popKULTURA

Steve Jobs. Iść czy nie iść?

21/11/2015

To, że Steve Jobs był cie­kawą oso­bo­wo­ścią nie pod­lega dys­ku­sji. I nie ma tu zna­cze­nia czy jesteś fanem czy hej­te­rem Apple, był i już. Zaczy­nał od mon­to­wa­nia kom­pów w przy­do­mo­wym garażu, a skoń­czył jako pre­zes naj­więk­szej i naj­bo­gat­szej firmy tech­no­lo­gicz­nej świata, po dro­dze macza­jąc jesz­cze palce w Pixa­rze. Weź to powtórz! Gdyby nie on, moż­liwe, że nigdy nie powsta­łoby „Toy Story”, „Gdzie jest Nemo?” i wiele innych kozac­kich ani­ma­cji, a smart­fony, nawet te kon­ku­ren­cyj­nych firm, nie wyglą­da­łyby tak jak wyglą­dają. Za to mu dzięki. Zda­nia za to są podzie­lone, co do tego czy zasłu­gi­wał na miano geniu­sza. Nie­któ­rzy twier­dzą, że był mani­pu­lan­tem, który wyko­rzy­sty­wał talenty i pomy­sły innych, a póź­niej pod­pi­sy­wał wła­snym nazwi­skiem. Oso­bi­ście, mimo że nie należę do sekty zaja­ra­nych logiem „jabłka”, uwa­żam go za geniu­sza. Jeśli ktoś potrafi spra­wić, że setki tysięcy doro­słych, poważ­nych ludzi roz­bija namioty pod salo­nami Apple i w spar­tań­skich warun­kach koczuje kilka dni w ocze­ki­wa­niu na moż­li­wość (bo nie mówione, że to się uda) kupna sprzętu po mocno zawy­żo­nej cenie, na który bez spe­cjal­nego opro­gra­mo­wa­nia nie da się nawet wrzu­cić empe­trójki na zasa­dzie kopiuj-wklej i w dodatku mają z tego rado­chę, to uwierz­cie mi na słowo, taki ktoś zasłu­guje żeby nazwać go geniu­szem. W Hol­ly­wood naj­wi­docz­niej mają na ten temat podobne zda­nie, bo w prze­ciągu dwóch lat docze­ka­li­śmy się aż dwóch podejść do ekra­ni­za­cji bio­gra­fii Jobsa. Pierw­sza była, jakby to ująć, żeby nikogo nie obra­zić ….. hmmm ……… z dupy. Jedyne, co miała dobre to cha­rak­te­ry­za­cja Ash­tona Kut­chera, który fak­tycz­nie był bar­dzo podobny do Steve’a. Resztę lepiej prze­mil­czeć. Aktu­al­nie na kino­wych ekra­nach możemy zoba­czyć podej­ście numer dwa. Tym razem zapo­wia­dało się znacz­nie lepiej. Za kamerą sta­nął Danny Boyle, który w CV ma już kilka uzna­nych tytu­łów, m.in. “Tra­in­spot­ting”, “Nie­biań­ską plażę” i “Slum­doga”. Sce­na­riusz napi­sał też nie byle kto, bo Aaron Sor­kin, czyli twórca skryptu do życio­rysu Marka Cukier­berga, “The Social Network”, a w roli głów­nej wystą­pił, po raz pięć­dzie­siąty w tym roku, Michael Fass­ben­der. Na dru­gim pla­nie asy­stują mu Kate Win­slet, Seth Roger i Jeff Daniels. No nie powiem, nazwi­ska dobrze rokowały.

 
Z czym to się je?

