Geek stuff, popKULTURA

Książki pod choinkę, czyli prezenty last minute

18/12/2019

Jak tam? Nadal jeste­ście w lesie z pre­zen­tami gwiazd­ko­wymi? Uuu słabo. Nie chcę was stra­szyć, ale jeśli pla­nu­je­cie zama­wiać coś przez inter­net, to już abso­lut­nie ostatni gwiz­dek. Jeśli prze­śpi­cie ten tydzień, radzę potrak­to­wać wasze gifty, jako poten­cjalny pre­zent wiel­ka­nocny, bo w tym roku już nic z tego nie będzie. Ale, ale, nie przy­sze­dłem tu, żeby was oce­niać, ani umo­ral­niać, tylko podać pomocną dłoń i uchro­nić przed despe­racki ruchami typu kupno skar­pet, obcia­cho­wego kra­wata lub nikomu nie­po­trzeb­nej dur­no­stojki. Nie bądz­cie Grin­czami i nie idź­cie tą drogą. Zamiast tego postaw­cie na książki. 

Książki to pre­zen­towy święty gral. Ład­nie pachną, mają kozac­kie okładki, cza­sami mają też fajną treść, do tego dobrze się pre­zen­tują zawi­nięte w świą­teczny papier, a jesz­cze lepiej na półeczce. I co naj­waż­niej­sze są rela­tyw­nie tanie. Same plusy, zero minu­sów. Ok, ale jak wyty­po­wać odpo­wied­nią książkę? I tu do gry wcho­dzę ja. Tak się żło­żyło, że wydaw­nic­two SQN zapy­tało mnie, czy nie chciał­bym poszpe­rać w ich bilio­te­cze i stwo­rzyć listy tutu­łów, które nadają się na pre­zent. Powie­dzia­łem, że spoko, ale pod warun­kiem, że dorzucą jesz­cze żniżkę dla PigO­uto­wych czy­tel­ni­ków. Zgo­dzili się. To jest wła­śnie ten moment, kiedy świat daje nam znak, że o to skoń­czyły się nasze pro­blemy pre­zen­towe. Naj­lep­sze jest to, że to zada­nie nie było dla mnie wiel­kim wyzwa­niem, bo więk­szość tytu­łów mam już odha­czone i mogę z czy­stym sumie­niem pole­cić. A jak już coś sobie wybie­rze­cie z mojej listy, to wcho­dzi­cie na ten link www.idz.do/ksiazki-pod-choinke, doda­je­cie tytuł do koszyka i na eta­pie płat­no­ści wpi­su­je­cie kod PigOut10. Boom, macie dodat­kowe 10% zniżki od ceny skle­po­wej. Jedziemy.

Dla fanów fut­bolu z naj­wyż­szej półki i okład­ko­wych estetów

“Ja, fut­bol” — Zla­tan Ibrahimovic

Zaczy­namy od mojego abso­lut­nego fawo­ryta, czyli albumu Ja, Fut­bol” Zla­tana Ibra­hi­mo­wica. Tak, dobrze prze­czy­ta­li­ście -> ALBUMU. Nie jest to tra­dy­cyjna bio­gra­fia z chro­no­lo­gicz­nie spi­sa­nymi wyda­rze­niami, tylko album pod­su­mo­wu­jący klu­czowe momenty w życiu i karie­rze Ibry, a tych aku­rat nie bra­ko­wało. Wystar­czy wspo­mnieć, że gość grał w naj­więk­szych ligach i w naj­lep­szych dru­ży­nach świata, a gdzie się nie poja­wił, tam strze­lał worek przed­niej urody bra­mek, zdo­by­wał kilka puchar­ków i tra­fiał na pierw­sze strony gazet, bo stan­dar­dowo komuś nawrzu­cał pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Cza­sami tra­cił też kon­takt ze stat­kiem matką i pod­czas tre­ningu potra­fił ni stąd, ni zowąd, zasa­dzić kopa ziom­kowi z dru­żyny. Geniusz i sza­le­niec w jed­nym. W albu­mie znaj­dzie­cie aneg­dotki, cytaty zna­nych i lubia­nych ze świata fut­bol, mnó­stwo wyso­kiej jako­ści zdjęć, wycinki z gazet, sta­ty­styki oraz info­gra­fiki. Szcze­rze? (Nie Pig, okłam nas!) Jest to naj­ślicz­niej­sza książka, jaką kie­dy­kol­wiek trzy­ma­łem w rękach. Baaa nawet Madzia się zachwy­cała. Dopra­co­wane jest tu wszystko -> okładka, lay­out roz­dzia­łów, fonty, gra­fiki, a do tego for­mat jest nie­mal dwa razy więk­szy niż w tra­dy­cyj­nych wydaw­nic­twach. Pole­cam wszyst­kimi koń­czy­nami. Gdy­bym nie miał, to wła­śnie ten tytuł chciał­bym dostać najbardziej.

