The Smashing Machine

Ocena Pigouta:

Widziałem „The Smashing Machine”, czyli ten jeden film, w którym The Rock w końcu zgodził się nie grać The Rocka. Zero min, zero tekstów w stylu „I’m gonna kick your candy ass”, zero unoszenia brwi pod kątem 45 stopni. Nope, tutaj dostajemy The Rocka dramatycznego, z mejkupem, który sprawia, że wygląda jak Krzysztof Rutkowski przed aktualną metamorfozą. Efekt? 15-minutowa owulacja na stojąco podczas premiery na Festiwalu w Wenecji + Srebrne Lwy… też na Festiwalu w Wenecji + szepty, że The Rock wskoczył na listę kandydatów do Oscara.

Śledziłem sobie od dawna ten projekt i widząc te zachwyty oraz wiedząc, że to od studia A24, a za kamerą stoi Benny Safdie, dałem się wciągnąć w ten dreszczyk oczekiwania, że oto nadchodzi coś grubego i wchodząc na salę kinową, byłem święcie przekonany, że idę na seans, który najpierw mnie przeczołga, następnie wstrząśnie, a później zmiecie z planszy i kto wie, być może nawet zredefiniuje sens życia. Że The Rock będzie w tym filmie męczennikiem, którego tyka się całe zło tego świata i w pewnym momencie ciężko zachoruje, po czym zgubi 60 kilo, wszak na plakatach jest wielkim chłopem, a teraz na czerwonych dywanach chudym szczurem, co zwiastowało, że tam wydarzyła się metamorfoza a’la Christian Bale w Mechaniku.

I wiecie co? Jajco! Nic takiego się nie wydarzyło. Ten film nie jest tak ciężki, jak może się wydawać z otoczki. Okej, jest tam jakaś drama, że The Rock przesadził z opioidami, ale plizz, niech pierwszy rzuci kamieniem, komu się nie zdarzyło. Oprócz tego dziewczyna na niego czasami krzyknie i rzuci wazonem, ale kto jest w dłuższym związku, nie takie uniki robił, ot zwykły wtorek po robocie, więc też nie robiłbym z tego wielkiego halo. Generalnie siedzę sobie w tym kinie, oglądam i myślę -> Nie no, na razie dramy 3/10, Maria Radosz ma większe w randomowym odcinku Pierwszej miłości, ale to pewnie taka zmyła na uśpienie czujności, a zaraz będzie boom i okaże się, że The Rock zaraził się zespołem niespokojnych nóg i pójdą konie po betonie. Przecież te 15 minut owacji znikąd się nie wzięło.

I oglądam dalej, a tu… napisy. Ale jak to? Plażo proszę, jeśli to jest drama Oscarowa, to lepiej niech nie kręcą biografii Miśka Koterskiego, bo zabraknie im nagród. On ma tyle do opowiedzenia, że w cuglach bierze Złotego Lwa, Niedźwiedzia i jeszcze MTV Awards za najlepszy pocałunek.

Nie zrozumcie mnie źle, film jest spoko. Klimatyczne ujęcia, fajnie popatrzeć na The Rocka w innej odsłonie, tempo okej, ALE! Ale to jest kino „tu i teraz”. W sensie idziesz w weekend na seans i wychodzisz z sali zadowolony, stwierdzając „no, w końcu coś innego z Dwaynem”, ale za tydzień ci to ulatuje. Nie obracasz tego w głowie, nie dostajesz klina. Pod względem historii o sportowcu też nie jest to nic spektakularnego i mogę z pamięci przytoczyć dziesięć mocniejszych tytułów.

Long Story Short: Solidna, minimalistyczna w formie opowieść o gościu, który trochę się pogubił, a potem trochę się odnalazł. 7/10 i śmiało można iść, ale hype zostawcie w domu.