Bokser

Bokser
Ocena Pigouta:

“Towar niezgodny z opisem”

Dlaczego przy niektórych rzeczach, które mają bzdurki i dziury logiczne, zostawiam opinię, że kilka razy trzeba przymknąć oko, ale mimo wszystko warto, bo jakiś fun z tego jest, a przy innych, z tymi samymi zarzutami ciskam gromami i jestem na fochu?

Głównie chodzi o niedotrzymanie obietnicy. I takimi przykładem towaru niezgodnego z opisem jest dla mnie film “Bokser”, który wczoraj wpadł na Netflixa.

Docierało do mnie dużo zakulisowych rzeczy, kiedy ten film był na etapie produkcji i tam szły naprawdę duże obietnice, że warto czekać, bo ten film będzie się wyróżniał na polskim podwórku. Przekminiona fabuła, życiowe dialogi, dopieszczony detal. Generalnie wyższa jakość i nie będzie się do czego przyczepić. Tyle tego się nasłuchałem, że podświadomie uwierzyłem i wczorajsze włączenie miało być zwykłą formalnością przed recką wypełnioną owacjami na stojąco.

I co? I jajco! „Bokser” to film, który mnie rozdrażnił, bo jest fejkiem. Próbuje nas, starych misiów, podejść na sztuczny miodek. Ma kilka segmentów tematycznych i w żadnym nie dowozi.

Pierwszym jest boks, droga od zera do mistrzostwa i zrobienie kariery, o jakiej marzył ojciec głównego bohatera, ale nie pykło.

Oesu, powiedzieć, że ten segment jest maratonem klisz, to nie powiedzieć nic. Dostajemy 5-minutową kompilację nieudanej kariery ojca -> był super bokserem, wszystko wygrywał, zmierzał po złoto olimpijskie, aż tu pewnego dnia na trening wbili panowie w garniturach, coś mu powiedzieli (przez długi czas nie wiemy co) i tego samego dnia zaczął się staczać, przegrał na igrzyskach, popadł w alkoholizm, stał się tyranem w domu, zakazał bombelkowi trenować boksu. Bombelek się podporządkował i przekierował energię na naukę, ALE. Ale w dniu kiedy odebrał świadectwo z czerwonym paskiem i dumnie wraca na chatę, żeby się pochwalić, okazuje się, że w domu tragedia, bo ojciec nie żyje. No wspaniale wymyślili ten tajming śmierci, żeby podbić dramatyzm. Jakbym słuchał ciężkiej historii ludzi, którzy przychodzą na casting do Top Model / Mam Talent.

Co się dzieje dalej? Bombelek jest załamany tą sytuacją, więc idzie sobie usiąść z flaszeczką na ławeczkę, wtem podobija do niego kolega i chce złożyć kondolencje, ale bombelke reaguje agresją i zaczyna go bić. Zajście widzi jego wujek, w tej roli Eryk Lubos w stylówce pomiędzy amiszem a Abraham Lincolnem i momentalnie stwierdza, ze tak, jaki ojciec taki syn, więc zaciąga go na salę treningową.

Na sali treningowej Eryk Kulm uderza trzy razy w gruszkę bokserską i jest spocony, więc twórcy uznają, że tyle wystarczy, abyśmy uwierzyli, że jest wielkim talentem i ciężko trenował. Nie trzeba nam więcej pokazywać, ot przejdźmy od razy do etapu, że jest Mistrzem Polski, ale potencjał ma na Mistrza Świata.

Problem jest taki, że Eryk jest Polakiem, a kariera jest zagranico. Żeby ją zrobić musi pojechać na oficjalne zawody do Londynu, jako reprezentant Polski, a jak już będzie na miejscu, uciec agentom SB. I tak robi, z tym, że ten segment zmienia się w komedię. Teoretycznie powinniśmy czuć, że w tej grze z ucieczką, stawką jest życie, tymczasem mamy klip, w którym agenci SB robią za Flipa i Flapa.

Kolejnym problemem fabularnym jest pokazanie, jak taki koleś, który powiedzmy sobie szczerze, jest gołodupcem, zahaczy się w Londynie. Luzik -> znajduje się kolega kolegi, który oferuje darmowe spanko, wikt i opierunek w wersji premium. A co z karierą bokserką, zapytacie? Jak ją rozpocząć nie znając ludzi i języka? Ojej to proste, wchodzisz do randomowego klubu bokserskiego i od ręki trafiasz na Mistrza Świata oraz najmocarniejszego menadżera w branży. Po chwili robisz już sparing z tym mistrzem i mimo iż przegrywasz, zostajesz dostrzeżony przez kogoś oglądającego pojedynek i pojawia się oferta.

