„Wilki” Grzegorz Wielgus

Ocena Pigouta:

Nie oceniaj książki po okładce. Wspaniałe hasło… na tshirt, ale tak średnio sprawdza się w prawdziwym życiu.

Weźmy na ten przykład „Wilki” Grzegorza Wielgusa. Czy podczas jednego ze swoich impowizowanych wypadów do Empiku, kiedy to nie mam w głowie konkretnego tytułu, tylko patrzę, co nowego wyszło i oceniam wzrokowo, zwróciłbym uwagę na tę książkę?

Nope. A jeśli tak, to raczej w negatywnym kontekście -> wyszeptałbym „Eww brother eww what’s that?”.

Mówiąc wprost -> nie podoba mi się ta okładka, uważam, że ma okropne fonty, które nadają jej aurę kosza z tanią książką na nadmorskim deptaku, no i brak znajomości nazwiska autora też nie pomógł. To wszystko razem na dzień dobry ustawiło mnie na nie… a później przeczytałem i okazało się, że jest to najlepszy polski kryminał, jaki miałem na warsztacie od czasu „Wiatrołomów” Roberta Małeckiego.

Jest to kryminał, który chciałbym sam napisać, gdybym potrafił w pełnometrażowe fabuły. I tu nie chodzi tylko o to, że zagadka kryminalna jest ciekawa, policjanci wiarygodni, śledztwo wciąga i uwiera, jak kamyk w bucie. Nie zaznamy spokoju dopóki się nie dowiemy, co i jak. Nie chodzi też o to, że jest to książka, która zadowoli wszystkich purystów kryminalnych -> nie ma tu królików z kapelusza ani złoli z Bonda, którzy marzą o przejęciu władzy nad światem. Nic z tych rzeczy, tu liczy się żmudna policyjna robota, nieustępliwość, sztuka czytania ludzi i łączenia faktów. To jest taaak przyjemnie szorstkie, bez taniego efekciarstwa.

Oczywiście wszystkie powyższe aspekty działają na plus, ale to co najbardziej mnie urzekło, to skuteczne omijanie mielizn, jakie niesie za sobą kryminał, jako gatunek. Przeczytaliśmy ich dziesiątki (wliczam was w to) i wiemy, że choćby autor stanął na rzęsach, w pewnym momencie wpadnie w schemat, wszak nie da się wynaleźć koła na nowo. I ja zawsze w takim momencie myślę sobie -> kurde przeczytałem już tyle kryminałów, że wiem jak to działa i gdybym to ja pisał, zrobiłbym tak i siak i to byłoby tak niespodziewane, że ludzie mieliby budyń z mózgu.

Teoria jest taka, że Grzegorz Wielgus miał identyczne rozkminki, tylko zamiast prowadzenia dyskusji w głowie z samym sobą, zrobił to naprawdę. „Wilki” przełamują schemat i robią to tak satysfakcjonująco, że daje 9/10 + serduszko na Filmwebie. Baa pierwszy raz od X recek, jestem ukontentowany zakończeniem.

Chciałbym podsumować to na chłodno, ale fakty są takie, że „Wilki” wrzuciły mnie w stan jaranka. Wiecie, to jest coś takiego, kiedy kończysz książkę, kręcisz głową w geście „Not bad”, po czym przeskakujesz na notkę o autorze, patrzysz na zdjęcie i mówisz -> Dobra robota panie Wielgus. Trafiasz pan na moją szort listę, nie s****** tego.

Rekomenduję bardzo bardzo. W tej niezbyt wyjściowej okładce kryje się złoto.