym momen­cie Zack Sny­der praw­do­po­dob­nie ustą­pił miej­sca przed kame­rą Micha­elo­wi Bay­’o­wi, bo na ekra­nie roz­pę­tu­je się ist­ny arma­ged­don. Wybu­chy, poci­ski nukle­ar­ne i lase­ry, jak na dys­ko­te­ce w Miel­nie. Sup­cio, Bat­man i woj­sko napie­prza­ją w kre­atu­rę wszyst­kim, co mają, ale skur­wiel kar­mi się ener­gią i z każ­dym strza­łem robi się coraz więk­szym mother­fuc­ke­rem. W koń­cu rodzi się idea, że tyl­ko kryp­to­nit może uko­ły­sać go do snu. Oczy­wi­ście dla pod­bi­cia dra­ma­tur­gii, ostat­ni cios zada­je Super­man, któ­ry dziw­nym tra­fem, aku­rat w tym momen­cie pozo­sta­je nie­wzru­szo­ny na dzia­ła­nie zie­lo­ne­go mine­ra­łu i ginie dopie­ro od ostat­nie­go ude­rze­nia roz­pa­czy, zada­ne­go przez Dooms­daya. Nie licząc 20-minu­to­wej sce­ny, pod­czas któ­rej Lois sypie garść pia­chu na trum­nę Clar­ka Ken­ta, to już w zasa­dzie koniec. Oczy­wi­ście Super­man nie zgi­nał na serio i zoba­czy­my go w kolej­nych czę­ściach. To tyl­ko taka ście­ma, żeby zro­bi­ło wam się przy­kro i żeby­scie bar­dziej polu­bi­li tę postać. #Nie­Pła­ka­łem­Po­Su­per­ma­nie.

 

Pod­su­mo­wu­jąc:

  • Fabu­ła — zagma­twa­na, cha­otycz­na, prze­ła­do­wa­na wąt­ka­mi, posta­cia­mi i sce­na­mi z dupy. Dłu­ży­zny.
  • Dia­lo­gi — sce­na­rzy­sta for­sę wziął, potem zaczął pić…
  • Ben Affleck — naj­ja­śniej­szy punkt fil­mu. Ponu­ry, zmę­czo­ny i bru­tal­ny. Jedy­na wada to fakt, że jest nabi­tym klo­cem. Ryja ma bar­dziej nala­ne­go niż ja. W pierw­szym momen­cie kłu­je to w oczy, ale idzie się przy­zwy­cza­ić. Ben odku­pił winy za Dare­de­vi­la, tha­t’s offi­cial.
  • Super­man — stan­dar­do­wo bez­pł­cio­wy, ale to wina samej posta­ci. Taka już jest, nud­na i buco­wa­ta. Pod wzglę­dem aktor­skim i podo­bień­stwa fizycz­ne­go, Hen­ry Cavill to dobry wybór. Nie­zmien­nie bawi fakt, że Clark Kent po zdję­ciu oku­la­rów jest nie do roz­po­zna­nia. W całym wystę­pie Super­ma­na naj­bar­dziej urze­kło mnie, że kolo kupił pier­ścio­nek zarę­czy­no­wy przez inter­net i wysłał na adres mat­ki. Kto tak robi? A zapo­mniał­bym, Clark Kent i Lois Laine to naj­gor­sza para ever. Ich rela­cja przy­po­mi­na bar­dziej układ brat — sio­stra (fani Gry o Tron, nie idź­cie tą dro­gą). Nawet w zup­ce chiń­skiej jest wię­cej che­mii niż mię­dzy nimi.
  • Alfred — Jere­my Irons aktor­sko na prop­sie, ale Alfred prze­stał być kamer­dy­ne­rem, a stał się zaple­czem IT.
  • Lex Luthor — zjeb­ka po cało­ści.
  • Won­der Woman — póki, co nie da się za dużo powie­dzieć, ale aktor­ka z pysia cał­kiem cał­kiem. Szko­da, że nie ma cyc­ków.
  • Wal­ki — te mię­dzy Super­ma­nem a Bat­ma­nem jak naj­bar­dziej spo­ko. Te z Dooms­day­em mi nie pode­szły. Za duży cha­os i dys­ko­te­ka kolo­rów, od któ­rej moż­na naba­wić się padacz­ki. W nie­któ­rych sce­nach da się zauwa­żyć, że cegły są ze sty­ro­pia­nu.
  • Styl zaja­wie­nia posta­ci z Justi­ce League (Cyborg, Flash, Aqu­aman) — zaje­bi­sty, 210.
  • Kli­mat — mia­ło być mrocz­nie, a wyszło depre­syj­nie. Każ­dy boha­ter zacho­wu­je się jak­by bujał się z kre­dy­tem i dostał infor­ma­cję, że kurs fran­ka wła­śnie wzrósł dwu­krot­nie.

Ogól­nie bar­dziej odpo­wia­da mi styl nola­now­ski, gdzie Bat­man był zawie­szo­ny w naszej rze­czy­wi­sto­ści. Mam ocho­tę dać 5, ale nie mogę fil­mu sma­gać za to, że się­gnął do komik­su i wpro­wa­dził rze­czy z kosmo­su. Daję 610. Na kolej­ne­go Bat­ma­na z Benem na pew­no wybio­rę się do kina, ale nad pozo­sta­ły­mi posta­cia­mi z Justi­ce League jesz­cze się zasta­no­wię. Na dzi­siaj są bli­żej “DVD”.

A to widziałeś?