Tu widać róż­nice w for­ma­cie bio­gra­fii Zla­tana z 2014 roku, a tego­rocz­nego albumu. Widać też róż­nice pomię­dzy uśmie­chem, a byciem zbla­zo­wa­nym 😉 BTW bio­gra­fię też pole­cam. Dużo mięcha.

 

Dla taty, wujka, fanów pol­skiej repki i Waldka Kiepskiego

“Seba­stian Mila. Auto­bio­gra­fia” — Seba­stian Mila, Leszek Milew­ski
To teraz coś dla star­szego poko­le­nia kibi­ców, które lubi sobie pona­rze­kać, że: „Kie­dyś to się grało w piłkę, nie to, co teraz, byle dotknię­cie i pił­ka­rze zwi­jają się z bólu, jakby nadep­nęli na minę prze­ciw­pie­chotną”. Cofamy się do mrocz­nych cza­sów, kiedy mogli­śmy tylko poma­rzyć o pol­skich zawod­ni­kach w Bay­er­nie i Juven­tu­sie, do cza­sów, kiedy nasza kadra zbie­rała baty od byle ogó­rów pokroju Azer­bej­dżanu i tylko od czasu do czasu poja­wiał się jakiś pozy­tywny pro­my­czek nadziei dla kibi­ców. Takim pro­mycz­kiem był wła­śnie brat bliź­niak Waldka Kiep­skiego, czyli Sebek Mila, który z ubo­gim Gro­kli­nem Dys­ko­bo­lią, w pięk­nym stylu ogo­lił w euro­pej­skich pucha­rach milio­ne­rów z Man­che­steru City oraz strze­lił kilka pamięt­nych bra­mek w repce. W tym tę naj­waż­niej­szą w histo­rii Pol­ski, czyli zasa­dzoną Niem­com. Histo­ria Mili to zupeł­nie inna bajka niż w przy­padku Zla­tana. Dla Ibry naj­więk­szym życio­wym dra­ma­tem był moment, kiedy grał w Bar­ce­lo­nie i klub kazał mu przy­jeż­dżać na tre­ningi wypa­sio­nym Audi od spon­sora, na co Zla­tan stwier­dził, że nie będzie się kom­pro­mi­to­wał w aucie dla plebsu i przy­jeż­dżał Fer­rari, przez co miał kosę z Pepem Guar­diolą. Tym­cza­sem Sebek pół życia spę­dził w zagrzy­bio­nych szat­niach, gra­jąc dla zespo­łów, dla któ­rych kil­ku­mie­sięczne zale­ga­nie z pen­sją było chle­bem powsze­dnim. Bieda taka, że jak kie­dyś Frank Lam­pard chciał się z nim wymie­nić koszul­kami po meczu, to Mila ponoć odpo­wie­dział: „Sorka, ale to moja jedyna”. Na szczę­ście w pew­nym momen­cie i u Sebka poja­wiły się cał­kiem spore pie­nią­dze, ale o tym wasi ojco­wie i wuj­ko­wie muszą prze­czy­tać już sami. Wie­cie, co z tym zrobić.

