„Węże na ziemi, węże na niebie” Hanna S. Białys

Węże na ziemi, węże na niebie
Ocena Pigouta:

Pół roku. Tyle mniej więcej zajęło wprowadzenie na rynek trylogii kryminalnej z komisarzem Bondysem. Tempo iście Remkowe (Remek lovju), ale to nie jest tak, jak wygląda. Jak SQN zakontraktowało Hannę S. Białys, czyli autorkę, to ta trylogia była już napisana i uważam, że dla nas czytelników, to bardzo spoko, że dostaliśmy całość tak szybko. Chyba się zgodzimy, że nie ma nic gorszego niż wkręcenie się w jakieś uniwersum i czeknie rok na kontynuację. A tu cyk i mamy to od ręki.

I co się wydarzyło przez te pół roku? – zapytacie. Z mojego punktu widzenia sporo. W marcu wyszły “Robaki w ścianie”, czyli tom pierwszy, gdzie Hanna S. Białys miała łatkę debiutantki, a z debiutami wiadomo, podchodzimy na gardzie, bo żodyn nie wie, co z tego wyjdzie. Wyszło przyjemnie. Dostaliśmy ciekawego komisarza, którego znakiem szczególnym jest nadwrażliwość słuchowa. Akcja toczyła się w Bydgoszczy, więc świeżość, bo nie jest to zbyt często eksploatowane miasto w polskim kryminale. Fabularnie zostaliśmy cofnięci do lat 90’, co pozwoliło lokować dużo nostalgicznych wstawek z tamtych czasów, przypominać, co się wtedy działo, czym żyliśmy, jaki Polacy mieli mental, ale też dla śledztwa był to gejmczendżer, bo są to dochodzenia, w których nie można korzystać z pomocy googla i GPSa. Nope, oldschool.

W czerwcu wyszedł tom numer dwa, ”Męczennicy na płótnie” w którym Hanna S. Biały potwierdziła, że nie jest kimś z przypadku i ma solidne papiery na pisanie. Zresztą w posłowiu wskazuje, że jej mentorami są Robert Małecki i Maciej Siembieda. Nauki ewidentnie nie poszły w las. W drugim tomie poza tym, że śledztwo ponownie prowadzone jest tym przyjemnym w czytaniu torem, czyli z szacunkiem dla realiów policyjnych, z satysfakcjonującymi ciągami dedukcyjnymi oraz gierkami psychologicznymi, zaczynamy już nawiązywać więź z Bondysem i jego przybocznymi. Już nas bardzo interesuje, jak im się ułożą sprawy w życiu prywatnym, a to znak, że człowiek się wkręcił w to uniwersum. Największą wadą drugiego tomu był dla mnie tytuł, którego za cholerę nie jestem w stanie przyswoić, a co za tym idzie przytoczyć z pamięci.

Aktualnie na rynku pojawił się tom trzeci i znowu będę się czepiał tytułu -> “Węże na ziemi, węże na niebie”. No ja was proszę, kto to zapamięta? Taki tytuł może doprowadzić do sceny rodem z żartów z “Chwili dla Ciebie”, czyli wchodzi facet do Empiku, na co pracownik pyta, co dla ciebie wariacie?, na co facet odpowiada, że chce książkę, na co pracownik – Jaką?, na co facet – Z czerwoną okładką.

Ale nie licząc tej komplikacji, w trzeci tom wchodzi się już jak do siebie. Znamy bohaterów, znamy okolicę i cieszymy się, że znowu tu jesteśmy. To już jest etap “starych dobrych znajomych”.

Śledztwo z najnowszej części szczególnie przypadnie do gustu zodiakarom, bo mamy tu wątek tajemniczej fundacji, która wkręca w swoje trybiki kobiety z różnych grup społecznych, nadaje im ksywki i faszeruje zodiakarstwem oraz różnymi gusłami. Ale nie spoileruję. Sama książka zaczyna się od znalezienia ciała znanego prawnika. I myk jest taki, że denat ma na rękach wypalony dziwny symbol i węża wepchniętego do gardła. Policja uznaje, że ma do czynienia z psajko killerem, który sobie z nimi pogrywa i daje znać, że na tym się nie skończy.

I od razu wam mówię, że pod względem jakości śledztwa, Hanna Białys jak zwykle dostarcza towar dobrego sortu. Wątek życia prywatnego też się konkretnie rozwija, więc siedzimy w tym po uszy. Nie mam w tej kwestii uwag, bo technicznie to gra i buczy.

Mam za to lekkie ALE, co do samych zbrodni, aczkolwiek jest to kwestia preferencji. Przyznaję bez bicia, że prosty chłop here i ja to lubię najbardziej klimaty, kiedy na końcu wychodzi, że dwa szwagry pokłóciły się na imieninach i od słowa do słowa, jeden drugiego zarąbał siekierą, a później zakopał zwłoki za Paczkomatem. To są klimaty, które bez problemu potrafię osadzić w polskich realiach i na słowo wierzę, że tak mogło być naprawdę. Z kolei seryjni mordercy, którzy budują wielowarstwowe intrygi i rzucają czelendż policji “Catch me if U can”, wydają mi się zbyt wyrafinowani na nasze podwórko i nie potrafię w takie historie wejść na 100%. Zawsze z tyłu głowy mam głos, który mi szepcze “Taa od razu”. Ale tak jak mówię, to kwestia preferencji, kto jakiego złola lubi. Niemniej Hanna pod względem stylu i technikaliów to pierwsza liga i będę ją propsował.

Tak że propsuje. W ogóle uważam, że ta seria niesamowicie dobrze wchodzi w audiobooku. Zwłaszcza w samochodzie. Tak głęboko się w to wsiąka, że nie wiadomo kiedy kolejne 100 kilometrów pyknęło. Powiecie, że to magia Filipa Kosiora, ja powiem, że efekt synergii storytellingu i głosu Filipa.