„Sobowtór” Maciej Siembieda

Ocena Pigouta:

Wyobraźcie sobie świat bez internetu i telewizji. Jesteście po całym dniu orki w polu i chcielibyście dla relaksu zanurzyć się w jakiejś historii? Spoko, ale trzeba ruszyć cztery litery do ogniska, gdzie akurat lokalny gawędziarz opowiada coś z dreszczykiem. Śmiem twierdzić, że gdyby takim gawędziarzem był Maciej Siembieda, frekwencja przy jego ognisku byłaby porównywalna z koncertem Live Aid ’85, kiedy Fredek Mercury robił swoje legendarne „Ejo!” i odpowiadał mu tłum liczony w dziesiątkach tysięcy.

Siembieda ma to coś. Ten X Factor. Wygląda, jakby właśnie skończył przesadzać pelargonie, tymczasem jego mózg działa jak skalpel w rękach neurochirurga. Tnie ostro i precyzyjnie, dorzucając do tego niuanse, odniesienia, smaczki i żarciki, po czym to wszystko podaje z gracją Barischnikowa w balecie. Styl, sznyt i fascynujące story, które zawsze częściowo bazuje na prawdziwej historii, wywołując w czytelniku: „The Fak? To się naprawdę wydarzyło? W Polsce?! I ja nic o tym nie wiedziałem?! Jak to możliwe?”

Za każdym razem, gdy czytam Siembiedę, rodzi mi się ta sama myśl – rynek jest niewdzięczny, wszak książki kosztują mniej więcej tyle samo, a przecież guilty-pleżerowy fanfik od dziewczyny, której wydaje się, że ma talent, to zupełnie inna czasochłonność i rzemiosło niż wychuchana powieść Siembiedy, gdzie gołym okiem widać, że chłop pół roku siedział w zakurzonym archiwum i wertował roczniki Kuriera Kozienickiego. To jest rzecz premium i na moje oko uczciwa wycena to 499 złotych za egzemplarz. Ale jak mówiłem – świat nie jest sprawiedliwy, więc wystarczą trzy dyszki.

Ale przejdźmy do rzeczy, czyli nowej książki Siembiedy – do „Sobowtóra”. Jest to kontynuacja cyklu z Jakubem Kanią, czyli byłym prokuratorem IPN, który przeszedł do sektora prywatnego i aktualnie robi za śledczego w korpo ubezpieczeniowym. I właśnie trafia na nowy szwindel. Otóż jego firma ma ubezpieczyć ekskluzywny event, na którym pokazane zostaną nieznane dotąd obrazy słynnego malarza. Niby fajnie, ale już po pierwszej nutce Kani coś śmierdzi. Przecież jego firma nie jest ani największym graczem na rynku, ani nie ma doświadczenia w obsłudze imprez artystycznych, a tu nagle zlecenie marzeń. Red flag jak nic. Dodatkowo, co jakiś czas wypływają kolejne „nieznane płótna” tego samego słynnego malarza, który – drobna ciekawostka – nie żyje od ponad 400 lat. Parafrazując Jerzego z Klanu: „Czy ktoś tu chce kogoś wystrychnąć na dudka?”.

Problem w tym, że przełożeni każą Kani nie drążyć. „Jest klient? Jest! Ma hajs? Ma! To po co się czepiasz?”. Ale to jak powiedzieć „nie patrz w przepaść!”. Wiadomo, że po takim tekście spojrzysz jeszcze głębiej. No i Kania drąży. Tak drąży, że zaraz się dokopie do Chin.

Siembieda znowu robi to, co umie najlepiej. Hipnotyzuje. Chce się siedzieć przy tym ognisku i słuchać. To jest piękne obcowanie z literaturą dla czystej przyjemności – bez liczenia stron, rozdziałów i mechanicznego odhaczania kolejnej książki, co by wypełnić „52 knigi w rok czelendż”.

Drodzy autorzy – nie obrażajcie się na to, co teraz napiszę. Lubię was, szanuję, doceniam, jesteście top. Ale Maciej Siembieda jest wyjątkowy. To Werther’s Original w świecie książek. Ma coś, czego się nie kupi, nie wyćwiczy – nope, z tym trzeba się urodzić. Gdyby to ode mnie zależało, dałbym go na rewers banknotu 50-złotowego. Niech wie, że szanujemy i że jest wart więcej niż powiększony zestaw w Maku.

P.S. Ten obraz na okładce. Jak pierwszy raz zobaczyłem, dałbym sobie obciąć mały palec u stopy, że to heheszkowa podobizna Siembiedy stworzona przez grafika z wydawnictwa na potrzeby tej książki. Tymczasem ten obraz istnieje naprawdę… ale to już sobie doczytacie w posłowiu.