Dla fanów epic­kich dun­ków, poni­ża­ją­cych czap i czy­ściut­kich tró­jek, wpa­da­ją­cych równo z syreną

“Men­tal­ność Mamby” — Kobe Bry­ant
Nie samą piłką nożną ludzie żyją, więc dorzućmy do zesta­wie­nia jesz­cze koszy­kówkę. I to nie byle jaką, bo spod znaku NBA i w wyko­na­niu nie byle kogo, tylko ikony — Kobe Bry­anta. „Men­tal­ność Mamby” to ten sam przy­pa­dek, co „Ja, fut­bol” Zla­tana, czyli mamy tu do czy­nie­nia z albu­mem zawie­ra­ją­cym cytaty, foty, aneg­dotki oraz nagłówki z gazet, pod­su­mo­wu­jące karierę Bry­anta. Jest rów­nie seksi pod wzglę­dem oprawy i zawar­to­ści, a jeśli weź­miemy pod uwagę, że Kobe tro­chę w nim koł­czuje i co kilka stron opo­wiada o etyce pracy, rygo­rze tre­nin­go­wym oraz jak ważne jest mówić „NIE”, kiedy ziomki dzień przed meczem chcą iść na piwo i pizzę, wyj­dzie nam, że jest to tytuł, który powi­nien tra­fić w ręce każ­dego, komu marzy się pro­fe­sjo­nalna kariera spor­towa (bez zna­cze­nia jaka dys­cy­plin). Nie­stety za moich cza­sów nie mia­łem takich pod­po­wie­dzi, przez co zawsze na pro­po­zy­cję pizzy, odpo­wia­da­łem „Jasne, chodźmy!” i teraz zamiast być legendą Los Ange­les Lakers, kle­pię blo­ger­ską biedę. Nie popeł­niaj­cie mojego błędu.

 

Dla fanów fan­ta­styki, zabawy kon­wen­cją i lek­kiego pióra

“Stróże” — Jakub Ćwiek
Kie­dyś z nudów zaczą­łem zli­czać, co prze­czy­ta­łem z rodzi­mej lite­ra­tury i nie­spo­dzie­wa­nie wyszło mi, że jeśli cho­dzi o pol­skich auto­rów, naj­czę­ściej się­gam po tytuły Jakuba Ćwieka. I to, że kilka lat temu jara­łem z nim szluga na pew­nym even­cie, nie ma tu nic do rze­czy. Kolo, po pro­stu jest przed­nim gawę­dzia­rzem i ma takie flow, że nie­ważne, za jaki gatu­nek się weź­mie, to te histo­rie płyną i chce się wie­dzieć, co będzie dalej. Z aktu­al­nej twór­czo­ści Ćwieka pole­cam serię „Stróże”. Wła­śnie wyszedł drugi tom, ale dla chro­no­lo­gii lepiej zacząć od pierw­szego.
Pokrótce histo­ria wygląda tak, że każdy wie­rzący czło­wiek ma przy­pi­sa­nego Anioła Stróża, który go pil­nuje. Nie­stety praca Anio­łów to ciężka orka i nie zawsze da się ją ogar­nąć dobrymi chę­ciami. Nope, cza­sami wymaga „zgrze­sze­nia”, a tak się składa, że to jest abso­lut­nie zaka­zane przez „Naj­wyż­szego”. Aby obejść sys­tem, Anio­ło­wie zaczęli „deli­kat­nie” nagi­nać zasady, a w hard­co­ro­wych przy­pad­kach, korzy­stać z usług Lokiego — patrona oszu­stów i zdraj­ców, który, jak trzeba to wymusi okup, ścią­gnie haracz, wyje­dzie komuś z dyńki, a nawet prze­strzeli kolana jakie­muś poga­ni­nowi. Przez takich gości jak Loki, w nie­bie powstała W.I.N.A., czyli Wydział Inter­wen­cyj­nego Nad­zoru Aniel­skiego, w któ­rym pra­cują tytu­łowi Stróże i wyła­pują aniel­skich rene­ga­tów. Opis może i jest zawiły dla kogoś, kto sły­szy o tej serii po raz pierw­szy, ale daję słowo, że to jest lek­kie, roz­ryw­kowe, naszpi­ko­wane smacz­kami i spra­wia, że nie wia­domo, kiedy minęła godzina spę­dzona w auto­bu­sie pod­czas dojazdu do pracy. Jeśli szu­ka­cie książki dla fana fan­ta­styki, to wła­śnie ją znaleźliście.