Walczysz dla gangstera i masz się podlożyć, ale nie dotrzymujesz umowy i wygrywasz. Czy gangster za karę zakłada ci betonowe buty i wrzuca do Tamizy? Ależ skąd, oferuje kontrakt i miliony.

Za każdym razem, kiedy film trafia na mieliznę fabularną, magicznie pojawia się ktoś, kto wyciąga pomocną dłoń. To jak spadające skrzynki z gadżetami w Wormsach. Film oszukuje i co chwilę każe nam w coś wierzyć na słowo honoru. Nie ma historii i drogi, są tylko skróty fabularne oparte na “Tak było, nie ściemniam”.

To samo jest z aspektem sportowym. Mamy na słowo wierzyć, że Eryk jest bokserskim motherfuckerem i ot tak wchodząc z ulicy na ring, jest w stanie wygrać z każdym. Są oczywiście zagrywki ala Rocky, czyli, że Eryk dostaje knockdowna i leżąc na dechach, odtwarza sobie w głowie film z najlepszymi momentami z życia, co daje mu siłe, by powstać, a jak już powstaje, to leje oponenta, jakby jutra miało nie być… tymczasem przeciwnik w tym samym momencie zapomniał, czym jest garda i przeszedł na 0,25% swojej normalnej prędkości. W Rockym to działało. Tu nie działa. Nie mamy podstaw, żeby wierzyć, że Eryk Kulm jest tak dobry, jak próbują nam to wmówić.

Postaci kobiet to kolejne kuriozum. Bardziej stereotypowo zagrać się tu nie dało. Eryk Kulm ma żonę, z którą poznali się w iście romkowym stylu (ona chciała poczytać książkę, on się do niej dosiadł, ona go spławiała, on był uparty i ją urobił), co skończyło się szybkim ślubem. Piękne, szczere uczucie, które zostało rozwalone w momencie, kiedy Eryk zaczął wygrywać, zarabiać duże pieniądze i zatracać się w świecie celebów. Świeże, takiego wątku w kinie jeszcze nie było… not. Znowu lecimy schematem że on zaczyna pić, ćpać, świrować z lachonami i nie wracać do domu na noc. Ona wiernie czeka. A jak już przegiął i odeszła, po czym spotkali się ponownie to oczywiście okazuje się, ze z nikim się nie związała, cały czas tęskni i teoretycznie nadal jest bramka, żeby Eryk to odbudował, ale musi znowu być fajnym gościem. Przekaz „Ot chłop musi się wyszumieć i kobiety powinny to uszanować”

A druga babeczka, która się przewija to typowa golddigger i film nawet nie próbuje zrobić z tą postacią czegoś więcej. Nope, skróty i skrótowce nadal na topie.

A na końcu Eryk wraca do Polski, gdzie zmienił się ustrój i tam ex agent SB już czeka z kwiatami, paszportem, który kilka lat wcześniej zarekwirował i przeprosinami…. i wtedy kierowca autobusu zaczął klaskać.

Zapomniałbym, że była jeszcze scena, w której Eryk Kulm chce odejść od swojego promotora Adama Woronowicza, a że Adam Woronowicz jest gangusem, to wyciąga notesik i zaczyna liczyć -> dom xyz funtów, samochód xyz funtów, sala treningowa xyz funtów, trener, ręczniki, powerrejdy xyz funtów. Jeśli chcesz odejść, to spoko, ale musisz mi oddać 400 tysięcy funtów, jakie na ciebie wyłożyłem. Kurła, ta scena to zrzynka 1 do 1 z Willy’ego Wonky, kiedy Willy chciał się wyczekoutować z hotelu, a właścicielka mu wyjechała z tekstem, że spoko, ale musisz wcześniej spłacić zaległości i zaczyna wyliczać, że chodził po schodach, co kosztuje X, otworzył okno co kosztuje Y i puszczał wodę w kranie, co też za darmo nie jest.

A mówiłem już na czym polega humor w tym filmie? Mniej więcej na tym, że Eryk Kulm na początku londyńskiej przygody nie zna angielskiego i jak lokalesi go o coś pytają, odpowiada -> You spierdalaj”. Ewentualnie uczy takiego gościa na sali treningowej słowa “pizda”.

Faktycznie nowy level polskiego filmu. Wspaniały był to fanfik z boksem w tle, nie zapomnę go nigdy. Serio przymknąłbym na to wszystko oko i powiedział „A taki mało zobowiązujący film na wieczór. Nie jest za mądry, ale przyjemnie się ogląda”, niestety ta obietnica, którą dostałem jakiś czas temu, wszystko zmienia.