F1

- Tytuł:F1
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
„F1” pod względem wizualnym fantastyczne. Urwanie dupska na pełnej. Chcę to obejrzeć jeszcze raz, później kolejny raz, potem jeszcze 13 razy i w końcu kupić blu-raya w steelbooku, który będę katował do końca… mojego albo jego.
Fabularnie… no kapkę gorzej, płyciej, banalniej. Wiecie, jak to w filmach sportowych od zera do bohatera, najpierw trzeba upaść, żeby później powstać i przy okazji na tej drodze do chwały głównemu bohaterowi zawsze nawinie się jakaś babeczka, która całkiem przypadkowo jest po rozwodzie i na 100% oddała się pracy, więc nie jest zainteresowana przelotnymi romansami, zwłaszcza z pyskatymi rajdowcami, którzy mieszkają w kamperze, wtem jedna lampka wina i gacie zrolowane na kostce welcome to. Nie inaczej jest tutaj. Zaspoileruję, że Brad nie tylko bolid bierze na warsztat.
No właśnie pozostaje nam kwestia wyścigów…. heavy breath. Powiedzieć, że ten film nagina reguły rządzące w Formule 1 to jak powiedzieć, że Hulk bywa lekko nerwowy.
Żeby to zobrazować, posłużmy się analogią piłkarską. Otóż gdyby to był film o piłce nożnej, to Brad Pitt strzelałby ze spalonego, kosił rywali i swoich równo z murawą, raz po raz łapałby piłkę w ręce i przebiegał z nią pół boiska, a jak trener kazałby mu zejść, pokazałby mu faka, grał dalej, a później wychędożył jego asystentkę. Sędzia nic nie widział, VAR nie istnieje, gramy dalej.
A gdyby to był film o boksie, to Brad przez 12 rund robiłby gardę własną twarzą, zaliczył dwa ciężki knockdowny, wybił bark, był ślepy jak kret, bo łuki brwiowe wielkości piłek do kosza, ale przed ostatnim gongiem zebrałby całą energię wszechświata, puścił sobie w głowie film z najlepszymi momentami treningów + pierwszy pocałunek z babeczką, którą niedawno poznał, po czym spuściłby łomot rywalowi, jakby ten wisiał mu pieniądze… oh wait.
Zmierzam do tego, że jak masz wyjebawszy na F1, wejdziesz w ten film jak w masełko i być może nawet się nie zorientujesz, że fabularnie robią z ciebie idiotę, że to tak naprawdę live action wersja Zygzaka McQueena. Jeśli o F1 coś tam wiesz, w trakcie seansu prawdopodobnie zrobisz 15 facepalmów i kompulsywnie krzykniesz -> „Taaa i jeszcze frytki do tego!”, ale później sobie przypomnisz, że tu nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Że to samo robi „Rocky” z boksem, „Potężne Kaczory” z hokejem i „Goal” z piłką nożną. Luzujesz gumkę w majtkach i stwierdzasz, oj tam oj tam, grunt że wizualnie zajebiste. No i Brad. Tak jak twój kot kupowałby Whiskas, tak twoja konkubentka powiedziałaby, że ruchable. I bolidy też spoko.
Ten film ogląda się dla wizualu i fabuły… i wszyscy wiemy, co tutaj robi za fabułę. Na pewno nie F1. Tak że wchodzimy na mięciutko, sycimy oczy, dobrze się bawimy i pod żadnym pozorem nie drążymy i nie zadajemy niewygodnych pytań, bo i tak nie doczekamy się satysfakcjonujących odpowiedzi.
wizual 10/10
fabuła 5/10
realia F1 -milion/10
Łącznie 7/10
BTW: Chyba nie starczyło budżetu na Roberta Downeya Jr, ale producenci to obeszli i zrobili Javiera Bardema w looku Downeya Jr z Iron Mana. Nie tylko pekaesy, ale nawet oksy te same.