 

Dla gra­czy, geeków, ner­dów i nołlajfów

“Wojny kon­so­lowe” — Blake J. Har­ris
Nie­sa­mo­wita histo­ria o woj­nie technologiczno-marketingowej, sto­czo­nej pomię­dzy japoń­skim gigan­tem z branży gier video, czyli Nin­tendo, a dopiero aspi­ru­jącą do bycia “naj”, ame­ry­kań­ską Segą. Sza­lone lata ’90 (’80 zresztą też), poje­dy­nek hydrau­lika Mario z nad­po­bu­dli­wym Jeżem Soni­cem, wzloty, upadki, wro­gie prze­ję­cia oraz mnó­stwo, ale to mnó­stwo mię­cha i smacz­ków, a całość napi­sana, niczym naj­lep­szy thril­ler. Nie spo­sób się ode­rwać, Har­lan Coben dałby lajka. Do tego bar­dzo wyj­ściowe wyda­nie. Gwa­ran­to­wane +50 do sty­lówy półeczki. Obo­wiąz­kowa pozy­cja dla każ­dego sza­nu­ją­cego się gracza.

 

Dla fanów popkul­tury, Aven­ger­sów i spandexu

“Stan Lee. Czło­wiek Marvel” — Bob Batchelor

Można wyro­snąć z wiary w Świę­tego Miko­łaja, z ulu­bio­nego swe­terka, ze złu­dzeń, że całki przy­da­dzą ci się w doro­słym życiu, ale nie ze Spaj­der­Mena i fil­mów Marvela. Histo­ria czło­wieka, który dał nam dzie­siątki kul­to­wych postaci i setki epic­kich histo­rii. Czło­wieka, który był bóstwem dla fanów komik­sów i popkul­tury, ale w branży dał się poznać, jako despota ze skłon­no­ściami do pod­kra­da­nia cudzych pomy­słów. Czło­wieka, który przez pół życia bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał prze­nieść komik­so­wych boha­te­rów na wielki ekran, a kiedy w końcu mu się to udało, roz­bił box office w drobny mak i stwo­rzył legen­darne cameo. Czło­wieka, przy któ­rym Hans Chri­stian Ander­sen to leszcz z ubogą wyobraź­nią. Must Have dla wszyst­kich popkul­tu­ro­wych freaków.

 

Dla jesie­niar, fanów seriali, kawy ser­wo­wa­nej w wiel­gach­nych kub­kach oraz fry­zury na Rejczel

“Przy­ja­ciele. Ten o naj­lep­szym serialu na świe­cie” — Kel­sey Mil­ler
W tym roku strze­liło 25 lat od pre­miery i 15 od zakoń­cze­nia „Przy­ja­ciół”, a mimo to serial nadal jest jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych sit­co­mów ever. Jeśli jeste­ście cie­kawi jak to w sumie wyszło, że histo­ria o grupce 20-latków z Man­hat­tanu stała się abso­lut­nym feno­me­nem tele­wi­zyj­nym? Jakim cudem akto­rzy, któ­rym gro­ziła bez­dom­ność, bo wszyst­kie ich wcze­śniej­sze pro­jekty były kaso­wane po pilo­to­wym odcinku, dostali jesz­cze jedną szansę i w ciągu kil­ku­na­stu mie­sięcy stali się mega gwiaz­dami oraz naj­le­piej opła­caną seria­lową obsadą ever? Jak powstało kul­towe intro? Skąd się wziął iko­niczny gest Rossa? Dla­czego osta­tecz­nie Joey nie został usu­nięty w dru­gim sezo­nie, tak jak począt­kowo pla­no­wano? Kto wpadł na pomysł z kanapą w Cen­tral Perku? Dla­czego połowa ame­ry­ka­nek chciała mieć fry­zurę na Rachel? Jak zamach na Word Trade Cen­ter wpły­nął na pro­duk­cję serialu oraz co się zmie­niło przez te lata od pre­miery, że z dzi­siej­szej per­spek­tywy serial odbie­rany jest jako obraź­liwy, raniący i homo­fo­biczny, to ta książka jest dla was. Poda­ruj­cie komuś, a po chwili powiedz­cie: “Ej, mogę poży­czyć?”.  Jesz­cze do nie­dawna myśla­łem, że znam wszyst­kie zaku­li­sowe aneg­dotki… a póź­niej prze­czy­ta­łem tę książkę i oka­zało się, że jestem jak John Snow i wiem „Nothing”. Nie­stety lek­tura ma też efekty uboczne -> z̶m̶a̶l̶e̶j̶ą̶ ̶w̶a̶m̶ ̶b̶o̶c̶z̶k̶i̶  obej­rzy­cie serial po raz pięć­dzie­siąty… a miał być tylko jeden odci­nek. Ten, w któ­rym Monica uma­wia się z Van Dammem.