Film bio­gra­ficzny w teo­rii powi­nien być pro­duk­cją, która opo­wiada histo­rię głów­nego boha­tera. O jego począt­kach, wzlo­tach, upad­kach, punk­tach zwrot­nych i schyłku. Twórcy „Steve’a Jobsa” odrzu­cili taki sche­mat i ugryźli temat nie­ty­powo. Zamiast sto­so­wać kla­syczny wstęp, roz­wi­nię­cie i zakoń­cze­nie, zaczęli gdzieś w środku kariery Jobsa i skoń­czyli opo­wieść, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści zaczy­nał się jej naj­cie­kaw­szy etap. Serio. Jeśli doszły was słu­chy, że Jobs był zaje­bi­stym ora­to­rem i urzą­dzał pre­zen­ta­cje jak nikt inny, i liczy­cie, że zoba­czy­cie to w fil­mie to się roz­cza­ru­je­cie. Nie będzie też o fazie pro­jek­to­wa­nia pro­duk­tów, pracy w zespole, o epi­zo­dzie w Pixa­rze, ani o iPod’ach, iPhone’ach i iPad’ach. Co w takim razie będzie? Roz­mowy. Bar­dzo dużo roz­mów, z któ­rych wyłoni nam się wiele twa­rzy Jobsa. Jobs bły­sko­tliwy wizjo­ner, Jobs cho­ro­bliwy per­fek­cjo­ni­sta, Jobs ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści, Jobs mega­lo­man, Jobs despota, Jobs tyran, Jobs pozba­wiony empa­tii i Jobs bez­na­dziejny ojciec, który prze­mie­nia się w Jobsa ojca roku. Dosłow­nie “50 twa­rzy Jobsa”. Sce­na­riusz zbu­do­wany jest w iście teatralny stylu i składa z trzech aktów roz­gry­wa­nych w ści­śle wyzna­czo­nych prze­strze­niach. Każda etiuda to kil­ku­mi­nu­towa scena z życia Jobsa, poprze­dza­jąca ważną pre­mierę. Kolejno są to:

Akt I — Couper­tino, 1984 rok. Pre­miera Macintosh’a
Akt II — San Fran­ci­sco, 1988 rok. Pre­miera NeXT
Akt III — San Fran­ci­sco, 1998 rok. Pre­miera iMac’a

Twórcy naj­wi­docz­niej uznali, że te trzy wyda­rze­nia miały klu­czowy wpływ na jego życie i odbył wtedy prze­ło­mowe dla sie­bie, córki i współ­pra­cow­ni­ków roz­mowy. W rze­czy­wi­sto­ści są to trzy takie same roz­mowy, z tymi samymi ludźmi, pro­wa­dzące do tych samych wnio­sków. W każ­dej ze scen Kate Win­slet gania za Job­sem i przy­po­mina o roz­po­czy­na­ją­cej się za kilka minut pre­mie­rze oraz poucza go, żeby był dobry dla córki. Za każ­dym razem napada na niego Seth Roger gra­jący Steve’a Wozniaka i żąda żeby na pre­zen­ta­cji pochwa­lił inży­nie­rów kom­pu­tera Apple II, i za każ­dym razem w odpo­wie­dzi sły­szy, że ma się gonić. I w końcu, za każ­dym razem poja­wia się córka i udo­wad­nia, że Jobs sieje pato­lo­gię jakby był wycią­gnięty z loso­wego odcinka „Trud­nych spraw”. Jedy­nie postać Jeffa Danielsa zmie­nia się dyna­micz­nie. W pierw­szym akcie jest pre­ze­sem Pepsi, któ­rego Jobs nakła­nia do przej­ścia do Apple słyn­nym już cyta­tem: „chcesz do końca życia sprze­da­wać sło­dzoną wodę, czy może wolisz zmie­niać świat? W II akcie, już jako pre­zes Apple wpada w kon­flikt z Job­sem i dopro­wa­dza do jego usu­nię­cia z firmy. I w końcu w akcie nr 3 role się odwra­cają i to Jeff zostaje usu­nięty z Apple, a Jobs powraca w roli zbawiciela.

 
Jak wyszło?

