The Gorge

The Gorge
Ocena Pigouta:

Życie to sztuka kompromisów. Na ten przykład, chcesz iść z konkubentką w weekend na miasto na jakąś dobrą szamkę, ale pojawia się odwieczny problem -> Ty masz ochotę na chamskiego kebsa z kuli mocy, zalanego taką ilością sosu czostkowego, że przez następny tydzień możesz komunikować się wyłącznie pisemnie, tymczasem konkubentka bardziej skłania się ku risotto z truflami i lampką prosseco, przyniesioną przez kelnera z ręczniczkiem przewieszonym przez ramię.

Jak to zgrać, żeby wszystkich pogodzić? Nie da się, trzeba iść na kompromis -> boom, pizza neapolitańska.

I tak samo jest z filmami. Ty możesz mieć akurat wenę na maraton bezsensownej przemocy, strzelanie do zombiaków, jakby jutra miało nie być i flaki fruwające evryłer, tymczasem partnerka wolałaby jakiś romkom, który mixuje wzrusz z falą ciepełka zalewającą od środka + trochę lokowania gołej klaty głównego bohatera.

Czy da się to połączyć? Kuźwa okazuje się, że tak. Na tan przykład Apple TV się udało to zrobić. Serio, ostatnio do ich bazy wpadł film „Wąwóz” i wczoraj z braku laku go odpaliliśmy.

Plot jest taki, że gdzieś na świecie jest tajny wąwóz, na którego dnie uj wie, co się znajduje, bo mgła zasłania, ale ponoć nic przyjaznego, dlatego trzeba go chronić. I myk jest taki, że po dwóch stronach wąwozu są wieżyczki wartownicze. Jedna jest pod jurysdykcją krajów zachodnich (i mówiąc kraje zachodnie mamy na myśli USA), z kolei druga to blok wschodni (ruskie i okolice, wiadomix). Każdy blok wysyła do swojej wieżyczki stróża, który pełni tam służbę przez rok, a ich zadanie polega na strzelaniu, jeśli coś będzie chciało wyjść z wąwozu + mają jedną zasadę -> nie mogą kontaktować się z drugą wieżą, ponieważ BO NIE (nie zadajemy pytań, po prostu tak jest).

No i film wrzuca nas w moment, kiedy w obu wieżach akurat następuje zamiana warty. Wieżę zachodnią przejmuje Miles Teller, a wieżę wschodnią Anya Taylor-Joy.

Reguły „nie wolno kontaktować się z drugą wieżą”, trzymają się jakieś 15 minut, po czym zaczyna się romans w stylu Love Actually –> piszą do siebie wiadomości na kartkach i czytają przez lornetkę. Analogowe SMS-y trwają chwilę, aż w końcu Miles dostaje takiego parcia, że przerabia rakietę ziemia-powietrze znalezioną w piwnicy, na racę, do której podwiesza linę i wystrzeliwuje w wieżę Anki. I cyk, tym chałupniczym sposobem stworzył tyrolkę, którą przejeżdża na romantyczne chędożenie.

Wniosek -> człowiek, którego mrowi korzonek, potrafi być równie kreatywny, jak ludzie z reklam Mentosa z lat’90.

Wracając do tematu -> Chędożą się tak, że po wszystkim nawet ja zapaliłem papierosa, na co Miles, jak na rasowego dżentelmena przystało, zbiera się do powrotu, bo dziś akurat ma raportować swoim przełożonym przez radio, czy z wąwozem wszystko git i wolałby, żeby nie odkryli, że wymknął się na chędożenie do bloku wschodniego. Ania odpowiada, że spoko, rozumie i że za dwa dni to ona do niego wpadnie na powtórkę.

I guess what? Miles Tayler wracając, spiź… spadł z tyrolki i wpadł do wąwozu. Anka w takim w szoku, że skoczyła za nim… i okazało się, że na dnie wąwozu mieszkają zombiaki, bo tam w czasie wojny jakieś badania prowadzili nad bronią chemiczną, ale coś tam im przypadkowo jebło, przez co DNA ludzi zmieszało się z DNA zwierząt i roślin, więc w opór pojebawszych stworów się zalęgło. Jakieś żywe drzewa, giga pająki z czaszkami, konie z gałęzi, no odklejka na pełnej. I to jest też moment, w którym romkoma odstawiamy na chwile na bok, za to bierzemy mini guny w ręce i napierniczamy do zombiaków na pełnej.

Idealny mix na wieczorny seans z konkubentką. Trochę romansu i goła klata Milesa Tellera dla niej, trochę akcji i niedorzecznej fabuły dla nas, troglodytów. Perfect Match. Wspaniałe kino, czekam na dwójeczkę.