„Tokyo crush” Vanessa Montalbano

- Tytuł:Tokyo Crush
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Jak wróciłem z Nowego Yorku, napisałem na insta -> „Wspaniały był to wypad i cieszę się, że w końcu zobaczyłem na żywo, to co od lat atakuje mnie w filmach i serialach. Następne marzenie podróżnicze TOKYO! Bo wiecie, w Tokio z perspektywy Europejczyka, odwala się wiele pokręconych rzeczy, a ja uwielbiam ten stan, kiedy mózg mi się wywraca na lewą stroną”.
Mijają dwa tygodnie od tej deklaracji, wtem dostaje wiadomość od Wydawnictwa Znak Litera Nova:
– Hej Pig, słyszeliśmy że Tokio chodzi ci po głowie?
– Wiadomix, a co chcecie mnie wysłać?
– Lepiej!
– Wysyłacie mnie do Tokio i gratis dorzucacie zestaw skarpetek zwiniętych jak sushi?
– Jeszcze lepiej. Wysyłamy ci książkę “Tokyo Crush” o kulturze japońskiego randkowania.
– No faktycznie lepiej. Sorka nie mogę gadać, bo za dużo emocji. Elo.
Książka przyszła… i jest bardzo na czasie, bo akurat wczoraj obchodziliśmy Dzień Singla, który nie wiem, jak dla was, ale dla mnie jest najbardziej przerażającą datą w całym kalendarzu. W sensie wizja ponownego singielstwa mnie przeraża.
IMO randkowanie to taka gra, gdzie trzeba mieć energię, dużo koloryzować, trochę poświrować co to nie ja i ostatecznie wyjść na bardziej ekscytującą wersję siebie – w stylu: „mam pasje, aktywny tryb życia i planuję jeszcze podbić świat”. Do pewnego momentu człowiek ma ogień w sobie, żeby w to grać, ale z wiekiem to słabnie, z kolei wewnętrzne demony, nerwice natręctw i inne skazy puchną i coraz trudniej je skitrać przed osobami postronnymi. Gdyby, odpukać, przyszłoby mi być teraz singlem i miałbym iść na „szczerą” randkę, ustawiłbym się z babeczką na pickę neapolitańską i powiedział -> Yoł, lubię spać do piątej, grać od piątej, nie mam prawdziwej pracy, ani żadnej pasji, z marzeń to zawinąć się w ludzkie burrito i przeleżeć do wiosny przed tv, boję się Buki, Diabła Piszczałki i dzwoniących telefonów. Będziesz to jadła? A później, jak coś możemy iść do ciebie, bo tak mi się sprawy ułożyły, że znowu mieszkam ze starymi.
Ale to i tak jest pikuś przy japońskiej kulturze randkowania. Autorka książki “Tokyo Crush” jest Francuzką, która wyjechała do Tokio na Work And Travel i zaczęła tam intensywnie korzystać z Tindera + innych apek randkowych, po czym wszystkie swoje doświadczenia spisała i wyszedł jej reportaż, który w sumie mówi o Japonii o wiele więcej niż obejrzenie całego sezonu “Shoguna” na Disney+
Po pierwsze, większość randek odbywa się w klubach karaoke. Z moim talentem wokalnym pozostałbym dziewicą do końca życia.
Po drugie, procedury randkowania w Japonii są bardziej skomplikowane niż fizyka kwantowa. Na ten przykład w Polsce wystarczy wrzucić nudesa w profilówkę na Tinderze (może być kradziony), wymienić kilka wiadomości i dalej z górki. W Japonii trzeba najpierw przejść proces Kokuhaku… który jest oficjalnym proszeniem o chodzenie. Jup, jak w podstawówce. Możesz się spotykać z dziewczyną nieoficjalnie, ale wtedy trzymacie dystansik i jest to rozpatrywane na zasadzie ziomalskiego wyjścia, natomiast jak chciałbyś ją daj my na to złapać za rękę, wcześniej musisz oficjalnie zapytać o chodzenie i dopiero, jeśli powie, że “No ok, chwilowo i tak nie mam nic lepszego do roboty”, to wtedy możesz podbić stawkę pytając -> „Czy zewrzemy nasze palce?” Czyli po naszemu “Mogę złapać cię za rękę”?
Po trzecie, od czasu wycinki mam strasznie słabą głowę i po jednym malinowym Reddsie miota mną jak liściem na wietrze, tymczasem w Japonii alko jest nieodłączną częścią procesu uwodzenia. To podstawa budowania chemii i jeśli nie jesteś w stanie wychylić 10 kielonów sake w pół godziny, to nie zawracaj głowy.
