The Studio

Miałem to w głowie już tydzień temu, ale myślę sobie – dobra poczekam jeszcze, żeby nie zapeszyć. No i odczekałem do trzeciego odcinka, obejrzałem i kurła teraz oficjalnie -> „Studio” na Apple TV jest zajebiste (oby na czwartym się nie wyłożyło, bo będzie, że roznoszę klątwy).

Konkretnie jest to serial, w którym stare ziomy, czyli Seth Rogen i Evan Goldberg ponownie spotykają się na featuringu, ale o dziwo tym razem nie są to heheszki wokół palenia lolków, chędożęnia ani podkładania sobie świń ze studentami mieszkającymi przez płot. Wręcz przeciwnie, panowie chyba poczuli się dotknięci, że ich wcześniejsze projekty miały łatkę „fajne, takie nie za ambitne” i stwierdzili -> „Taa, to patrzcie teraz”. I faktycznie dostarczyli projekt, który jest level wyżej. Nadal zabawny, ale zdecydowanie nie głupi. Powiem więcej, it’s funny because it’s true.

„Studio” to serial, który powstał w Hollywood i rołstuje Hollywood. Czujecie ironię? Mało tego, trafia wyjątkowo celnie w tej satyrze + w każdym odcinku pojawiają się naprawdę wielkie nazwiska i grają siebie w tej konwencji. Tu od razu widać dystansik. Jak Vega robił film o „Polityce” i ten o „Lekarzach” (oesu, dlaczego nie mogę tego wyrzucić z głowy) to szedł w narracje spiskowe, że różni ludzie grożą jemu i jego rodzinie za zrobienie tych filmów, bo pokazuje w nich całą prawdę i jak to zobaczymy, to zmiecie nas z planszy, papieros już nigdy nie będzie tak smaczny, a wódka tak zimna i pożywna. A później obejrzeliśmy i wszyscy zgodnie stwierdzili – typ jebnięty.

Tymczasem, jak Rogen i Goldberg ogłosili, że pokażą całą prawdę o Hollywood, to aktorzy i reżyserzy z Hollywood stwierdzili -> No i super, mogę pojawić się, jako cameo? No i się pojawiają. Odcinek ze Scorsese król.

Plot -> Seth Rogen awansuje na szefa studia filmowego, co sprawia, że staje się decyzyjny w kwestii, które filmy dostają zielone światło, które trzeba skasować, musi prowadzić niewygodne rozmowy z aktorami i reżyserami, etc. Problem jednak jest taki, że Seth to kolejne wcielenie Michaela Scotta z „The Office” i nie nadaje się do tej roboty. Jest nieasertywny, niezręcznie dobiera słowa i chce żeby wszyscy go lubili, w efekcie czego zamiast gasić bieżące pożary, wznieca kolejne. Wiem, wiem, brzmi to bardzo sitcomowo, a jednak jest całkiem wyważone. W zasadzie wszystko w tym serialu zaskakuje na plus -> konwencja, humor, obsada i wizual. Jest tu sporo ujęć, które, cytując młodzież – robią wrażenie.

Duża polecajka. Przynajmniej na te trzy epizody, które są już dostępne. A mówiłem już, że w obsadzie jest mama Kevina (Kate O’Hara)? No to teraz mówię.