„Im mroczniej, tym lepiej” Stephen King

Ocena Pigouta:

Biorę po 500 zł od każdej drużyny i że tak nieprzyzwoicie zapytam -> jaki jest państwa aktualny stosunek do Stephena Kinga? Nadal jaranko, czy już „kończ pan, bo męczysz bułę”?

Ja mogę powiedzieć, jak sobie wyobrażam, że się sprawy mają. A wyobrażam sobie tak, że Stefan Król stracił ogień. W sensie, co miał napisać już napisał i mam podejrzenie, że nie czuje już tego nieznośnego mrowienia w opuszkach palców, które działa na zasadzie „O kurła, ale mi pomysł przyszedł do głowy! Jak natychmiast nie usiądę do lapeczka i nie wyrzucę tego z siebie, jak nic zejdę na suchoty”.

Bardziej widzę to na zasadzie, że aktualny King w fazie pomysłu, woła: Hej Siri zapisz notatkę: „Historia o typie, który ma takiego skilla, że jest w stanie ratować samoloty, które wpadły w strefę zajebiście silnych turbulencji. Będzie pracował dla tajnej organizacji w stylu Men in Black i wsiadał do samolotów, które są zagrożone katastrofą. Zwykły Kowalski nie będzie miał pojęcia, że żyje dzięki niemu”. To się później jakoś rozwinie, ale teraz nie mam na to czasu, bo muszę zreckować na Twitterze nowy serial Netflixa.

Czyli teoria jest taka, że King jest zarobiony, spełniony, ma dużo pobocznych zajawek oraz sporo ludzi dookoła, którzy chcą czytać jego twitterowe opinie na wszelakie tematy, więc snucie historii trochę spadło na liście priorytetów… ale nadal jest wysokojakościowym rzemieślnikiem, więc jest w stanie dowieźć coś extra bazując na samej rutynie i doświadczeniu + za dotychczasowe dokonania zasłużył, aby sprawdzać wszystko co wypuszcza do końca… jego lub naszego. I tak to mniej więcej wygląda rynkowo – Stefek coś wypuszcza, okazuje się, że dupska nie urywa, więc zaczynają się pytania, czy nie czas na emeryturę, po czym wychodzi kolejna i ta już jest fajna, więc pojawiają się recki, że „Zgon ogłoszony przedwcześnie, Stefek nadal to ma”.

A jak jest z najnowszym zbiorem opowiadań „Im mroczniej tym lepiej”? Moim zdaniem w kratkę. Zacznijmy od tego, że zbiór jest ceglasty, liczy ponad 600 stron, na których zmieściło się 12 opowiadań, czyli jest co poczytać. Baaa praktycznie każde opowiadanie na poziomie zagajenia czytelnika jest intrygujące i łapie naszą ciekawość, więc chętnie brniemy w to dalej…. i tu pojawia się problem. Połowa tych opowiadań w kluczowych momentach skręca w jakieś dziwne rewiry i kieruje nas do zakończenia z odwłoka. Serio, angażujemy się na maksa, umieramy z ciekawości, jak to się rozwiąże, a na końcu okazuje się, że nie czeka na nas nagroda, tylko WTF? Aż do ziomków pisałem na priv, czy to problem we mnie, czy oni też mają takie poczucie. Spoiler: Mieli.

Na ten przykład pierwsze opowiadanie „Dwóch utalentowanych skubańcow” -> jest to historia o dwóch przyjaciołach z niewielkiej mieściny i myk jest taki, że obaj zrobili światową karierę, ale w dwóch odrębnych dziedzinach. Tematem zaczyna interesować się pewna dziennikarka, która dałaby sobie rękę uciąć, że za tym sukcesem kryje się jakieś kozackie story, więc zaczyna drążyć. I do tego momentu to żre jak dzikie, a później… meh.

I są jeszcze dwa opowiadania („Piąty krok” i „Czerwony ekran”), przy których byłem szczerze w szoku, że King się pod tym podpisał. One byłby extra, gdyby napisał je… np. ja. Ale Stefan? No szanujmy się, to poniżej jego standardów. Grubymi nićmi szyte, za grosz polotu i finezji, tylko taran.

A że „Dwóch utalentowanych skubańców” i „Piąty krok” otwierają zbiór, to pierwsze odczucia były „O kurła, ale piękna katastrofa”. Na szczęście dalej robi się o niebo lepiej. Np. takie długaśne, bo 180-stronicowe opowiadanie „Zły sen Danny’ego Coughlina” to już bardzo przyjemna jazda, przy której nawet nie wiedząc, że czytacie Kinga, szybciutko byście to odgadli. Z kolei „Ekspert od turbulencji” i „Grzechotniki” bazują na odklejonych pomysłach, ale w ten pozytywny sposób. Myślisz sobie – hmmm dziwne, ale fajne, dawaj wincyj.

Na moje oko bardzo nierówny tom, który łapie górki i dołki, ale jakbyśmy mieli posługiwać się szkolnym systemem oceniania, jest promocja do następnej klasy, aczkolwiek o świadectwie z paskiem nie ma mowy.

Jakub Ćwiek u siebie na profilu pisał, że ten zbiór byłby lepszy, gdyby usunąć te złe opowiadania i zostawić tylko te dowożące. Ja z kolei mam poczucie, że przynajmniej trzy z tych „złych” mogły być super, ale trzeba by było je od połowy napisać na nowo, bo problemem są zakończenia.

Kto już po? Też tak mieliście z tymi puentami?