„Wszyscy grzesznicy krwawią” S.A Cosby

- Tytuł:"Wszyscy grzesznicy krwawią" S.A. Cosby
- Autorzy:
- Wydawca:
- Gatunek:
S.A. Cosby, chłop wielki jak dąb Bartek, który na pierwszy rzut oka wygląda jakby miał cię zaprosić na grilla i uraczyć mistrzowskim pulled porkiem, tymczasem to aktualnie jeden z najlepszych pisarzy, który owszem grilluje, ale sumienia, a marynatę robi z gniewu, frustracji i bezsilności. Ma takiego skilla, że jego książki bolą.
True story, S.A. Cosby był moim ulubionym (zagranicznym) autorem w 2023 oraz 2024 roku i wiele wskazuje, że w 2025 utrzyma tę pozycję, bo jego nowa powieść, „Wszyscy grzesznicy krwawią”, to znowu wysoka półka, choć trochę inna niż poprzednie. Tym razem bohaterem nie jest mechanik z wygwizdowa, który robi za samozwańczego Punishera ani chłop, co chciał spokojnie żyć, ale musi pomścić syna w stylu Liama Neesona. Tu Cosby skręca w stronę klasycznego kryminału, ale wciąż wplata w fabułę problemy rasowe, podziały społeczne i gniew, że lata lecą, a niektóre rzeczy są niezmienne i nie ma takiej siły, żeby skruszyć ten beton.
Tym razem skupiamy się na postaci Titusa Crowna, pierwszego czarnoskórego szeryfa w miasteczku Charon, w stanie Wirginia. Gość jeszcze niedawno ścigał terrorystów w FBI, ale jego losy potoczyły się tak, że musiał zrobić krok wstecz w karierze i wrócić w rodzinne strony. Do miejsca, w którym teoretycznie nic się nie dzieje, więc idąc do pracy, kupuje się 500 panoramicznych, ale Titusowi trudne się losuje. W lokalnej szkole dochodzi do strzelaniny. Stoi za nią czarnoskóry nastolatek, więc wszyscy rzucają wyrokami zanim zamknie się śledztwo, wszak wnioski są oczywiste, tymczasem Titus zaczyna drążyć sprawę i trafia na plot twist godny “Szóstego Zmysłu”. Okazuje się, że strzelec miał zupełnie inne pobudki niż wszyscy myśleli, a największe zło to żaden diabeł rogaty, tylko koszula z krawatem… i dzień dobry zawsze powie. To odkrycie zamiast zamknąć śledztwo, otwiera kolejne, znacznie większe.
Cosby tworzy w nurcie zwanym southern noir, czyli kryminał z południa USA, gdzie wszystko śmierdzi potem, grzechem, biedą i rasizmem. Gdzie prawo niekoniecznie jest równe dla wszystkich, a jeśli masz czarny kolor skóry to życie teoretycznie nadal jest jak kultowe pudełko czekoladek z Forresta Gumpa, z tym, że z góry wiesz, że wylosują ci się same z niedobrym nadzieniem (Marcepanowe Merci welcome to).
Cosby gęsto lokuje te problemy i nierówności. Jest ciężar, gorycz i ciągła garda w oczekiwaniu na kolejny cios, ale to działa głównie dlatego, że on nie wymyśla tego na zasadzie -> hmmm jakby tu jeszcze dociążyć głównego bohatera. Nie, na moje oko on w te książki wrzuca swój prywatny, przepraszam za brzydkie słowo, wkurw. To jest autentyczne na maksa. To jakby obserwować kogoś, komu właśnie się ulało i stwierdził -> No More Mr Nice Guy. Nie jestem z USA, nie dotyczą mnie te problemy, ale łapię to w lot.
Otoczka otoczką, ale jeśli skupić się na samej fabule, “Wszyscy grzesznicy krwawią” nadal jest top książką. Skomplikowane śledztwo z tykającym zegarem w tle. Pressing mieszkańców i lokalnych polityków nie pomaga, a jeśli sprawa ma zostać rozwiązana, nie da się cały czas postępować zgodnie z regulaminami. Trzeba podejmować trudne decyzje i brać konsekwencje na klatę. To nie jest lektura do siorbania herbatki i zagryzania ciasteczkiem, to jest brud, pot, łzy i złamane kręgosłupy. Takiego, brutalnego, nie biorącego jeńców Cosby’ego szanuję i chcę więcej.
Przełożył: Jan Kraśko