„Zrzutka Haywardów” Janice Hallett

- Tytuł:Zrzutka Haywardów
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
Mordeczki, coś na reset głowy.
Otóż mam książkę, która z opisu wydawała się totalnie nie moją bajką, tymczasem bawię się przy niej setnie i jest duża szansa, że wy też będziecie.
Dlaczego? Bo ta książka trafia w coś, co każdy z nas w sobie ma, choć nie każdy się do tego przyzna. Trafia w tzw. „syndrom starej baby sterczącej w oknie”, która wie wszystko i wszystko widzi. To ona odkryła i rozgadała na osiedlu, że ten spod trójki to alkoholik i przemocowieć, ta spod siódemki ma romans z kurierem DPD, małżeństwo spod dziesiątki to frankowicze, którzy sądzą z bankiem, a ta spod czternastki prowadzi bloga o weganizmie, a jak nikt nie patrzy, zamawia z uberka kebsy z sosem czostkowym.
„Zrzutka Haywardów” zrobi z was taką babę. Tyle że zamiast obczajać zza firanki, będziecie czytacie cudze maile.
Tak, cała książka to wymiana maili i smsów. Nie ma narratora, nie ma opisów przyrody, nie ma klasycznych rozdziałów. Wszystko opiera się na wymianie wiadomości wśród kilkunastu osób, a w tych wiadomościach -> fejkowe uprzejmości, spiski, kłamstwa, manipulacje, a czasami też jawna mowa nienawiści.
Akcja dzieje się w niewielkiej miejscowości Lockwood. Jest tam mała społeczność, skupiona wokół amatorskiej grupy teatralnej. Wszyscy się znają i dwa razy do roku hobbistycznie wystawiają jakąś sztukę. Poznajemy ich w momencie, kiedy u jednej z rodzin, 3-letnia dziewczynka zapada na agresywnego raka. Jej jedyną szansą jest leczenie eksperymentalne, ale problem taki, że terapia kosztuje 250 tysięcy funtów. Srogo, ale lokalesi mobilizują się, aby zebrać ten szmal i w tym celu organizują serię eventów zbiórkowych. I te maile, o których wspomniałem to wymiana wiadomości przy ustalaniu logistyki tych przedsięwzięć.
Przynajmniej tak się początkowo wydaje… a później odkrywamy, że panuje tam pierdolnik, jak na typowych grupach na mesendżerze. Zapewne należycie do kilku takich (ja do klasowej Brendonka, osiedlowej i miejskiej), więc wiecie z czym to się je. Na forum pisze się jedno, a później wynosi screeny i obrabia tyłki w mniejszym gronie. Albo wybucha jakaś afera i jeb, zaczyna się jeden wielki rołst. Tego dnia już w pracy nic nie zrobisz, bo cały dzień pikają powiadomienia z grupy, a co wrzutka, to grubszy kaliber.
W tej książce jest taka samo. Wpadamy w króliczą norę społecznych napięć. Na początku kulturka „Dzień dobry”, „Przepraszam i dziękuję”, a później zgrzyty, manipulacje i wycieczki osobiste -> „Taa, chyba twoja stara”. Ktoś zaczyna się podejrzanie zachowywać, ktoś niby pomaga, ale tak naprawdę sabotuje innych, ktoś rzuca podejrzenia, ktoś je podsyca, ktoś milczy… ale odczytał.
Ta książka to coś pomiędzy kryminałem w stylu Agathy Christie a grą paragrafową. Sroga intryga wisi w powietrzu, ale żeby odkryć, kto i co, musimy połączyć kropki, co w tym wypadku oznacza łuskanie kluczowych informacji z maili i składania tego w całość.
Początek może być lekko dezorientujący, bo na strzał dostajesz 15 osób i jeszcze przez jakiś czas nie potrafisz połapać się „kto jest synem kogo”, ale jak przebrniesz przez pierwsze 30 stron, to później już z górki. Jak „Na Wspólnej”. Najpierw myślisz sobie -> oesu ile postaci, nie jestem w stanie tego przyswoić, a tydzień później wymieniasz z pamięci wszystkie byłe dziewczyny Igora wraz z powodem rozstania.
Ta książka jest, jak śledzenie instastory celebrytów, kiedy wybucha nowa afera z nimi. Nie jestem z tego dumny, ale wszedłem w to jak w masełko. Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko, że nigdy nie prosiłem o miłość do inb i guilty pleżer. Nope, dotałem to w pakiecie.