Na pozio­mie aktor­skim film jest genialny. Fass­ben­der, w prze­ci­wień­stwie do Kut­chera, gra zaje­bi­ście, ide­al­nie odda­jąc manierę i spo­sób bycia Jobsa, ale nie jest za to podobny fizycz­nie. No cóż, naj­wi­docz­niej coś za coś. Mimo, że jestem już tro­chę uczu­lony na Fass­ben­dera, bo ostat­nio nie ma filmu bez jego udziału, trzeba przy­znać, że warsz­tat to on ma. W inter­ne­cie wszy­scy wiesz­czą, że zagrał osca­rowo i jedy­nym kon­ku­ren­tem dla Fass­ben­dera — Jobsa będzie Fass­ben­der — Mak­bet (pre­miera 27 listo­pada). Tak jesz­cze na mar­gi­ne­sie dodam, że Fass­ben­der zapy­tany jak przy­go­to­wy­wał się do roli, odpo­wie­dział, że dokład­nie ana­li­zo­wał grę Ash­tona Kut­chera i w domy­śle można sobie dopo­wie­dzieć „żeby nie popeł­nić tych samych błę­dów”. Dobra szpila nie jest zła 😉 Rów­nie rześko wypada Kate Win­slet, która krad­nie film za każ­dym razem, kiedy tylko poja­wia się na ekra­nie. Kate gra Joannę Hof­f­man, czyli jedyną kobietę w zespole two­rzą­cym Macintosh’a, a w przy­szłość prawą rekę Jobsa. Cie­ka­wostką jest, że pry­wat­nie Joanna to córka pol­skiego reży­sera, Jerzego Hof­f­mana, tego od „Ogniem i Mie­czem”. Założę się, że nie mie­li­ście o tym poję­cia. W końcu skąd mogli­ście wie­dzieć, skoro tele­wi­zja woli lan­so­wać „Żony Hol­ly­wood”, czyli pro­gram o polkach, które słynną tylko z tego, z góry prze­pra­szam za fran­cu­ski, że dobrze dały dupy w USA i nawet się nie zająkną o babce, która zro­biła realną karierę i jakby nie patrzeć, zapi­sała się w histo­rii. Sam też dowie­dzia­łem się o niej dopiero z filmu, a bio­gra­fia Jobsa wcale nie jest mi obca. Gorzej za to oce­niam kon­wen­cję, czyli opo­wie­dze­nie histo­rii bazu­jąc prak­tycz­nie na samych dia­lo­gach. O ile roz­mowa z pierw­szego aktu był iście taran­ti­now­ska — bar­dzo wcią­ga­jąca i anga­żu­jąca, to ta w scence nr 2 zaczyna już tro­chę przy­nu­dzać, a fina­łowa wręcz męczy. Ile można wał­ko­wać te same tematy? To tro­chę jakby nakrę­cić film o Mara­do­nie, oparty wyłącz­nie na roz­mo­wach w szatni przed naj­waż­niej­szymi meczami, bez żad­nych ujęć z boiska. Pozo­staje spory nie­do­syt. Pod­su­mo­wu­jąc, film jest bar­dzo dobry, jeśli potrak­tu­jemy go jako dra­mat o trud­nej rela­cji ojca i córki, średni jeśli czytałeś/czytałaś bio­gra­fię Jobsa i chciałeś/aś zoba­czyć ją w wer­sji fil­mo­wej (zoba­czysz malutki wyci­nek) i słaby dla osób, które jakimś cudem total­nie nie są zazna­jo­mione z histo­rią zało­ży­ciela Apple i począt­kach Doliny Krze­mo­wej. Dla nich będzie to film o kole­siu, który łazi i wkur­wia wszyst­kich dookoła. Nie poła­pią się za bar­dzo w sytu­acji i raczej nie wnie­sie niczego do ich życia. Pro­duk­cję uwa­żam za odro­binę lep­szą od tej z Ash­to­nem, ale daje tylko 6 na 10, bo po pierw­sze — ostro się wynu­dzi­łem i po dru­gie — poza cha­rak­te­rem Jobsa inte­re­sują mnie jesz­cze kulisy Apple i faza powsta­wa­nia pro­duk­tów, które wstrzą­snęły świa­tem. Nie­stety, ale tego nie dosta­łem. Z wie­dzą, którą mam teraz, do kina bym nie poszedł, seans na DVD byłby wystar­cza­jący. Zdaję sobie jed­nak sprawę, że aktu­al­nie trwa wielki boom na Fass­ben­dera i za sam jego udział, wiele osób doda pro­duk­cji +50 do zaje­bi­sto­ści, po czym stwier­dzi, że film był genialny i wysma­ko­wany, a Ci co kry­ty­kują to pro­staki…… czyli ja.

BTW. Jest jesz­cze jeden sma­czek. Otóż cho­dzą plotki, ze film powsta­wał przy bło­go­sła­wień­stwie Apple. Jeśli to prawda, rada nad­zor­cza “Jabłka” musiała zła­pac nie­złą zwie­chę po pre­mie­rze. W jed­nej z ostat­nich scen, Jobs hej­tuje sprzęt, który Apple stwo­rzyło pod­czas jego wygna­nia z firmy. Cho­dzi o palm­top New­ton. Jobs nazwał go śmie­ciem i kry­ty­ko­wał, bo do obsługi nie­zbędny był stylus/rysik. Uwa­żał, że czło­wiek ma 10 natu­ral­nych i zara­zem naj­lep­szych sty­lu­sów. Taka prze­no­śnia, cho­dziło o palce, które według niego są dokład­niej­sze i trud­niej je zgu­bić. I cały skecz polega na tym, że w tym roku, kilka tygo­dni przed pre­mierą filmu, Apple nie tylko wypu­ściło iPad’a za sty­lu­sem, ale za tego sty­lusa zaży­czyło sobie 99 dolców extra :D. Sły­szy­cie ten dźwięk? To Jobs prze­wraca się w grobie.

A to widziałeś?