Walentynki po japońsku. Na walentynki dziewczyny dają facetom czekoladki. Wszystkim, jakich znają. Jup, są specjalne typy czekoladek przeznaczone dla kolegów z pracy, szefa, sympatii, kochanka itp. A miesiąc później odbywa się coś na zasadzie rewanżu. Nazywa się to “Biały Dzień” i wtedy faceci odwdzięczają się dziewczynom, z tym że czekoladki muszą być białe a ich wartość 3x wyższa od tych, które sami dostali -> czyli w walentynki zgarniam czekoladki i nie myślę „oo jak miło” tylko ile to mnie będzie kosztowało za miesiąc.
Love hotels. Okazuje się, że mają tam podobne problemy lokalowe, jak my. Ot wielu japończyków w wieku 30+ nadal mieszka z rodzicami lub z współlokatorami, dlatego w Tokio elegancko rozwinął się biznes hoteli na sex. Wykupuje się pobyt na kilka godzin lub na noc. A że człowiek lubi amortyzację i jak płaci za godzinę, to chciałby jeszcze jakoś sensownie wykorzystać pozostałe 57 minut, dlatego hotele oferują w pokojach różne atrakcje -> zestawy do karaoke, piłkarzyki, bar z alkoholem, minigolf. Love hotels najczęściej zlokalizowane są w pobliżu ulic z klubami i barami, co by niepotrzebnie nie komplikować sprawy i po imprezce było blisko na #bang.
Związek dwóch osób mieszkających po przeciwnych stronach Tokio, uznawany jest za związek na odległość. Parki widują się raz na jakiś czas i generalnie wystarcza im systematyczna wymiana wiadomości. A jak się spotykają i jedna osoba chciałaby tej drugiej powiedzieć, że “Ok mordo, spotkaliśmy się, pogadaliśmy, bangneliśmy, ale zaczynasz mnie męczyć, weź już sobie idź”, to nie mówi się “Weź już sobie idź”, tylko rzuca coś w styl “Łoo, ale masz zarąbisty sikor” i wtedy ta druga osoba łapie aluzję i odpowiada “Ano, dzięki… oesu ale późno się zrobiło, będę już leciał”.
Sklepy dla fetyszystów z mundurkami szkolnymi odpuszczamy (Burusera), bo to wszyscy wiedzą. Ale z ciekawostek, możemy dodać jeszcze charakterystyczne opisy na portalach randkowych. Oni w tym Tokio nie chcą tracić casu na jałowe przebiegi i na dzień dobry mówią jak jest.
Na ten przykład mój profil na japońskim Tinderze wyglądałby tak:
Pig: 2Ko, P-ktsu raczej nie, zawód z kategorii 5B, christmas cake, kuki yomeni, ARh+, zdjęcie profilowe z wielkim stekiem.
Co to oznacza? Generalnie, żeby poznać wszystkie możliwości i znaczenia, musicie sięgnąć po książkę, ale tak na szybko:
2Ko -> wysoki, wykształcony. Ideałem jest 3Ko, czyli wysoki, wykształcony i zamożny.
P-aktsu -> to facet, który deklaruje, że jest gotowy wspomagać dziewczynę finansowo
Christmas cake (ulubiona rubryka Leonardo DiCaprio) -> Christmas cake oznacza skończone 25 lat, czyli jestem jak świąteczne ciasto, z deczka czerstwy, najlepsze już za mną.
Kuki yomenai -> osoba która nie potrafi odczytać nastroju innych osób i nie do końca wie, kiedy zachowuje się niezręcznie. Totalnie ja.
5B: 5 niepożądanych zawodów chłopa: członek zespołu muzycznego, barman, fryzjer, influencer, kolesie bez prawdziwej pracy (taktowani jako gołodupcy). Niepożądane bo za dużo opcji do krzywych akcji.
W Europie mamy zodiakary, tymczasem japonki rozkminiają jeszcze grupy krwi. Baa grupę krwi podaje się również w CV. Najbardziej pożadana jest grupa 0, bo miało ją wiekszość japońskich przywódców.
Zdjęcia profilowe na japońskim Tinderze często przedstawiają jedzenie, wszak w trakcie większości randek chodzi się na karaoke i jedzenie… i ludzie nie chcą tracić czasu na meetingi z osobami, które mają inny gust kulinarny. I ja to szanuję.
Książka lokuje masę takich smaczków i jest napisana na lekko, z dystansikiem. Autorka wszystkie randkowe wtopy i nieporozumienia bierze na klatę i przerabia na skecze. Nie będę udawał, że jest to książka, która trafi do klasyki literatury, ale dostarcza to, czego obiecuje z tylnej okładki, ciekawostki, humor i co nieco o japońskich konwenansach, więc na moje oko, full legit.