 

Dla fanów repor­tażu oraz czu­ją­cych nie­do­syt po serialu “Czarnobyl”

“O pół­nocy w Czar­no­bylu” — Adam Hig­gin­bo­tham
Chyba wszy­scy się zgo­dzimy, że naj­więk­szym tego­rocz­nym hicio­rem seria­lo­wym był “Czar­no­byl” od HBO, co nie? Oso­bi­ście, co odci­nek zbie­ra­łem szczenę z pod­łogi, bo nie chciało mi się wie­rzyć, że można być aż tak nie­kom­pe­tent­nym dzba­nem, jak kadra zarzą­dza­jąca elek­trow­nią. Naj­pierw jeden kiero niczym Homer Simp­son, wci­skał na pałę różne kolo­rowe guziczki w ste­rowni, po czym szok, bo reak­tor w*****ło w kosmos. A jak już wybu­chło i nad Czar­no­by­lem uno­sił się gigan­tyczny grzyb ato­mowy, przy­szli pozo­stali decy­zyjni, odpa­lili szlugi, wycią­gnęli flaszki i stwier­dzi: “Oj tam, oj tam, to nic poważ­nego. Nie takie eks­plo­zje widzie­li­śmy ze szwa­grem”. Cudowny był to serial, nie zapo­mnę go nigdy, acz­kol­wiek nie potra­fi­łem stwier­dzić na ile można mu zawie­rzyć histo­rycz­nie… w sen­sie które wątki są praw­dziwe, a które fabu­lar­nie pod­ra­so­wane. Zaczą­łem roz­glą­dać się za książką, która pomo­głaby mi to roz­strzy­gnąć i tak wła­śnie tra­fi­łem na “O pół­nocy w Czar­no­bylu”. Autor poświę­cił ponad 10 lat życia na prze­trzą­sa­nie archi­wów i roz­mowy ze świad­kami, po czym poskła­dał to w całość i wyszedł mu repor­taż, który rów­nie dobrze mógłby być hor­ro­rem spod ręki Ste­phena Kinga, z tym że jest 100% na fak­tach. Dosko­nałe dopeł­nie­nie po serialu albo jakby to powie­dział Tomasz Hajto -> tru­skawka na “czar­no­byl­skim” tor­cie. Brać, nie gadać. Zresztą 8,4/10 na Lubimy Czy­tać, nie wzięło się z kosmosu.

 

Dla Seb­ków, Karyn, wła­ści­cieli tunin­go­wa­nych Gol­fów III i fanów KSW

“Tok­syczni” — Tomasz Duszyń­ski
Hej Pig, wszyst­kie tytuły, które do tej pory wska­za­łeś, zapo­wia­dają się cał­kiem spoko, jed­nak szu­kam cze­goś innego. Wiesz, mam kuzyna karka, który jara się KSW, Jaso­nem Sta­tha­mem oraz Jagiel­lo­nią Bia­ły­stok i jeśli już czyta, to raczej coś z więk­szą adre­na­liną. No wiesz, żeby jacyś gang­ste­rzy byli, żeby poli­cja ich ści­gała, żeby ktoś dał komuś po ryju i wysa­dził samo­chód, a ktoś inny zezgo­no­wał w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach. No i żeby fajne dziew­czyny były… if you know what I mean 😉 A wiesz, co jesz­cze byłoby extra? Gdyby ten główny boha­ter gang­ster oka­zał się tym dobrym, a poli­cjanci tymi sko­rum­po­wa­nymi. No i niech gra toczy się o wiel­kie pie­nią­dze, a w tle była tajem­nica, któ­rej ujaw­nie­nie wstrzą­śnie świa­tem. A jakby do tego akcja roz­gry­wała się we Wro­cła­wiu, to już w ogóle peł­nia szczę­ścia. Znaj­dziesz coś w tym stylu? Z góry dzięki, Mati.

Hej Mati, książka któ­rej szu­kasz jest autor­stwa Toma­sza Duszyń­skiego i nosi tytuł “Tok­syczni”. Kuzyn będzie zachwy­cony. Nie ma za co, Pig.

Dla mamy, cioci, sio­stry i czy­tel­ni­ków, któ­rzy lubią się wzruszyć

“Hory­zont” — Jakub Małecki
To jesz­cze coś z prze­ciw­nego bie­guna, czyli lite­ra­tura skie­ro­wana do osób, które nie potrze­bują zawi­łych intryg, wybu­chów i fajer­wer­ków, ale lubią poczy­tać o życio­wych roz­ter­kach zwy­kłych ludzi, pochli­pać nad ich cięż­kim losem i zachwy­cić się słowną wir­tu­oze­rią autora. Dokład­nie czymś takim jest “Hory­zont” Jakuba Małec­kiego. Mini­ma­li­styczna w for­mie opo­wieść o dwójce życio­wych roz­bit­ków, Mańku i Zuzie, któ­rzy miesz­kają po sąsiedzku na war­szaw­skim Moko­to­wie. On jest 35-letnim wete­ra­nem wojen­nym, zma­ga­ją­cym się z trau­mami przy­wie­zio­nymi z Afga­ni­stanu. Ona dwu­dzie­sto­latką, dopiero roz­po­czy­na­jącą życie na wła­sny rachu­nek i poszu­ku­jącą odpo­wie­dzi na pyta­nia: “Kim jeste­śmy i dokąd zmie­rzamy?”. I tak sobie spę­dzają wie­czory na roz­mo­wach o wszyst­kim i o niczym, sącząc przy tym driny i słu­cha­jąc buł­gar­skiego rapu. Niby nic, a jed­nak wasze matki, ciotki i sio­stry skoń­czą lek­turę z roz­ma­za­nym mejkapem.

Dla fanów rocka, pogo­wa­nia i ostrych papryczek

“Flea. Acid for the Chil­dren” — Michael Bal­zary
Jeśli osoba, którą chcesz obda­ro­wać nie jest fanem sportu, gier, seriali, fan­ta­styki, gang­sterki ani lite­ra­tury przez duże L, metodą deduk­cji możemy wywnio­sko­wać, że jest fanem muzyki. To, że nosi koszulki z nazwami ulu­bio­nych kapel, co chwile jeź­dzi na festi­wale i udo­stęp­nia na fej­sie swoje sta­ty­styki ze Spo­ti­faja, rów­nież jest jakąś poszlaką. Tak czy siak, ide­al­nie się składa, bo na rynku wła­śnie uka­zała się AUTO­bio­gra­fia legen­dar­nego basi­sty Red Hot Chili Pep­pers — Micha­ela Balzary’eg, zna­nego całemu światu, jako Flea. Spo­dzie­wa­łem się, że to będzie coś w rodzaju licy­ta­cji z innymi gwiaz­dami rocka, na zasa­dzie: “Wcią­gnę­łam nosem jesz­cze wię­cej koksu, uwio­dłem wię­cej mode­lek, a moja kar­to­teka poli­cyjna to już w ogóle ma wymiary książki tele­fo­nicz­nej. Ozzy Osbo­urne to przy mnie mini­strant”. No i fak­tycz­nie takich wyznań nie bra­kuje, bo Flea nie jedną krzywą akcję odwa­lił na kwa­sie, ale o dziwo oka­zało się, że przy oka­zji jest to bar­dzo oczy­tany czło­wiek, który czę­sto kala się myślą i chęt­nie dzieli reflek­sjami. Książka swoją struk­turą przy­po­mina tro­chę pamięt­nik, czyli zawiera dużo krót­kich nota­tek poświę­co­nych kon­kret­nemu wyda­rze­niu, ale czyta się to bar­dzo lekko i przy­jem­nie. Fani Red Hotów i ostrego gra­nia będą zadowoleni.

Dobi­li­śmy do końca. Naro­bi­łem się jak dziki, więc mam nadzieję, że komuś się przyda. A jesli nie, to kupuj­cie dur­no­stojkę, bo nic lep­szego już nie wymy­ślę. Aaa i przy­po­mi­nam, że na książki, które znaj­dzie­cie pod tym lin­kiem -> Książ­ki­Pod­Cho­inkę macie 10% zniżki z kodem PigOut10.

A to widziałeś?